• Kontemplacja sztuki

    Kontemplacja sztuki – katecheza Benedykta XVI z 31 sierpnia 2011
    Drodzy bracia i siostry,

    Kilka razy w ciągu tego okresu przypomniałem, że każdy chrześcijanin powinien znaleźć czas dla Boga, na modlitwę pośród wielu zajęć naszych dni. Sam Pan daje nam wiele okazji, abyśmy o Nim pamiętali. Dzisiaj chciałbym się zatrzymać pokrótce nad jednym z tych kanałów, które mogą nas doprowadzić do Boga, a także pomóc w spotkaniu z Nim: chodzi o drogę poszukiwań artystycznych, stanowiącą część owej „via pulchritudinis” – drogi piękna, o której mówiłem wielokrotnie i którą współczesny człowiek powinien odnaleźć w jej najgłębszym znaczeniu.

    Być może niekiedy zdarzyło się wam, stojąc przed rzeźbą, obrazem, słuchając pewnych wersetów poetyckich lub fragmentu utworu muzycznego, doświadczać we wnętrzu głębokich wzruszeń, poczucia radości, to znaczy zauważyć wyraźnie, że macie przed sobą nie tylko materię, kawałek marmuru lub brązu, pomalowane płótno, zestaw liter lub kombinację dźwięków, ale coś większego, coś, co „mówi”, co jest w stanie poruszyć serce, przekazać orędzie, podnieść ducha. Dzieło sztuki jest owocem zdolności twórczej istoty ludzkiej, która stawia sobie pytania w obliczu rzeczywistości widzialnej, usiłuje odkryć jej głęboki sens i przekazać ją za pomocą języka form, kolorów i dźwięków. Sztuka potrafi wyrazić i uczynić widoczną ludzką potrzebę wykraczania poza to, co widzialne, ukazuje pragnienie i poszukiwanie nieskończoności. Co więcej – jest jakby bramą otwartą ku nieskończoności, ku pięknu i prawdzie, wykraczających poza codzienność. To właśnie dzieło sztuki może otworzyć oczy rozumu i serca, uwznioślając nas.

    Ale są także wypowiedzi artystyczne, będące prawdziwymi ścieżkami do Boga – Najwyższego Piękna, wręcz są pomocą do wzrastania w relacji z Nim, w modlitwie. Chodzi o dzieła, które rodzą się z wiary i wyrażają wiarę. Przykład tego możemy mieć wówczas, gdy odwiedzamy np. gotycką katedrę: jesteśmy porwani pionowymi liniami, które strzelają ku niebu i pociągają nasze oczy i naszego ducha ku górze, podczas gdy równocześnie odczuwamy swą małość, chociaż pragniemy pełni… Albo gdy wchodzimy do kościoła romańskiego: jesteśmy zachęceni w sposób spontaniczny do skupienia i modlitwy. Dostrzegamy, że w tych wspaniałych budynkach zawarto jakby wiarę pokoleń. Lub gdy słyszymy fragment muzyki sakralnej, która porusza struny naszego serca, nasza dusza jest jakby poszerzona i łatwiej jej zwracać się do Boga.

    Przypomina mi się koncert muzyki Jana Sebastiana Bacha w Monachium pod dyrekcją Leonarda Bernsteina. Po wysłuchaniu ostatniego fragmentu jednej z Kantat poczułem, nie w wyniku rozumowania, ale w głębi swego serca, że to, co usłyszałem, przekazało mi coś z wiary wielkiego kompozytora i było bodźcem do uwielbienia i dziękczynienia Panu. A obok mnie był biskup luterański Monachium, któremu spontanicznie powiedziałem, że prawdziwa jest wiara tak mocna i piękno, które wyraża niepowstrzymanie obecność prawdy Bożej.

    Jakże często jednak obrazy lub freski, owoce wiary artysty, w swoich formach i barwach, w swym świetle, pobudzają nas do skierowania swej myśli ku Bogu i sprawiają, że wzmaga się w nas pragnienie, aby zaczerpnąć ze źródła wszelkiego piękna. Głęboko prawdziwe są nadal słowa napisane przez wielkiego artystę Marca Chagalla, że malarze przez całe wieki zanurzali swój pędzel w tym barwnym alfabecie, jakim jest Biblia. Jakże często więc wypowiedzi artystyczne mogą być okazjami, aby przypomnieć nam o Bogu, aby wspomóc naszą modlitwę lub w nawróceniu serca! Paul Claudel, poeta, dramaturg i dyplomata francuski, właśnie słuchając w bazylice Notre Dame w Paryżu w 1886 roku śpiewu „Magnificat” podczas Mszy Bożego Narodzenia, dostrzegł obecność Boga. Wszedł do kościoła nie ze względu na wiarę, ale żeby szukać argumentów przeciwko chrześcijanom, a właśnie wówczas łaska Boża dokonała swego dzieła w jego sercu.

    Drodzy przyjaciele, zachęcam was do odkrycia na nowo znaczenia tej drogi także dla modlitwy, dla naszego żywej więzi z Bogiem. Miasta i wioski na całym świecie zawierają skarby sztuki, które wyrażają wiarę i przypominają nam o związku z Bogiem. Niech więc odwiedziny miejsc sztuki będą nie tylko okazją do wzbogacenia kulturalnego, ale niech się staną również czasem łaski, bodźcem do umocnienia naszej więzi i dialogu z Panem, aby zatrzymać się na rozważaniu – przechodząc od zwykłych realiów zewnętrznych do głębszej rzeczywistości, która się tu wyraża – promienia piękna, który nas uderza, niemal jakby nas „ranił” w głębi i wzywa nas, abyśmy wznosili się ku Bogu. Kończę modlitwą z Psalmu 27 (26): „O jedno proszę Pana, tego poszukuję, bym w domu Pańskim przebywał po wszystkie dni mego życia, abym zażywał łaskawości Pana, stale się radował Jego świątynią” (Ps 27 [26],4). Miejmy nadzieję, że Pan pomoże nam rozpamiętywać Jego piękno zarówno w przyrodzie, jak i w dziełach sztuki i w ten sposób, dotknięci światłem Jego oblicza, także my będziemy mogli być światłem dla naszych bliźnich.

    Po wygłoszeniu katechezy papież powiedział do Polaków:

    Pozdrawiam polskich pielgrzymów. Wakacyjny czas sprzyja poznawaniu dzieł kultury i sztuki. Zachwyt nad pięknem ludzkiej twórczości może prowadzić do kontemplacji Boga, dawcy wszelkiego dobra i piękna, gdy wraz z podziwem dla geniuszu człowieka odkrywamy twórcze tchnienie Ducha Świętego. Obyśmy jak najczęściej doznawali takich uniesień! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Medytacja

    Medytacja – katecheza Benedykta XVI z 17 sierpnia 2011
    Drodzy bracia i siostry,

    Jesteśmy jeszcze w świetle Święta Wniebowzięcia, które – jak powiedziałem – jest świętem nadziei. Maryja doszła do nieba i to jest naszym celem: każdy z nas może dostać się do nieba. Pytanie brzmi: jak Maryja tam dotarła; Ona jest tą – jak mówi Ewangelia – która „uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana” (Łk 1,45). Tak więc Maryja uwierzyła, zawierzyła się Bogu i swoją wolą wkroczyła w wolę Pana. W ten sposób była na najprostszej drodze, na drodze do Nieba. Wierzyć, zaufać Panu, wejść w Jego wolę: to właśnie podstawowa orientacja.

    Dzisiaj nie będę mówić o tej drodze wiary, ale jedynie o niewielkim aspekcie życia modlitwy, jakim jest życie w kontakcie z Bogiem, to znaczy Jego medytacja. Czym jest medytacja? Oznacza „czynienie pamiątki”, tego, co Bóg uczynił i nie zapominanie o wielu Jego dobrodziejstwach (por. Ps 103, 2b). Często widzimy jedynie sprawy negatywne; powinniśmy zachowywać w naszej pamięci także dobre rzeczy, dary, jakimi obdarzył nas Bóg, zwrócić szczególną uwagę na sygnały pozytywne pochodzące od Boga i upamiętniać je. Mówimy więc o rodzaju modlitwy, która w tradycji chrześcijańskiej nazywa się „modlitwą myślną”. Znamy jedynie modlitwę słowami, oczywiście także umysł i serce muszą być w tej modlitwie obecne, ale mówimy dziś o medytacji, która nie wyraża się słowami, ale nawiązaniem kontaktu naszego umysłu z sercem Boga. W tym przypadku bardzo realnym wzorem jest Maryja. Ewangelista Łukasz wiele razy powtarza, że Maryja „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (2,19 por. 2, 51 b). Ten, kto strzeże, nie zapomina. Ona zwraca uwagę na to wszystko, co Pan do niej mówi i względem Niej czyni, i rozważa, to znaczy nawiązuje kontakt z różnymi sprawami, zgłębia w swoim sercu.

    Ta, która zatem „uwierzyła” zwiastowaniu Anielskiemu, uczyniła siebie narzędziem, aby Odwieczne Słowo Najwyższego mogło przyjąć ludzkie ciało, przyjęła także w swym sercu cudowne zjawisko owego narodzenia ludzko-boskiego, rozważała je, zastanawiała się nad tym, co Bóg w niej dokonywał, aby przyjąć w swoim życiu Bożą wolę i na nią odpowiedzieć. Tajemnica Wcielenia Syna Bożego i macierzyństwa Maryi jest tak wielka, że wymaga procesu interioryzacji. Nie jest to tylko coś fizycznego, czego Bóg w niej dokonuje, ale coś, co wymaga ze strony Maryi interioryzacji, która stara się pogłębić jej zrozumienie, interpretować jej sens, zrozumieć różne aspekty i konsekwencje. W ten sposób dzień po dniu, w ciszy zwyczajnego życia, Maryja nadal strzegła w swoim sercu kolejne cudowne wydarzenia, których była świadkiem, aż do ostatecznej próby krzyża i chwały zmartwychwstania. Maryja żyła swym życiem w pełni, swoimi codziennymi obowiązkami, swoją misją matki, ale potrafiła zachować w sobie przestrzeń wewnętrzną, by zastanawiać się nad słowem i nad wolą Bożą, nad tym, co się w niej wydarzyło i tajemnicami życia Jej Syna.

    W naszych czasach jesteśmy pochłonięci tak wieloma działaniami i zobowiązaniami, troskami, problemami. Często jesteśmy skłonni wypełniać wszystkie przestrzenie dnia, bez chwili na zatrzymanie się, zastanowienie i pielęgnowanie życia duchowego, kontaktu z Bogiem. Maryja uczy nas, jak bardzo jest konieczne, by znaleźć w naszych dniach, z całą ich aktywnością, chwile skupienia w ciszy i zastanowienia się nad tym, czego pragnie nauczyć nas Pan, w jaki sposób jest obecny i działa w świecie oraz w naszym życiu: być zdolnymi do zatrzymania się na chwilę i medytowania. Św. Augustyn porównuje medytację tajemnic Bożych do przyjmowania żywności i używa słowa, które powtarza się w całej tradycji chrześcijańskiej: „przeżuwanie”. Boże tajemnice powinny stale rozbrzmiewać w nas samych, aby stały się nam bliskie, kierowały naszym życiem, karmiły nas, jak ma to miejsce z pokarmem niezbędnym, aby nas wspierać. Natomiast św. Bonawentura, odwołując się do słów Pisma Świętego mówi, że „trzeba je nieustannie przeżuwać, aby utrwalić z żarliwą pilnością duszy” (Cool. In Hex., ed Quaracchi 1934, s. 218). Medytacja oznacza więc tworzenie w nas stanu skupienia, ciszy wewnętrznej, aby medytować, przyswajać tajemnice naszej wiary i to, co Bóg w nas dokonuje, nie tylko rzeczy które przychodzą i odchodzą. Możemy dokonywać tego „przeżuwania” na różne sposoby, biorąc, na przykład, krótki fragment Pisma Świętego, zwłaszcza Ewangelii, Dziejów Apostołów, Listów apostołów lub jakąś stronę dzieł pisarzy duchowych przybliżającą nam i pełniej uobecniającą Bożą rzeczywistość w naszym dniu dzisiejszym, może także prosząc o radę spowiednika lub kierownika duchowego, czytać i zastanawiać się nad tym, co się przeczytało, zatrzymując się nad tym, starając się to zrozumieć, pojąć co mówi do mnie, co mówi dzisiaj, otworzyć się na to, co Bóg pragnie nam powiedzieć i czego nas pragnie nauczyć. Także różaniec jest modlitwą medytacyjną: powtarzając Zdrowaś Mario jesteśmy zapraszani do przemyślenia na nowo i zastanowienia się nad głoszoną tajemnicą. Możemy się także zatrzymać nad jakimś intensywnym doświadczeniem duchowym, nad słowami, które szczególnie głęboko zapadły w naszym sercu podczas udziału w niedzielnej Eucharystii. Jak więc widzicie jest wiele sposobów medytacji i nawiązania w ten sposób kontaktu z Bogiem, przybliżenia się do Boga i w ten sposób znalezienia się na drodze prowadzącej do Nieba.

    Drodzy przyjaciele, wytrwałość w ofiarowywaniu czasu dla Boga jest elementem fundamentalnym dla wzrostu duchowego: sam Bóg da nam smak swych tajemnic, swoich słów, swojej obecności i działania, odczucia jak to jest pięknie, kiedy Bóg z nami rozmawia. Pozwoli On nam zrozumieć w najgłębszy sposób czego ode mnie oczekuje. W ostateczności właśnie to jest celem medytacji: powierzenie się coraz pełniej w Boże ręce, z ufnością i miłością, będąc pewnymi, że tylko pełniąc Jego wolę jesteśmy w ostateczności naprawdę szczęśliwi.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Modlitwa psalmami

    Modlitwa psalmami – katecheza Benedykta XVI z 22 czerwca 2011
    Drodzy bracia i siostry,

    W poprzednich katechezach, skupiliśmy się na niektórych postaciach Starego Testamentu szczególnie istotnych dla naszych rozważań o modlitwie. Mówiłem o Abrahamie, który wstawia się za obcymi miastami, o Jakubie, który w nocnej walce otrzymuje błogosławieństwo, Mojżeszu, proszącym o przebaczenie dla swojego ludu, Eliaszu modlącym się o nawrócenie Izraela. Wraz z dzisiejszą katechezą chciałbym rozpocząć nowy etap rozważań: zamiast komentować poszczególne epizody modlących się osobistości wkroczymy do „Księgi modlitwy” par excellence, – Księgi Psalmów. W najbliższych katechezach będziemy czytać i rozważać niektóre z psalmów najpiękniejszych i najdroższych dla modlitewnej tradycji Kościoła.Dziś chciałbym dokonać wprowadzenia, mówiąc ogólnie o Księdze Psalmów jako całości.

    Psałterz jest przedstawiany jako „formularz” modlitwy, zbiór stu pięćdziesięciu psalmów, które tradycja biblijna ofiarowuje wspólnocie wierzących, aby stawały się jej modlitwą, jej sposobem zwracania się do Boga i nawiązywania z Nim relacji. W tej księdze znajduje swój wyraz całe ludzkie doświadczenie, z różnymi odcieniami i całą gamą uczuć, które towarzyszą ludzkiej egzystencji. W psalmach splatają się ze sobą i wyrażają radość i cierpienie, pragnienie Boga i dostrzeganie własnej niegodności, szczęście i poczucia opuszczenia, ufność w Bogu i bolesna samotność, pełnia życia i lęk przed śmiercią. Cała rzeczywistość wierzącego zlewa się w jedno w tych modlitwach, które najpierw lud Izraela, a następnie Kościół przyjął jako uprzywilejowane pośrednictwo relacji z jedynym Bogiem i właściwą odpowiedź na Jego objawienie w historii. Te modlitwy, psalmy są przejawami ducha i wiary, w których każdy może się rozpoznać i w których przekazuje się owo doświadczenie szczególnej bliskości z Bogiem, do której powołany jest każdy człowiek. W tych utworach poetyckich można odnaleźć całą złożoność ludzkiej egzystencji, skoncentrowaną w złożoności różnych form literackich poszczególnych psalmów: hymnów, lamentacji i błagań indywidualnych i zbiorowych, pieśni dziękczynienia, psalmów pokutnych, mądrościowych i innych gatunków.

    Pomimo takiej różnorodności ekspresywnej można rozpoznać dwa główne obszary, które syntetyzują modlitwę psałterza: błaganie, połączone z lamentem oraz chwałę – dwa wymiary powiązane ze sobą i niemal nierozłączne. Ma to miejsce ponieważ błaganie jest ożywiane pewnością, że Bóg odpowie, a to otwiera na uwielbienie i dziękczynienie; uwielbienie i dziękczynienie wypływają z doświadczenia otrzymanego zbawienia, co zakłada potrzebę pomocy, którą wyraża modlitwa błagalna.

    W błaganiu psalmista skarży się i opisuje swoją sytuację lęku, zagrożenia, przygnębienia, lub, jak w psalmach pokutnych wyznaje swoją winę i grzechy, prosząc o przebaczenie. Przedkłada on Panu Bogu swój stan potrzeby, ufając, że zostanie wysłuchany, a to oznacza uznanie Boga jako dobrego, pragnącego dobra i „miłośnika życia” (por. Mdr 11,26), gotowego pomóc, zbawić, przebaczyć. Tak na przykład, modli się psalmista w Psalmie 31: „Panie, do Ciebie się uciekam, niech nigdy nie doznam zawodu […] Wydobądź mnie z sieci zastawionej na mnie, bo Ty jesteś moją ucieczką” (w. 2.5). Tak więc już w lamencie może pojawić się coś z chwały, która się zapowiada w nadziei Bożej interwencji i staje się później wyraźną, gdy zbawienie staje się rzeczywistością. W analogiczny sposób w psalmach dziękczynienia i uwielbienia, wspominając otrzymany dar lub rozważając wielkość miłosierdzia Bożego, uznajemy także własną małość i potrzebę bycia zbawionym, które są u podstaw błagania. Wyznaje się w ten sposób Bogu swoją własną kondycję stworzenia, nieuchronnie naznaczonego śmiercią, a mimo to niosącą w sobie radykalną chęć życia. Dlatego psalmista woła w psalmie 86: „Będę Cię chwalił, Panie, mój Boże, z całego serca mojego i na wieki będę sławił Twe imię, bo wielkie było dla mnie Twoje miłosierdzie i życie moje wyrwałeś z głębin Szeolu” (w. 12-13). W ten sposób, w modlitwie psalmów, błaganie i uwielbienie splatają się ze sobą i łączą się w jeden śpiew, który wysławia odwieczną łaskę Pana, pochylającą się nad naszą kruchością.

    Księga Psałterza została dana Izraelowi i Kościołowi właśnie po to, aby pozwolić ludowi wiernemu na włączenie się w ten śpiew. Rzeczywiście psalmy uczą nas modlitwy. Słowo Boże staje się w nich słowem modlitwy a słowa natchnionego psalmisty stają się także słowami tego, który modli się psalmami. Na tym polega piękno i wyjątkowość tej księgi biblijnej: zawarte w niej modlitwy, w przeciwieństwie do innych modlitw, które znajdujemy w Piśmie Świętym, nie są zawarte w wątku narracyjnym, określającym ich znaczenie i funkcję. Psalmy są dane wierzącym właśnie jako tekst modlitwy, której jedynym celem jest to, aby stała się modlitwą tych, którzy ją przyjmują i zwracają się nią do Pana Boga. Ponieważ są to słowa Boga, ten który modli się psalmami rozmawia z Bogiem słowami jakie dał nam sam Bóg, zwracając się do Niego tymi słowami, których On sam nas naucza. W ten sposób modląc się psalmami uczymy się modlić. Są one szkołą modlitwy.

    Coś podobnego ma miejsce, gdy dziecko zaczyna mówić, to znaczy uczy się wyrażania swoich uczuć, emocji i potrzeb słowami, które nie należą do niego w sposób wrodzony, ale których uczy się od swych rodziców i otaczających je osób. To co pragnie dziecko wyrazić to jego własne doświadczenie, ale środek ekspresyjny należy do innych osób. Krok po kroku przyswaja go sobie, a słowa otrzymane od rodziców stają się jego słowami. Poprzez nie uczy się także pewnego sposobu myślenia i odczuwania, zyskuje dostęp do całego świata pojęć i w nich wzrasta, nawiązuje relacje z rzeczywistością, z ludźmi i z Bogiem. Język jego rodziców stał się jego językiem, mówi słowami otrzymanymi od innych osób, które stały się już jego słowami. Tak samo dzieje się z modlitwą psalmami. Są nam one dane, abyśmy nauczyli się zwracania do Boga, komunikowania się z Nim, mówili Mu o sobie Jego słowami, odnaleźli język spotkania z Bogiem. Poprzez te słowa, możliwe będzie także poznanie i przyjęcie kryteriów Jego działania i przybliżenie się do tajemnicy Jego myśli i Jego dróg (por. Iz 55, 8-9), aby coraz bardziej wzrastać w wierze i miłości. Dzieje się tak ponieważ nasze słowa nie są jedynie wypowiedziami, ale uczą nas świata realnego i pojęciowego. Podobnie te modlitwy uczą nas serca Bożego. Możemy nimi nie tylko rozmawiać z Bogiem, ale możemy też się uczyć kim jest Bóg, a ucząc się jak z Nim rozmawiać, uczymy się również bycia człowiekiem, bycia sobą.

    W związku z tym, znaczący wydaje się tytuł jaki nadała psałterzowi tradycja żydowska. Nazywa się on tehillîm, termin hebrajski oznaczający „chwałę” z tego korzenia słownego, który odnajdujemy w wyrażeniu „Halleluyah”, czyli dosłownie: „chwalcie Pana”. Tak więc ta księga modlitw, chociaż tak wielopostaciowa i złożona, z różnymi gatunkami literackimi i artykulacją między uwielbieniem a błaganiem, jest w ostateczności księgą chwały, która uczy nas dziękczynienia, celebrowania wielkość daru Boga, rozpoznawania piękna Jego dzieł i chwalenia Jego świętego imienia. To najbardziej właściwa odpowiedź w obliczu objawiania się Pana i doświadczenia Jego dobroci. Ucząc nas modlitwy psalmy uczą nas, że nawet w przygnębieniu, w bólu, obecność Boga pozostaje źródłem podziwu, pocieszenia i zaufania. Można płakać, błagać, wstawiać się za innymi będąc świadomym, że idziemy w stronę światła, gdzie chwalenie może być definitywne. Jak nas uczy psalm 36: „Albowiem w Tobie jest źródło życia i w Twej światłości oglądamy światłość” (Ps 36,10).

    Ale oprócz tego ogólnego tytuł księgi, tradycja żydowska umieściła nad wieloma psalmami konkretne tytuły, przypisując je w większości królowi Dawidowi. Jest to postać o złożonej osobowości, o dużym znaczeniu ludzkim i teologicznym, która przeszła przez szeroką gamę podstawowych doświadczeń życia. Młody pasterz trzody swego ojca, poprzez niekiedy dramatyczne wzloty i upadki, staje się królem Izraela, pasterzem Ludu Bożego. Człowiek pokoju, walczył w wielu wojnach. Niestrudzony i wytrwały poszukiwacz Boga, zdradził Jego miłość, to charakterystyczne zawsze poszukiwał Boga, nawet jeśli dopuścił się ciężkiego grzechu ale później jako pokorny pokutnik przyjął przebaczenie Boga, także karę Bożą i zgodził się na los naznaczony bólem. Dawid był w ten sposób, pomimo swoich słabości królem „według serca Bożego” (por. 1 Sam 13,14), człowiekiem z pasją pogrążonym w modlitwie, który wiedział, co znaczy błagać i chwalić Pana. Powiązanie psalmów z tym wybitnym królem Izraela jest więc ważne, ponieważ jest on figurą mesjańską, pomazańcem Pańskim, w którym jest w pewien sposób ukryta tajemnica Chrystusa.

    Równie ważny i istotny jest sposób oraz częstotliwość z jaką słowa psalmów cytuje Nowy Testament, przyjmując i podkreślając ów walor prorocki sugerowany przez powiązanie psałterza z mesjańską postacią Dawida. W Panu Jezusie, który podczas swego ziemskiego życia modlił się psalmami znajdują one swoje definitywne spełnienie i ujawniają swoje najgłębsze i najpełniejsze znaczenie. Modlitwy psałterza, którymi rozmawia się z Bogiem mówią nam o Nim, mówią nam o Synu, obrazie niewidzialnego Boga (Kol 1,15), który w pełni objawia nam oblicze Ojca. Tak więc chrześcijanin, modląc się psalmami modli się do Ojca w Chrystusie i z Chrystusem, podejmując te śpiewy w nowej perspektywie, która ma swój ostateczny klucz interpretacyjny w misterium paschalnym. Horyzont modlącego się człowieka otwiera się w ten sposób na rzeczywistości niespodziewane, każdy psalm uzyskuje nowe światło w Chrystusie a psałterz może błyszczeć całym swoim nieskończonym bogactwem.

    Najdrożsi bracia i siostry, bierzemy więc do ręki tę świętą księgę, pozwólmy, aby Bóg nas nauczył zwracania się do Niego, uczyńmy z psałterza przewodnik, który nam pomoże i będzie nam codziennie towarzyszył w życiu modlitwy. Prośmy i my, podobnie jak uczniowie Jezusa: „Panie, naucz nas się modlić” (Łk 11,1), otwierając serce na przyjęcie modlitwy Mistrza, w której wszystkie modlitwy osiągają swą pełnię. W ten sposób, uczynieni synami Syna, możemy mówić do Boga nazywając Go „Ojcze nasz”. Dziękuję.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Modlitwa Eliasza

    Modlitwa Eliasza – katecheza Benedykta XVI z 15 czerwca 2011
    Drodzy bracia i siostry,

    W dziejach religijnych starożytnego Izraela wielkie znaczenie mieli prorocy, ich nauczanie i przepowiadanie. Spośród nich wyróżnia się postać Eliasza, powołanego przez Boga, aby doprowadzić lud do nawrócenia. Jego imię oznacza „Pan jest moim Bogiem” i zgodnie z tym imieniem rozwija się jego życie, poświęcone całkowicie temu, by wywołać w ludzie uznanie Pana jako jedynego Boga. Mówi o nim Syrach: „Następnie powstał Eliasz, prorok jak ogień, a słowo jego płonęło jak pochodnia” (Syr 48,1). Z tym płomieniem Izrael odnajduje drogę ku Bogu. Pełniąc swoją posługę Eliasz modli się, przyzywa Pana, aby przywrócił do życia syna pewnej wdowy, która udzieliła mu gościny (por. 1 Krl 17, 17-24), woła do Boga, mówiąc o swoim zmęczeniu i trwodze, kiedy uciekał na pustynię przed usiłującą go zabić królową Izebel (por. 1 Krl 19, 1-4), ale przede wszystkim na Górze Karmel, ukazuje się w całej swej mocy jako pośrednik, gdy przed całym Izraelem, modli się do Pana, aby się objawił i nawrócił serce ludu. Jest to wydarzenie opowiedziane w rozdziale 18. Pierwszej Księgi Królewskiej, nad którym dzisiaj się zatrzymujemy.

    Znajdujemy się w Królestwie Północnym, w IX wieku przed Chr., za czasów króla Achaba, w chwili, gdy w Izraelu doszło do otwartego synkretyzmu. Obok Pana lud czcił Baala: bożka, dodającego otuchy, od którego – jak wierzono – pochodził dar deszczu, i któremu w związku z tym przypisywano moc obdarzania płodnością pól, a życiem ludzi i bydło. Lud utrzymywał wprawdzie, że idzie za Panem, Bogiem niewidzialnym i tajemniczym, szukał jednak bezpieczeństwa także w bogu zrozumiałym i przewidywalnym, od którego, jak sądził, w zamian za ofiary mógłby uzyskać płodność i dobrobyt. Izrael ulegał czarowi bałwochwalstwa, stałej pokusie człowieka wierzącego, łudzącego się, że może „służyć dwóm panom” (por. Mt 6,24, Łk 16,13), i upraszczać drogi niedostępne dla wiary we Wszechmocnego, pokładając swą ufność także w bogu bezsilnym, uczynionym przez ludzi.

    I właśnie, aby zdemaskować oszukańczą głupotę takiej postawy Eliasz gromadzi lud Izraela na górze Karmel i stawia go w obliczu konieczności dokonania wyboru: „Jeżeli Pan jest [prawdziwym] Bogiem, to Jemu służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu!” (1 Krl 18, 21). I prorok, zwiastun Bożej miłości, nie pozostawia swojego ludu samego przed tym wyborem, ale mu pomaga, wskazując znak, który ujawni prawdę: zarówno on, jak i prorocy Baala przygotują ofiarę i będą się modlić, a prawdziwy Bóg się objawi, odpowiadając ogniem, który pochłonie ofiarę. W ten sposób rozpoczyna się konfrontacja między prorokiem Eliaszem a zwolennikami Baala, która rozgrywa się w istocie między Panem Izraela, Bogiem zbawienia i życia, a niemym i pustym bożkiem, który nic nie może uczynić, ani dobra, ani zła (por. Jer 10, 5). Rozpoczyna się też konfrontacja między dwoma całkowicie różnymi sposobami zwracania się do Boga i modlitwy.

    Prorocy Baala bowiem krzyczą, pobudzają się, tańczą skacząc, wprowadzają się w stan uniesienia, kalecząc swe ciała „mieczami oraz oszczepami, aż się pokrwawili” (1 Krl 18,28). Odwołują się do samych siebie, aby zmusić swego bożka do odpowiedzi, ufając własnym zdolnościom, aby spowodować jego odpowiedź. W ten sposób ujawnia się oszukańcza natura bożka: jest on wymyślony przez człowieka jako coś, czym można dysponować i zarządzać własnymi siłami, do którego można mieć dostęp, począwszy od samego siebie i swojej siły życiowej. Tymczasem kult bożka, zamiast otwierać ludzkie serce na Odmienność, na relację wyzwalającą, która pozwala wyjść z ciasnej przestrzeni własnego egoizmu, aby dotrzeć do wymiarów miłości i wzajemnego daru, zamyka osobę w wykluczającym i rozpaczliwym kręgu poszukiwania siebie. Oszustwo polega na tym, że czcząc bożka, człowiek czuje się zmuszony do skrajnych działań w złudnej próbie podporządkowania go własnej woli. Dlatego prorocy Baala posuwają się aż do wyrządzania sobie szkody, do zadawania ran swemu ciału, w geście dramatycznie ironicznym: aby uzyskać odpowiedź, znak życia od swego boga, pokrywają się krwią, symbolicznie przyoblekając śmierć.

    Całkowicie inną postawę modlitwy zajmuje natomiast Eliasz. Prosi lud, aby zbliżył się, włączając go w ten sposób w swoje działanie i swoją modlitwę. Celem wyzwania, jakie skierował do proroków Baala, było doprowadzenie do Boga ludu, który się zagubił, idąc za bożkami. Dlatego chce, aby Izrael zjednoczył się z nim, stając się uczestnikiem i główną postacią jego modlitwy i tego, co się dzieje. Następnie prorok wznosi ołtarz przy użyciu, jak czytamy w tekście: „dwunastu kamieni według liczby pokoleń potomków Jakuba, któremu Pan powiedział: «Imię twoje będzie Izrael»”(w. 31). Kamienie te reprezentują całego Izraela i są namacalnym przypomnieniem dziejów wybrania, wyróżnienia i zbawienia, którego przedmiotem był lud. Gest liturgiczny Eliasza ma decydujące znaczenie; ołtarz jest miejscem świętym, które wskazuje na obecność Pana, ale tworzące go kamienie reprezentują lud, który teraz za pośrednictwem proroka jest symbolicznie umieszczony przed Bogiem, staje się „ołtarzem”, miejscem daru i ofiary.

    Konieczne jest jednak, aby symbol stał się rzeczywistością, żeby Izrael uznał prawdziwego Boga i odnalazł własną tożsamość jako lud Pana. Toteż Eliasz prosi Boga, aby się objawił a owe dwanaście kamieni, które miały przypominać Izraelowi jego prawdę, służą też do przypomnienia Panu o Jego wierności, do której prorok odwołuje się w modlitwie. Słowa jego błagania są pełne symboliki i wiary: „Panie, Boże Abrahama, Izaaka oraz Izraela! Niech dziś będzie wiadomo, że Ty jesteś Bogiem w Izraelu, a ja, Twój sługa, na Twój rozkaz to wszystko uczyniłem. Wysłuchaj mnie, o Panie! Wysłuchaj, aby ten lud zrozumiał, że Ty, o Panie, jesteś Bogiem i Ty nawróciłeś ich serce” (w. 36-37; por. Rdz 32, 36-37). Eliasz zwraca się do Pana, nazywając go Bogiem naszych ojców, przypominając w ten sposób zarazem o Bożych obietnicach oraz o dziejach wybrania i przymierza, które nierozerwalnie złączyły Pana z jego ludem. Włączenie Boga w dzieje ludzi jest tak wielkie, że dziś Jego Imię jest nierozerwalnie związane z patriarchami, a prorok wypowiada to Imię święte, aby Bóg pamiętał i okazał się wiernym, ale także aby Izrael poczuł się wezwany po imieniu i odnalazł swoją wierność. Boży tytuł, wypowiedziany przez Eliasza, wydaje się bowiem nieco zaskakujący. Zamiast użyć zwykłej formuły: „Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba”, stosuje on określenie rzadziej używane: „Bóg Abrahama, Izaaka i Izraela”. Zastąpienie imienia „Jakub” przez „Izrael” przywołuje walkę Jakuba nad potokiem Jabbok, gdzie doszło do zmiany imienia, do czego odnosi się wyraźnie narrator (por. Rdz 32,31) i o czym już wspomniałem w jednej z wcześniejszych katechez. Taka zamiana nabiera brzemiennego znaczenia w modlitwie Eliasza. Prorok modli się za lud Królestwa Północnego, które nazywa się właśnie Izrael, w odróżnieniu od Judy – imienia, które wskazywało na Królestwo Południowe. I oto teraz ten lud, który zdaje się zapominać o swym pochodzeniu i swym uprzywilejowanym związku z Panem, czuje się wezwany po imieniu, kiedy wymawiane jest Imię Boga, Boga Patriarchy i Boga ludu: „Panie, Boże […] Izraela! Niech dziś będzie wiadomo, że Ty jesteś Bogiem w Izraelu”.

    Lud, za który modli się Eliasz, jest postawiony w obliczu własnej prawdy, a prorok prosi, aby okazała się także prawda Pana i aby On zainterweniował w celu nawrócenia Izraela, odwodząc go od oszustwa bałwochwalstwa i doprowadzając go w ten sposób do zbawienia. Prosi, aby lud wreszcie wiedział, w pełni poznał, kim jest naprawdę jego Bóg, żeby dokonał decydującego wyboru, by pójść wyłącznie za Nim – prawdziwym Bogiem. Ponieważ tylko w ten sposób Bóg jest uznawany za tego, kim jest, Absolutnym i Nadprzyrodzonym, bez możliwości stawiania go obok innych bogów, którzy zaprzeczaliby Mu jako Absolutnemu i relatywizując Go. To właśnie jest wiara, która czyni z Izraela lud Boży. Jest to wiara głoszona w dobrze znanym tekście Szema’ Jisrael: „Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga swojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił” (Pwt 6,4-5). Na Absolut Boga człowiek wierzący musi odpowiedzieć absolutną, całkowitą miłością, angażującą całe jego życie, jego siły, jego serce. I właśnie o nawrócenie serc swego ludu modli się prorok, błagając: „Wysłuchaj, aby ten lud zrozumiał, że Ty, o Panie, jesteś Bogiem i Ty nawróciłeś ich serce” (1 Krl 18,37). Eliasz, przez swoje wstawiennictwo, prosi Boga, o to, co Bóg sam pragnie uczynić, objawić się w pełni swego miłosierdzia, wierny temu kim jest w rzeczywistości – Panem życia, który przebacza, nawraca i przemienia.

    I to właśnie się dzieje: „Spadł ogień od Pana z nieba i strawił żertwę i drwa oraz kamienie i muł, jako też pochłonął wodę z rowu. Cały lud to ujrzał i upadł na twarz, a potem rzekł: «Naprawdę Pan jest Bogiem! Naprawdę Pan jest Bogiem!»” (w. 38-39). Ogień, ten element zarazem niezbędny i straszliwy, związany z objawieniem się Boga w gorejącym krzewie i na Synaju, służy obecnie wskazaniu na miłość Boga, który odpowiada na modlitwę i który objawia się swojemu ludowi. Baal, bóg niemy i bezsilny, nie odpowiedział na wezwania swoich proroków; Pan natomiast odpowiada, i to w sposób nieomylny, nie tylko spalając ofiarę, ale także osuszając całą wodę wylaną wokół ołtarza. Izrael nie może już mieć wątpliwości; Boże Miłosierdzie wyszło naprzeciw jego słabości, jego wątpliwościom, jego brakowi wiary. Teraz Baal, pusty bożek, został pokonany, a lud, który zdawał się zagubiony, odnalazł drogę prawdy i odnalazł samego siebie.

    Drodzy bracia i siostry, co mówi nam dzisiaj ta historia z przeszłości? Co jest aktualnego w tej historii? Przede wszystkim chodzi o priorytet pierwszego przykazania: wielbić tylko Boga. Tam, gdzie znika Bóg, człowiek popada w niewolę bałwochwalstwa, jak to pokazały w naszych czasach reżimy totalitarne i jak to pokazują także różne formy nihilizmu, które uzależniają człowieka od bożków i bałwochwalstwa; zniewalają go. Po drugie – pierwszoplanowym celem modlitwy jest nawrócenie: ogień Boży, który przemienia nasze serca oraz uzdalnia nas do widzenia Boga i w ten sposób do życia zgodnie z Bogiem i do życia dla innych. I po trzecie – Ojcowie [Kościoła] mówią nam, że także ta historia proroka jest prorocza, jeśli – jak twierdzą – jest cieniem przyszłości, przyszłego Chrystusa; jest to krok na drodze do Chrystusa. I mówią nam, że widzimy tu prawdziwy ogień Boży: miłość, która prowadzi Pana na Krzyż, aż do całkowitego daru z siebie. Prawdziwe uwielbienie Boga nie niszczy, ale odnawia, przemienia, ale raczej tworzy prawdę o naszym istnieniu, odtwarza nasze serce i w ten sposób rzeczywiście ożywiani łaską ognia Ducha Świętego, miłości Bożej, bądźmy wielbicielami w duchu i prawdzie. Dziękuję.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Mojżesz uczy nas właściwej modlitwy

    Mojżesz uczy nas właściwej modlitwy – katecheza Benedykta XVI z 1 czerwca 2011
    Drodzy bracia i siostry,

    Kiedy czytamy Stary Testament, wyróżnia się spośród innych postać Mojżesza, właśnie jako człowieka modlitwy. Mojżesz, wielki prorok i przywódca okresu Wyjścia, wypełniał swoją rolę pośrednika między Bogiem a Izraelem stając się pośród ludu rzecznikiem słów i nakazów Boga, prowadząc go ku wolności Ziemi Obiecanej, nauczając Izraelitów życia w posłuszeństwie i zaufaniu do Boga w czasie długiego pobytu na pustyni, ale także, i mogę powiedzieć przede wszystkim, modlitwy. Modli się do Boga za faraona kiedy Bóg poprzez plagi usiłował nawrócić serca Egipcjan (por. Wj 8-10); prosi Pana o uzdrowienie siostry Miriam, chorującej na trąd (patrz Lb 12, 9-13), wstawia się za zbuntowanym ludem, przestraszonym, po usłyszeniu relacji wywiadowców (por. Lb 14, 1-19), modli się, gdy ogień miał pożreć obóz (por. Lb 11,:1-2) i kiedy jadowite węże zabijały ludzi (por. Lb 21, 4- 9), zwraca się do Pana i protestuje, kiedy ciężar jego misji stał się zbyt wielki (por Lb 11.10-15), widzi Boga i rozmawia z Nim „twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem” (por. Wj 24,9-17, 33,7 -23; 34,1-10.28-35).

    Także wówczas, gdy lud na Synaju prosi Aarona, by uczynił złotego cielca, Mojżesz się modli, sprawując w sposób wyrazisty swoją funkcję orędownika. Wydarzenie to przedstawia rozdział 32. Księgi Wyjścia, a tekst paralelny znajduje się w rozdziale 9. Księgi Powtórzonego Prawa. Nad tym wydarzeniem chciałbym się skupić w dzisiejszej katechezie, a zwłaszcza na modlitwie Mojżesza, którą znajdujemy w relacji Wyjścia. Lud Izraela znajdował się u podnóża góry Synaj, podczas gdy Mojżesz oczekiwał na górze na dar tablic Prawa, poszcząc przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy (por. Wj 24,18, Pwt 9,9). Liczba czterdzieści ma znaczenie symboliczne i oznacza całość doświadczenia, podczas gdy post wskazuje, że życie pochodzi od Boga, to On je podtrzymuje. Faktycznie czynność jedzenia oznacza przyjmowanie pokarmu, który nas wspiera. Dlatego poszczenie, wyrzeczenie się pożywienia nabiera w tym przypadku znaczenia religijnego: jest sposobem, aby wskazać, że nie samym chlebem żyje człowiek, lecz wszelkim słowem, które pochodzi z ust Pana (por. Pwt 8,3). Poszcząc Mojżesz wskazuje, że oczekuje na dar Bożego prawa jako źródła życia: wyjawia ono wolę Bożą i karmi serce człowieka, pozwalając mu zawrzeć przymierze z Wszechmogącym, który jest źródłem życia i samym życiem.

    Kiedy jednak Pan daje Mojżeszowi na górze Prawo, u jej stóp lud je przekracza. Nie potrafiąc się oprzeć oczekiwaniu i brakowi pośrednika, Izraelici proszą Aarona: „Uczyń nam boga, który by szedł przed nami, bo nie wiemy, co się stało z Mojżeszem, tym mężem, który nas wyprowadził z ziemi egipskiej” (Wj 32,1). Lud zmęczony drogą z niewidzialnym Bogiem, teraz, kiedy zniknął nawet pośrednik, Mojżesz, domaga się namacalnej, dotykalnej obecności Pana Boga i odnajduje w cielcu ulanym z metalu przez Aarona, boga który stał się dostępny, dającego się sterować, w zasięgu człowieka. Jest to stała pokusa na drodze wiary: uciekanie od Bożej tajemnicy poprzez tworzenie bożka zrozumiałego, odpowiadającego naszym schematom i naszym projektom. To, co dzieje się na Synaju ukazuje całą głupotę i złudną pustkę tego roszczenia, ponieważ, jak mówi ironicznie Psalm 106, „Zamienili swą Chwałę na wizerunek cielca jedzącego siano” (Ps 106,20). Dlatego reaguje Pan i nakazuje Mojżeszowi, aby zszedł z góry, ukazując mu, co czyni lud i kończąc tymi słowami: „Zostaw Mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich. Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem” (Wj 32,10). Podobnie jak w przypadku Abrahama odnośnie do Sodomy i Gomory, tak teraz Bóg objawia Mojżeszowi, co zamierza zrobić, niemal nie chcąc działać bez jego zgody (por. Am 3,7). W rzeczywistości owo „zostaw Mnie, aby rozpalił się gniew mój” powiedziane jest właśnie dlatego, że Mojżesz interweniuje i prosi Go, żeby tego nie czynił, ujawniając w ten sposób, że pragnieniem Boga jest zawsze zbawienie. Tak jak w przypadku dwóch miast za czasów Abrahama, kara i zniszczenie, w których wyraża się gniew Boga jako odrzucenie zła, wskazują na wagę popełnionego grzechu. Równocześnie jednak prośba tego, który się wstawia pragnie ukazać wolę Pana, by przebaczyć. To właśnie jest Bożym zbawieniem, które pociąga za sobą miłosierdzie, ale zarazem odrzucenie grzechu, istniejącego zła, aby grzesznik, uznawszy i odrzuciwszy swoje zło, mógł otworzyć się na Boże przebaczenie. Modlitwa wstawiennicza sprawia w ten sposób, że w obrębie upadłej rzeczywistości grzesznego człowieka działa Boże miłosierdzie, które znajduje swój wyraz w błaganiu modlącej się osoby i staje się obecne przez nią, tam gdzie potrzebne jest zbawienie.

    Błaganie Mojżesza jest całe skoncentrowane na wierności i łasce Pana. Odwołuje się on najpierw do historii zbawienia, którą Bóg rozpoczął wraz z wyjściem Izraela z Egiptu, aby następnie przypomnieć o starodawnej obietnicy danej ojcom. Pan dokonał zbawienia, wyzwalając swój lud z niewoli egipskiej. Mojżesz pyta więc: „Czemu to mają mówić Egipcjanie: „W złym zamiarze wyprowadził ich, chcąc ich wygubić w górach i wygładzić z powierzchni ziemi?” (Wj 32,12). Rozpoczęte dzieło powinno zostać dokończone. Gdyby Bóg zniszczył swój lud, mogło by być to interpretowane jako znak, że Bóg nie może dokończyć planu zbawienia. Bóg nie może na to pozwolić: jest On Panem dobrym, który zbawia, gwarantem życia, jest Bogiem miłosierdzia i przebaczenia, wyzwolenia z zabijającego grzechu. W ten sposób Mojżesz odwołuje się do Boga, do życia wewnętrznego Boga, przeciw zewnętrznemu wyrokowi. Ale w takim razie, argumentuje Mojżesz wobec Boga, jeśli zginą jego wybrani, mimo, że są winni, mógłby się On jawić jako niezdolny do przezwyciężenia grzechu i okazania się silniejszym od zła. Na to jednak nie można się zgodzić. Mojżesz doświadczył konkretnie Boga zbawienia, został wysłany jako pośrednik Bożego wyzwolenia, a teraz wraz ze swoją modlitwą, wyraża podwójne obawy, zatroskany o los swojego ludu, ale także o cześć należną Bogu, ze względu na prawdę Jego imienia. Orędownik pragnie w istocie, aby lud Izraela był zbawiony, bo jest to powierzona mu owczarnia, ale również dlatego, aby w owym zbawieniu ukazała się prawdziwa rzeczywistość Boga. Miłość do braci i miłość Boga przenikają się wzajemnie w modlitwie wstawienniczej, są nierozłączne. Mojżesz, orędownik, jest człowiekiem rozpiętym między dwoma miłościami, które w modlitwie nakładają się na siebie w jednym jedynym pragnieniu dobra.

    Następnie Mojżesz odwołuje się do wierności Boga, przypominając Mu Jego obietnice: „Wspomnij na Abrahama, Izaaka i Izraela, Twoje sługi, którym przysiągłeś na samego siebie, mówiąc do nich: «Uczynię potomstwo wasze tak liczne jak gwiazdy niebieskie, i całą ziemię, o której mówiłem, dam waszym potomkom, i posiądą ją na wieki»” (Wj 32,13). Mojżesz przypomina podstawową historię początków, Ojców ludu oraz jego wybrania, całkowicie darmowego, w którym jedynie Bóg miał inicjatywę. Nie ze względu na swe zasługi otrzymali obietnicę, ale ze względu na swobodny wybór Boga i Jego miłość (por. Pwt 10,15). A teraz, Mojżesz prosi, aby przebaczając swojemu ludowi, Pan wiernie kontynuował jego dzieje wybrania i zbawienia. Pośrednik nie przytacza usprawiedliwienia dla grzechu swojego ludu, nie wylicza rzekomych zasług, ani ludu, ani też swoich, ale odwołuje się do Bożej darmowości: do Boga wolnego, będącego całkowicie miłością, która nigdy nie przestaje poszukiwać osób, które się oddaliły, który pozostaje zawsze wierny samemu sobie i daje grzesznikowi możliwość powrotu do Niego i stania się poprzez przebaczenie sprawiedliwym i zdolnym do wierności. Mojżesz prosi Boga, aby okazał się większy niż grzech i śmierć, a przez swoją modlitwę prowokuje to Boże objawienie. Pośrednik życia, orędownik, jest solidarny ze swoim ludem. Pragnie jedynie zbawienia, którego pragnie sam Bóg, rezygnuje z perspektywy, aby stać się nowym ludem, miłym Panu. Wyrażenie, jakie skierował do niego Bóg: „Uczynię ciebie wielkim ludem” „przyjaciel Boga” nie bierze nawet pod uwagę. Jest on natomiast gotów wziąć na siebie jeśli nie winę swojego ludu, to wszystkie jej konsekwencje. Kiedy, po zniszczeniu złotego cielca, powróci na górę, aby na nowo prosić o zbawienie dla Izraela, powie Panu: „Przebacz jednak im ten grzech! A jeśli nie, to wymaż mię natychmiast z Twej księgi, którą napisałeś” (w. 32). Przez modlitwę, pragnąc pragnienia Boga, orędownik wkracza coraz głębiej w poznanie Boga i Jego miłosierdzia i staje się zdolny do miłości, która sięga aż do całkowitego daru z siebie.

    Ojcowie Kościoła widzieli w Mojżeszu stojącym na szczycie góry, rozmawiającego sam na sam z Bogiem i wstawiającym się za swoim ludem, ofiarowującym siebie samego – „wymaż mnie” zapowiedź Chrystusa, który na wysokim szczycie Krzyża staje rzeczywiście przed Bogiem, nie tylko ufnojako przyjaciel, lecz jako Syn. Nie tylko ofiarowuje siebie „wymaż mnie” – ale ze swym przebitym sercem, unicestwia samego siebie, jak powiada św. Paweł – sam stał się grzechem, nosi na sobie nasze grzechy, aby nas zbawić (por. 2 Kor 5, 21). Jego wstawiennictwo jest nie tylko solidarnością, ale także utożsamieniem z nami: niesie nas wszystkich w Swoim Ciele. W ten sposób całe jego życie człowieka i Syna jest wołaniem do Bożego serca, jest przebaczeniem, ale przebaczeniem, które przekształca i odnawia. Myślę, że musimy przemyśleć tą rzeczywistość. Chrystus staje przed obliczem Boga i modli się za mnie. Jego modlitwa na Krzyżu jest współczesna ze wszystkimi ludźmi, współczesna ze mną: On za mnie się modli, za mnie cierpiał i utożsamił się ze mną, przyjmując nasze ciało i ludzką duszę. Zaprasza On nas, byśmy wkroczyli w tę Jego tożsamość, czyniąc siebie jednym ciałem i jednym duchem z Nim, gdyż na wysokim szczycie Krzyża dał On nie nowe prawa, tablice kamienne, ale przyniósł samego siebie, swoje Ciało i Krew jako nowe przymierze. W ten sposób czyni nas swoimi krewnymi, jednym ciałem z Nim, utożsamionych z Nim. Zachęca nas, abyśmy wkroczyli w tę Jego tożsamość, byli z Nim zjednoczeni w naszym pragnieniu bycia jednym ciałem i jednym duchem z Nim. Módlmy się do Boga, aby to utożsamienie nas przemieniało i odnawiało, ponieważ przebaczenie jest odnowieniem, jest przekształceniem.

    Chciałbym zakończyć tę katechezę słowami apostoła Pawła skierowanymi do chrześcijan Rzymu: „Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?… ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności… ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8,33-35.38.39).

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Walka Jakuba z Bogiem symbolem modlitwy

    Walka Jakuba z Bogiem symbolem modlitwy – katecheza Benedykta XVI z 25 maja 2011
    Drodzy bracia i siostry,

    Dzisiaj chciałbym się zastanowić nad tekstem z Księgi Rodzaju, opowiadającym o dość szczególnym epizodzie w dziejach patriarchy Jakuba. Jest to fragment trudny do zinterpretowania, ale ważny dla naszego życia wiary i modlitwy. Chodzi o opowieść o walce z Bogiem przy brodzie potoku Jabbok.

    Jak pamiętacie Jakub wykradł swemu bliźniakowi, Ezawowi pierworództwo w zamian za miskę soczewicy i później podstępnie wykradł błogosławieństwo swego, bardzo już starego ojca Izaaka, wykorzystując jego ślepotę. Uciekając przed gniewem Ezawa schronił się u jednego z krewnych, Labana; ożenił się, wzbogacił a teraz powracał do swej ojczystej ziemi, gotów, by stawić czoła bratu, poczyniwszy wpierw pewne rozsądne środki ostrożności. Kiedy jednak wszystko jest gotowe na to spotkanie, po przekroczeniu wraz z osobami, które były z nim u brodu potoku, oddzielającego terytorium Ezawa, Jakub będąc sam został nieoczekiwanie zaatakowany przez kogoś Nieznanego, z którym walczy przez całą noc. Właśnie to zmaganie, oko w oko, jakie odnajdujemy w 32 rozdziale Księgi Rodzaju staje się dla niego swoistym doświadczeniem Boga.

    Noc jest okresem sprzyjającym działaniom w ukryciu, jest więc dla Jakuba najlepszym czasem by wkroczyć na terytorium swego brata, tak aby nikt go nie widział, łudząc się, że zaskoczy Ezawa. Ale to właśnie on zostaje zaskoczony niespodziewanym atakiem, na który nie był przygotowany. Wykorzystał cały swój spryt, aby próbować uchronić się przed niebezpieczeństwem, myśląc, że wszystko ma pod kontrolą, a tymczasem staje w obliczu tajemniczej walki, która zaskakuje go w samotności, nie pozwalając na zorganizowanie odpowiedniej obrony. Bezradny patriarcha Jakub walczy z kimś w nocy. Tekst nie określa tożsamości adwersarza: używa terminu greckiego, wskazującego w sposób ogólny „człowieka”, „kogoś”. Chodzi o określenie niejasne, nieokreślone, które celowo utrzymuje napastnika w tajemnicy. Jest ciemno, Jakub nie potrafi jasno widzieć swego rywala, a pozostaje on nieznany także dla czytelnika; ktoś przeciwstawia się patriarsze i są to jedyne pewne dane przedstawione przez narratora. Dopiero na końcu, kiedy walka już niemal się zakończy a ów „ktoś” niebawem zniknie, Jakub go nazwie i będzie mógł powiedzieć, że walczył z Bogiem.

    Wydarzenie rozgrywa się więc w ciemności i trudno nie tylko dostrzec tożsamość adwersarza, ale także przebieg walki. Kiedy czytamy ten fragment trudno ustalić, który z dwóch przeciwników przeważa; czasowniki są często używane bez wyraźnego podmiotu, a działania rozwijają się w sposób niemal sprzeczny, tak, że kiedy myślimy, że góruje jeden z dwóch – dementują to natychmiast następne działania i przedstawiają drugiego jako zwycięzcę. Faktycznie na początku Jakub wydaje się silniejszy, a jak powiada tekst przeciwnik: „widząc, że nie może go pokonać” (w. 26) dotknął jego stawu biodrowego i wywichnął Jakubowi ten staw. Należałoby więc myśleć, że Jakub powinien się ugiąć, ale to właśnie drugi prosi, aby go puścił a patriarcha odmawia, stawiając jeden warunek: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz” (w. 27). Ten, który podstępem pozbawił swego brata błogosławieństwa pierworodnego, teraz domaga się go od nieznanego, którego boskie konotacje być może zaczyna dostrzegać, chociaż nie może go jeszcze tak naprawdę rozpoznać.

    Rywal, który zdawał się powstrzymany, a więc zwyciężony przez Jakuba zamiast ugiąć się przed żądaniem patriarchy pyta go o imię: „Jakie masz imię?”. Patriarcha odpowiada: „Jakub” (w.28). Tutaj dochodzi do ważnego przełomu walki. Znajomość czyjegoś imienia, pociąga za sobą w istocie swego rodzaju władzę nad tą osobą, ponieważ imię w mentalności biblijnej zawiera najgłębszą rzeczywistość jednostki, odsłania jej tajemnicę i przeznaczenie. Znać imię, to znaczy więc znać prawdę drugiego, a to pozwala, aby nad nim panować. Kiedy, na żądanie nieznanego Jakub wyjawia swe imię, oddaje się w ręce przeciwnika, jest to forma poddania się, całkowitego oddania siebie drugiemu. Jednakże w tym geście poddania Jakub okazuje się paradoksalnie zwycięzcą, ponieważ otrzymuje nowe imię wraz z uznaniem przez przeciwnika swego zwycięstwa, który mówi do niego: „Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś” (w.29). Jakub to imię, które przypominało o kłopotliwym pochodzeniu patriarchy; po hebrajsku rzeczywiście przypomina słowo „pięta” i odsyła czytelnika do chwili narodzin Jakuba, kiedy wychodząc z łona matki trzymał swego brata-bliźniaka za piętę (Rdz 25,26), niemal zapowiadając, że odbierze bratu pierworództwo, co stanie się w wieku dorosłym. Słowo „Jakub” przywołuje jednakże także określenia: „wprowadzać w błąd”, „wysadzić kogoś z zajmowanego stanowiska”. Tak oto w walce patriarcha wyjawia swemu przeciwnikowi, w geście kapitulacji i poddania, że jest oszustem, tym, który podstępnie zajął miejsce swego brata. Ten drugi jednak, który jest Bogiem przekształca tę negatywną rzeczywistość w pozytywną: Jakub-oszust staje się Izraelem, otrzymuje nowe imię oznaczające nową tożsamość. Jednakże i tutaj opowiadanie zachowuje zamierzoną dwuznaczność, gdyż najbardziej prawdopodobne znaczenie imienia Izrael to: „Bóg jest mocny, Bóg zwycięża”.

    Tak więc Jakub zwyciężył i sam przeciwnik to potwierdza, ale jego nowa tożsamość, otrzymana od samego Boga potwierdza i świadczy o zwycięstwie Boga. A kiedy z kolei Jakub zażąda od przeciwnika, by wyjawił mu swe imię, ten odmawia, ale objawi siebie w niedwuznacznym geście, dając swe błogosławieństwo. To błogosławieństwo, o które Jakub prosił na początku walki jest jemu obecnie udzielone. Nie jest to błogosławieństwo wydarte oszustwem, ale ofiarowane darmowo przez Boga, które Jakub może otrzymać, ponieważ teraz sam, bez zabezpieczenia, bez sprytu i podstępu, oddaje się bezbronny, zgadza się poddać i wyznaje prawdę o samym sobie. W ten sposób, pod koniec walki, otrzymawszy błogosławieństwo patriarcha może w końcu rozpoznać drugiego, Boga błogosławieństwa: „Mimo że widziałem Boga twarzą w twarz, jednak ocaliłem me życie” (w. 31) i może teraz przejść przez bród, niosąc nowe imię, ale „zwyciężony” przez Boga i naznaczony na zawsze, kuśtykając z powodu zadanej rany.

    Wyjaśnienia, jakie może w odniesieniu do tego fragmentu dać egzegeza biblijna są wielorakie. Naukowcy rozpoznają w nim zwłaszcza różnorodne cele i elementy literackie jak również odniesienia do pewnych opowieści popularnych. Ale kiedy elementy te są przyjmowane przez autorów natchnionych i włączone do opowiadania biblijnego, zmieniają swe znaczenie i tekst otwiera szersze wymiary. Epizod walki nad potokiem Jabbok przedstawia się w ten sposób człowiekowi wierzącemu jako tekst paradygmatyczny, w którym lud Izraela mówi o swoim pochodzeniu i nakreśla rysy szczególnej relacji między człowiekiem a Bogiem. Z tego względu, jak stwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego „Duchowa tradycja Kościoła widziała w tym opisie symbol modlitwy jako walki wiary i zwycięstwa wytrwałości” (n. 2573). Tekst biblijny mówi nam o długiej nocy poszukiwania Boga, walce, aby poznać Jego imię i widzieć Jego oblicze; jest to noc modlitwy, która z uporem i wytrwałością prosi Boga o błogosławieństwo i nowe imię, nową rzeczywistość będącą owocem nawrócenia i przebaczenia.

    Noc Jakuba przy brodzie potoku Jabbok staje się dla człowieka wierzącego punktem odniesienia by zrozumieć relację z Bogiem, która znajduje swój najwyższy wyraz w modlitwie. Modlitwa wymaga zaufania, bliskości, niemal bezpośredniego, symbolicznego spotkania oko w oko nie z Bogiem przeciwnikiem i wrogiem, ale z Panem błogosławiącym, który zawsze pozostaje tajemniczy, który wydaje się nieosiągalny. Z tego względu autor natchniony używa symbolu walki, co wiąże się z męstwem, wytrwałością, śmiałością w osiąganiu to, czego pragniemy. A jeśli przedmiotem pragnienia jest relacja z Bogiem, Jego błogosławieństwo i Jego miłość, to wówczas kulminacją walki może być jedynie darowanie samego siebie Bogu, uznając swoją słabość, która zwycięża właśnie wtedy, gdy udaje się nam powierzyć w miłosierne ręce Boga.

    Drodzy bracia i siostry, całe nasze życie jest podobne do tej długiej nocy walki i modlitwy, którą należy strawić na pragnieniu i prośbie o Boże błogosławieństwo, którego nie można wydrzeć czy wywalczyć licząc na nasze siły, ale powinno się je otrzymać z pokorą od Niego, jako darmowy dar pozwalający w końcu rozpoznać oblicze Pana. Kiedy to ma miejsce, przemienia się całe nasze życie, otrzymujemy nowe imię i Boże błogosławieństwo. Jeszcze więcej: Jakub, otrzymujący nowe imię staje się Izraelem, nadaje nowe imię także miejscu gdzie walczył z Bogiem, gdzie się do niego modlił i nazwa je Penuel, co oznacza „oblicze Boga”. Wraz z tą nazwą uznaje to miejsce za wypełnione obecnością Pana, czyni tę ziemię świętą wpisując w nią niemal wspomnienie tego tajemniczego spotkania z Bogiem. Ten, który pozwala się pobłogosławić przez Boga, powierza się Jemu, pozwala się Jemu przekształcać, czyni świat błogosławionym. Niech Pan nam pomaga walczyć w dobrych zawodach o wiarę (por. 1 Tm 6,12; 2 Tm 4,7) i prosić w naszej modlitwie o Jego błogosławieństwo, aby nas odnawiał w oczekiwaniu na to, gdy będziemy widzieli Jego oblicze.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Modlitwa wstawiennicza Abrahama nad mieszkańcami Sodomy i Gomory

    Modlitwa wstawiennicza Abrahama nad mieszkańcami Sodomy i Gomory – katecheza Benedykta XVI z 18 maja 2011
    Drodzy bracia i siostry,

    Podczas dwóch minionych katechez zastawialiśmy się nad modlitwą jako zjawiskiem powszechnym, które – choć w różnych formach – występuje w kulturach wszystkich czasów. Dzisiaj natomiast chciałbym rozpocząć refleksję biblijną na ten temat, który prowadzi nas do zgłębienia dialogu przymierza między Bogiem a człowiekiem, ożywiającego historię zbawienia, aż do punktu kulminacyjnego, ostatecznego słowa, którym jest Jezus Chrystus. Ta refleksja sprawi, że zatrzymamy się na kilku ważnych tekstach i fundamentalnych postaciach Starego i Nowego Testamentu. To Abraham, wielki patriarcha, ojciec wszystkich wierzących (por. Rz 4,11-12.16-17), da nam doskonały przykład modlitwy w epizodzie wstawiennictwa za miasta Sodomy i Gomory. Chciałbym też was zachęcić, abyście skorzystali z drogi, którą przebędziemy podczas najbliższych katechez i dowiedzieli się więcej na temat Biblii, którą jak ufam, macie w swoich domach. Prosiłbym, abyście podczas tygodnia, zatrzymali się, odczytywali i przemyśleli na modlitwie, poznawali wspaniałą historię relacji między Bogiem a człowiekiem, między Bogiem, który przekazuje nam siebie a człowiekiem, który Jemu odpowiada i się modli.

    Pierwszy tekst, nad którym pragniemy się zastanowić znajduje się w rozdziale 18 Księgi Rodzaju. Opowiada on, że nikczemność mieszkańców Sodomy i Gomory osiągnęła szczyt, do tego stopnia, że konieczna była interwencja Boga, by dokonał aktu sprawiedliwości i powstrzymał zło, niszcząc obydwa miasta. W tę sytuację wpisuje się Abraham ze swoją modlitwą wstawienniczą. Bóg postanawia objawić mu to, co się wydarzy, pozwalając poznać mu powagę zła i jego straszliwe konsekwencje, ponieważ Abraham jest jego wybranym, wybranym po to, aby stał się wielkim ludem i aby Boże błogosławieństwo dotarło aż do krańców świata. Podejmuje on misją zbawienia, która ma odpowiedzieć na grzech, który wkroczył w rzeczywistość człowieka. Poprzez niego Pan Bóg pragnie doprowadzić ludzkość do wiary, posłuszeństwa i sprawiedliwości. Teraz, ten przyjaciel Boga otwiera się na rzeczywistość i potrzeby świata, modli się za tych, którzy mają być ukarani i prosi, aby zostali ocaleni.

    Abraham natychmiast ustawia problem w całej jego powadze, mówiąc do Pana Boga: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy także zniszczysz to miasto i nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy w nim mieszkają? O, nie dopuść do tego, aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! O, nie dopuść do tego! Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?” (ww. 23-25). Tymi słowami, z wielką odwagą Abraham przedstawia Bogu konieczność uniknięcia sprawiedliwości zbiorowej: jeśli miasto jest winne, to słuszne jest potępienie jego przestępstwa i nałożenie kary, ale – powiada wielki patriarcha – niesprawiedliwe byłoby ukaranie w jednakowy sposób wszystkich mieszkańców. Jeśli są w mieście ludzie niewinni, nie mogą być traktowani tak samo jak winni. Bóg, który jest sędzią sprawiedliwym, nie może tak działać- słusznie mówi Abraham Bogu.

    Jeśli czytamy jednak ten tekst uważniej, to zdajemy sobie sprawę, że prośba Abrahama jest jeszcze poważniejsza i głębsza, ponieważ nie ogranicza się do prośby o zbawienie niewinnych. Abraham prosił o przebaczenie dla całego miasta i uczynił to, odwołując się do sprawiedliwości Boga. W istocie mówi do Pana: „Nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy w nim mieszkają?” (w. 24b). Czyniąc tak ośmiela się przedstawić nową ideę sprawiedliwości: nie ogranicza się ona do ukarania winnych, jak czynią to ludzie, ale jest to inna sprawiedliwość, Boża, która poszukuje dobra i tworzy je przez przebaczenie, które przemienia grzesznika, nawraca go i zbawia. Tak więc w swojej modlitwie Abraham nie odwołuje się wyłącznie do sprawiedliwości stosownie do wymiaru zła, ale prosi o interwencję zbawczą, która mając na uwadze niewinnych, wolnych od winy bezbożnych, wybacza im. Myśl Abrahama, która wydaje się niemal paradoksalna, może zostać podsumowana w następujący sposób: oczywiście nie można traktować niewinnych tak samo jak winnych, byłoby to niesprawiedliwe, ale musimy traktować winnych tak jak niewinnych, realizując „doskonalszą” sprawiedliwość, dając im możliwość zbawienia, ponieważ jeśli złoczyńcy przyjmą Boże przebaczenie i wyznają winę, pozwalając się zbawić, nie będą już więcej czynili zła i także oni staną się sprawiedliwymi i nie będą już musieli być karani.

    Tę właśnie prośbę o sprawiedliwość Abraham wyraża w swym wstawiennictwie. Jest to prośba, której podstawą jest pewność, że Pan Bóg jest miłosierny. Nie prosi Boga o rzecz sprzeczną z Jego istotą, puka do bramy Bożego miłosierdzia, znając autentyczną wolę Boga. Oczywiście, Sodoma jest wielkim miastem a pięćdziesięciu sprawiedliwych, wydaje się, że to niewiele, ale czyż sprawiedliwość Boga i Jego przebaczenie nie są przejawem mocy dobra, nawet jeśli wydaje się mniejsze i słabsze od zła? Zniszczenie Sodomy powinno powstrzymać obecne w tym mieście zło, ale Abraham wie, że Bóg ma inne sposoby i środki, aby postawić tamę rozprzestrzenianiu się zła. To przebaczenie przerywa spiralę grzechu a Abraham w swym dialogu z Bogiem odwołuje się właśnie do tego. A kiedy Pan Bóg zgadza się przebaczyć miastu, jeśli znajdzie w nim pięćdziesięciu sprawiedliwych, modlitwa wstawiennicza Abrahama zaczyna schodzić w głąb Bożego miłosierdzia. Abraham, jak pamiętamy, stopniowo zmniejsza liczbę niewinnych koniecznych do zbawienia: gdyby nie było ich pięćdziesięciu, czy może wystarczyć czterdziestu pięciu, a potem coraz mniej, aż do dziesięciu, nadal kontynuując swą prośbę, która staje się niemal zuchwałą w swej natarczywości: „A może znalazłoby się tam czterdziestu… trzydziestu… dwudziestu… dziesięciu?” (por. w. 29.30.31.32). Im mniejsza staje się liczba, tym większe okazuje się i ujawnia miłosierdzie Boga, który cierpliwie wysłuchuje modlitwę, przyjmuje ją i odpowiada na każdą prośbę: „przebaczę… nie zniszczę … nie dokonam” (por. ww. 26.28.29.30.31.32).

    Tak więc, za wstawiennictwem Abrahama, Sodoma może być ocalona, jeśli znajdzie się w niej choćby dziesięciu sprawiedliwych. Taka jest moc modlitwy, ponieważ poprzez wstawiennictwo, modlitwę do Boga o zbawienie innych, ukazuje się i wyraża pragnienie zbawienia, jakie Bóg żywi zawsze wobec grzesznego człowieka. Zło rzeczywiście nie może być zaakceptowane, musi być wskazane i zniszczone poprzez karę: zniszczenie Sodomy miało właśnie tę funkcję. Pan Bóg nie chce jednak śmierci grzesznika, ale żeby się nawrócił i żył (por. Ez 18,23, 33,11). Zawsze jego pragnieniem jest przebaczenie, zbawienie, dawanie życia, przekształcanie zła w dobro. Zatem właśnie to pragnienie Boże w modlitwie staje się pragnieniem człowieka i wyraża się poprzez słowa wstawiennictwa. Wraz ze swoją modlitwą Abraham użycza swego głosu, ale także serca Bożej woli: Boże pragnienie, które jest miłosierdziem, miłością i pragnieniem zbawienia, znalazło w Abrahamie i w jego modlitwie możliwość objawienia się w sposób konkretny w obrębie ludzkiej historii, aby być obecnym wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba łaski. Wraz z głosem swej modlitwy, Abraham użycza głosu pragnieniu Boga, który nie chce zniszczenia, lecz ocalenia Sodomy i obdarzenia życiem skruszonego grzesznika.

    Tego właśnie chce Pan Bóg, a jego dialog z Abrahamem jest przedłużającym się i niedwuznacznym przejawem Jego miłości miłosiernej. Potrzeba znalezienia ludzi sprawiedliwych w obrębie miasta jest coraz mniej wymagająca i w końcu wystarczy jedynie dziesięciu, aby ocalić wszystkich mieszkańców. W tekście nie ma mowy z jakiego powodu Abraham zatrzymują się na dziesięciu. Być może jest to liczba wskazująca najmniejszą grupę wspólnotową (po dziś dzień dziesięć osób to kworum niezbędne dla żydowskiej modlitwy publicznej). Niezależnie od wszystkiego chodzi o nieznaczną liczbę, niewielką cząsteczkę dobra, stanowiącą punkt wyjścia dla zbawienia wielkiego zła. Jednakże w Sodomie i Gomorze nie znalazło się nawet dziesięciu sprawiedliwych i obydwa miasta zostały zniszczone. O niezbędności tego zniszczenia paradoksalnie zaświadczyła właśnie modlitwa wstawiennicza Abrahama. Objawiła ona bowiem zbawczą wolę Boga: Pan gotów był przebaczyć, pragnął to uczynić, ale obydwa miasta były zamknięte w złu wszechogarniającym i paraliżującym: nie było w nich nawet kilku niewinnych kilka, od których można by wyjść, by przekształcić zło w dobro. Abraham także bowiem prosił właśnie o tę drogę zbawienia: być zbawionym nie oznacza po prostu uniknięcie kary, ale uwolnienie od zła, które w nas mieszka. Nie należy wyeliminować kary, ale grzech, owo odrzucenie Boga i miłości, które niesie już w sobie karę. Prorok Jeremiasz powie do zbuntowanego ludu: „Twoja niegodziwość cię karze, a twoje niewierności cię osądzają. Wiedz zatem i przekonaj się, jak przewrotne i pełne goryczy jest to, że opuściłaś Pana, Boga swego” (Jer 2,19). Z tego właśnie smutku i goryczy, Pan Bóg chce zbawić człowieka wyzwalając go od grzechu. Ale konieczna jest przemiana płynąca od wewnątrz, kilka okruchów dobra, jakiś początek od którego można wyjść, aby przeobrazić zło w dobro, nienawiść w miłość, zemstę w przebaczenie. Z tego względu sprawiedliwi muszą być w obrębie miasta, a Abraham stale powtarza: „A może znalazłoby się tam…”. „Tam” – w obrębie chorej rzeczywistości powinien być ten zalążek dobra, które może uzdrowić i przywrócić życie. Jest to też słowo skierowane do nas, aby w naszych miastach znalazł się zalążek dobra i abyśmy czynili wszystko co w naszej mocy, aby było w nich nie tylko dziesięcioro sprawiedliwych, aby nasze miasta mogły żyć i przeżyć, ocalić nas od tej wewnętrznej goryczy jaką jest nieobecność Boga. W chorej rzeczywistości Sodomy i Gomory, nie ma tego zalążka dobra.

    Ale miłosierdzie Boga w dziejach swego ludu rozciąga się dalej. Jeśli dla ocalenia Sodomy wystarczyłoby dziesięciu sprawiedliwych, to prorok Jeremiasz mówi w imieniu Wszechmogącego, że potrzebny jest tylko jeden, aby ocalić Jerozolimę: „Przebiegnijcie ulice Jerozolimy, zobaczcie, zbadajcie i przeszukajcie jej place, czy znajdziecie kogoś, czy będzie tam ktokolwiek, kto by postępował sprawiedliwie, szukał prawdy, a przebaczę jej” (5,1). Liczba sprawiedliwych ponownie się zmniejszyła, a dobroć Boga okazuje się jeszcze większa. Jednak i to jeszcze nie wystarczy, przeobfite Boże miłosierdzie nie odnajduje poszukiwanej odpowiedzi dobra i Jerozolima upada pod oblężeniem wroga. Trzeba, żeby sam Bóg stał się owym sprawiedliwym. To dokonuje się właśnie w tajemnicy Wcielenia, aby zapewnić jednego sprawiedliwego On sam staje się człowiekiem. Zawsze będzie Sprawiedliwy, którym jest On sam. Nieskończona i zadziwiająca miłość Boga objawi się w pełni, kiedy Syn Boży stanie się człowiekiem, definitywnym Sprawiedliwym, doskonale Niewinnym, przynoszącym całemu światu zbawienie, umierając na krzyżu, przebaczając i wstawiając się za tymi, którzy „nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). Wtedy modlitwa każdego człowieka odnajdzie swoją odpowiedź, wówczas wszystkie nasze modlitwy wstawiennicze będą w pełni wysłuchane.

    Drodzy bracia i siostry, błaganie Abrahama, naszego ojca w wierze, niech nas nauczy coraz większego otwierania serca na przeobfite miłosierdzie Boże, abyśmy w codziennej modlitwie potrafili pragnąć zbawienia ludzkości i prosić o nie wytrwale i z zaufaniem do Pana, który wielki jest w miłości. Dziękuję.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Modlitwa wpisana w serce każdego człowieka

    Modlitwa wpisana w serce każdego człowieka – katecheza Benedykta XVI z 11 maja 2011

    Drodzy bracia i siostry,

    Dziś chciałbym kontynuować refleksję o tym, jak modlitwa i zmysł religijny stanowią część człowieka na przestrzeni całych jego dziejów.

    Żyjemy w czasach, gdy widoczne są znaki sekularyzacji. Wydaje się, że Bóg zniknął z perspektywy życiowej różnych osób, lub stał się rzeczywistością, wobec której pozostajemy obojętni. Jednocześnie jednak widzimy wiele znaków wskazujących nam na ożywienie zmysłu religijnego, na ponowne odkrycie znaczenia Boga dla ludzkiego życia, potrzebę duchowości, przezwyciężenia czysto horyzontalnej, materialnej wizji życia ludzkiego.

    Patrząc na najnowszą historię dostrzegamy bankructwo przepowiedni tych, którzy od czasów Oświecenia zapowiadali zanik religii i podkreślali znaczenie absolutnego rozumu, oderwanego od wiary, rozumu, który miał rozproszyć ciemności dogmatyzmów religijnych i miał zburzyć „świat sacrum”, przywracając człowiekowi jego wolność, godność i niezależność od Boga. Doświadczenie minionego wieku z dwoma tragicznymi wojnami światowymi wpędziło w kryzys ów postęp, jaki zadawał się zapewnić autonomiczny rozum, człowiek bez Boga.

    Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza: „Przez stworzenie Bóg powołuje wszelki byt z nicości do istnienia…. Nawet po utracie podobieństwa do Boga na skutek popełnionego grzechu człowiek pozostaje obrazem swego Stwórcy. Zachowuje pragnienie Boga, który powołuje go do istnienia. Wszystkie religie świadczą o tym poszukiwaniu właściwym dla ludzi” (n. 2566). Możemy powiedzieć – jak to ukazałem na poprzedniej katechezie – że nie było żadnej wielkiej cywilizacji, od najdalszych czasów aż do naszych dni, która nie miała by charakteru religijnego.

    Człowiek jest z natury religijny, jest homo religiosus tak jak nim jest homo sapiens i homo faber. „Pragnienie Boga – stwierdza raz jeszcze Katechizm – jest wpisane w serce człowieka ponieważ został on stworzony przez Boga i dla Boga” (n. 27). Obraz Stwórcy jest wpisany w jego istotę i odczuwa on potrzebę odnalezienia światła, aby odpowiedzieć na pytania dotyczące głębokiego sensu rzeczywistości; odpowiedź, której nie może on znaleźć w sobie, w postępie czy naukach empirycznych. Homo religiosus pojawia się nie tylko w czasach antycznych, ale jest obecny w całych dziejach ludzkości. Pod tym względem na rozległym obszarze ludzkiego doświadczenia pojawiały się różnorodne formy religijności, usiłujące odpowiedzieć na pragnienie pełni i szczęścia, na potrzebę zbawienia i poszukiwanie sensu. Człowiek epoki cyfrowej podobnie jak człowiek epoki jaskiniowej poszukuje w doświadczeniu religijnym dróg przezwyciężenia swej ograniczoności oraz zapewnienia bezpieczeństwa swej niepewnej przygodzie na ziemi. Zresztą życie bez horyzontu transcendentnego nie miałoby poczucia wypełnienia i szczęścia, do którego wszyscy dążymy, jest ono bowiem z natury ukierunkowane ku przyszłości, która jeszcze ma się spełnić. II Sobór Watykański w deklaracji Nostra aetate podkreślił to w sposób syntetyczny: „Ludzie oczekują od różnych religii odpowiedzi na głębokie tajemnice ludzkiej egzystencji, które jak niegdyś, tak i teraz do głębi poruszają ludzkie serca; czym jest człowiek, jaki jest sens i cel naszego życia, co jest dobrem, a co grzechem, jakie jest źródło i jaki cel cierpienia, na jakiej drodze można osiągnąć prawdziwą szczęśliwość, czym jest śmierć, sąd i wymiar sprawiedliwości po śmierci, czym wreszcie jest owa ostateczna i niewysłowiona tajemnica, ogarniająca nasz byt, z której bierzemy początek i ku której dążymy” (n.1). Człowiek wie, że
    nie może sam odpowiedzieć na swoją fundamentalną potrzebę zrozumienia. Niezależnie od tego jak bardzo łudziłby samego siebie, iż jest samowystarczalny, to jednak doświadcza, że nie wystarcza sam sobie. Potrzebuje otwarcia na innego, na coś czy na kogoś, co mogłoby dać jemu to, czego mu brakuje, musi wyjść z siebie ku Temu, kto byłby w stanie wypełnić szerokość i głębię jego pragnienia.

    Człowiek nosi w sobie pragnienie nieskończoności, tęsknotę za wiecznością, poszukiwanie piękna, pragnienie miłości, potrzebę światła i prawdy, które popychają go ku Absolutowi; człowiek nosi w sobie pragnienie Boga. Człowiek wie, że w jakiś sposób może się zwrócić do Boga, że może do Niego się modlić. Święty Tomasz z Akwinu, jeden z największych teologów w dziejach określa modlitwę jako „wyraz pragnienia Boga, które człowiek nosi w sobie”. Ta siła przyciągania ku Bogu, którą sam Bóg umieścił w człowieku jest „duszą modlitwy”, która następnie przybiera wiele form i sposobów w zależności od historii, czasu, danej chwili, łaski, a nawet grzechu każdego modlącego się człowieka. Dzieje człowieka znają wiele form modlitwy, ponieważ rozwinął on różne sposoby otwarcia na Innego i to co Poza, tak że możemy rozpoznać modlitwę jako doświadczenie obecne w każdej religii i kulturze.

    Rzeczywiście drodzy bracia i siostry, jak widzieliśmy w minioną środę, modlitwa nie jest związana ze szczególnym kontekstem, ale wpisana jest w serce każdej osoby i każdej cywilizacji. Naturalnie, kiedy mówimy o modlitwie jako doświadczeniu człowieka jako takiego, „homo orans” trzeba uwzględnić, że jest ona bardziej postawą wewnętrzną niż szeregiem praktyk i formuł, sposobem bycia wobec Boga, bardziej niż spełnianiem aktów kultu lub wymawianiem słów. Modlitwa ma swoje centrum i zapuszcza swe korzenie w głębi osoby; z tego względu nie jest łatwo ją rozszyfrować i może być przedmiotem nieporozumień i mistyfikacji. Także w tym sensie możemy rozumieć wyrażenie „modlenie się jest trudne”. Rzeczywiście modlitwa jest w pełnym tego słowa znaczeniu miejscem bezinteresowności, dążenia ku Niewidzialnemu; Nieoczekiwanemu, Niewypowiedzianemu. Dlatego też doświadczenie modlitwy dla każdego jest wyzwaniem, „łaską”, o którą trzeba prosić, darem Tego, do którego się zwracamy.

    W modlitwie, w każdym okresie historii człowiek rozważa siebie i swoją sytuację w obliczu Boga, wychodząc od Boga i w odniesieniu do Boga. Doświadcza, że jest stworzeniem potrzebującym pomocy, niezdolnym do zapewnienia sobie o własnych siłach wypełnienia swego życia i swej nadziei. Filozof Ludwig Wittgenstein przypominał, że „modlitwa oznacza odczuwanie, że sens świata znajduje się poza nim”. W dynamice tej relacji z tym, który nadaje życiu sens, z Bogiem modlitwa ma jeden ze swych typowych wyrazów w geście upadania na kolana. Jest to gest, jako niosący w sobie radykalną ambiwalencję: mogę bowiem zostać zmuszony do upadania na klęczki – sytuacja nędzy i zniewolenia – ale mogę też klękać spontanicznie, wyrażając swoje ograniczenie a więc moją potrzebę Innego. Mówię mu, że jestem słaby, potrzebując pomocy, że jestem „grzesznikiem”. W doświadczeniu modlitwy istota ludzka wyraża całą świadomość samej siebie, wszystko to, co potrafi pojąć ze swego życia a jednocześnie kieruje całą siebie ku Istnieniu przed którym stoi, kieruje swą duszę ku tej Tajemnicy, od której oczekuje się spełnienia najgłębszych pragnień i pomocy, aby przezwyciężyć nędzę własnego życia. W owym spoglądaniu na Innego, kierowaniu się „poza” polega istota modlitwy, jako doświadczenia rzeczywistości, która wykracza poza to, co pojmowane zmysłami i przypadkowe.

    Jedynie w objawiającym się Bogu odnajduje wypełnienie ludzkie poszukiwanie. Modlitwa, która jest otwarciem i wyniesieniem serca ku Bogu, staje się w ten sposób relacją osobową z Nim. A jeśli nawet człowiek zapomina o swoim Stwórcy, Bóg żywy i prawdziwy nie przestaje jako pierwszy wzywać człowieka na tajemnicze spotkanie w modlitwie. Jak stwierdza Katechizm: „W modlitwie wierny Bóg zawsze pierwszy wychodzi z miłością do człowieka; zwrócenie się człowieka do Boga jest zawsze odpowiedzią. W miarę jak Bóg się objawia i objawia człowieka samemu człowiekowi, modlitwa ukazuje się jako wzajemne przyzywanie się, jako wydarzenie Przymierza. Wydarzenie to, przez słowa i czyny, angażuje serce. Ujawnia się w całej historii zbawienia” ( n. 2567).

    Drodzy bracia i siostry, uczymy się bardziej przebywać przed Bogiem, Bogiem, który objawia się w Jezusie Chrystusie, uczymy się rozpoznawać w ciszy, w głębi siebie, Jego głos, który nas wzywa i prowadzi nas do głębi naszego istnienia, do źródła życia, źródła zbawienia, aby nam umożliwić wyjście poza ograniczenia naszego życia i otworzyć nas na miarę Boga, na relację z Nim, który jest Nieskończoną Miłością. Dziękuję.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Chrześcijanie i muzułmanie zjednoczeni w dążeniu do pokoju

    Benedykt XVI

    Chrześcijanie i muzułmanie zjednoczeni w dążeniu do pokoju

    Audiencja generalna 19 września 2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Dziś chciałbym na chwilę powrócić myślą i sercem do niezwykłych dni mojej podróży apostolskiej do Libanu. Była to wizyta, której bardzo pragnąłem, pomimo trudnych okoliczności, bo uważam, że ojciec zawsze musi być u boku swych dzieci, kiedy napotykają one poważne problemy. Ożywiało mnie szczere pragnienie głoszenia pokoju, który zmartwychwstały Pan pozostawił swoim uczniom, mówiąc: «Pokój mój daję wam» (J 14, 27). Głównym celem mojej podróży było podpisanie i przekazanie posynodalnej adhortacji apostolskiej Ecclesia in Medio Oriente przedstawicielom wspólnot katolickich Bliskiego Wschodu, jak również innym Kościołom i Wspólnotom kościelnym, a także zwierzchnikom muzułmańskim.

    To było wzruszające wydarzenie kościelne, a jednocześnie sprzyjająca dialogowi okoliczność, przeżyta w kraju skomplikowanym, ale znamiennym dla całego regionu ze względu na swoją tradycję dobrego współżycia i czynnego współdziałania różnych ugrupowań religijnych i społecznych. W obliczu cierpień i dramatów, które nadal istnieją w tej części Bliskiego Wschodu, okazałem moje serdeczne poparcie dla uzasadnionych dążeń tych drogich mi narodów, niosąc im orędzie solidarności i pokoju. Myślę szczególnie o straszliwym konflikcie dręczącym Syrię, powodującym nie tylko śmierć tysięcy osób, ale także napływ rzesz uchodźców, którzy przybywają do tego regionu, rozpaczliwie poszukując bezpieczeństwa i przyszłości; nie zapominam też o trudnej sytuacji w Iraku. Podczas mojej wizyty mieszkańcy Libanu i Bliskiego Wschodu — katolicy, przedstawiciele innych Kościołów i Wspólnot kościelnych oraz różnych wspólnot muzułmańskich — z entuzjazmem, w spokojnej i konstruktywnej atmosferze przeżywali ważne doświadczenie wzajemnego szacunku, porozumienia i braterstwa, stanowiące mocny sygnał nadziei dla całej ludzkości. Ale przede wszystkim spotkanie z wiernymi katolickimi Libanu i Bliskiego Wschodu, tak licznie obecnymi, wzbudziło w mym sercu uczucie głębokiej wdzięczności za żarliwość ich wiary i świadectwa.

    Dziękuję Bogu za ten cenny dar, który daje nadzieję na przyszłość Kościoła na tych terenach: za ludzi młodych, dorosłych i rodziny, ożywianych mocnym pragnieniem zakorzenienia swego życia w Chrystusie, pozostania zakotwiczonymi w Ewangelii, wspólnego podążania w Kościele. Ponawiam wyrazy wdzięczności również wobec osób, które niestrudzenie pracowały, aby moja wizyta mogła się odbyć: patriarchów i biskupów Libanu z ich współpracownikami, Sekretariatu Generalnego Synodu Biskupów, osób konsekrowanych, wiernych świeckich, którzy są cenną i znaczącą rzeczywistością w libańskim społeczeństwie. Mogłem się osobiście przekonać, że libańskie wspólnoty katolickie, poprzez dwutysiącletnią obecność i pełne nadziei zaangażowanie, wnoszą znaczący i ceniony wkład w codzienne życie wszystkich mieszkańców kraju. Z wdzięcznością i szacunkiem myślę o władzach libańskich, o instytucjach i stowarzyszeniach, o wolontariuszach i tych wszystkich, którzy wspierali mnie modlitwą. Nie mogę zapomnieć serdecznego przyjęcia, z jakim spotkałem się ze strony prezydenta Republiki, pana Michela Sulejmana, a także różnych grup społecznych i ludności kraju: było to przyjęcie serdeczne, zgodnie ze słynną libańską gościnnością. Muzułmanie przyjęli mnie z wielkim szacunkiem i szczerym poważaniem; ich nieustanna i czynna obecność dała mi sposobność, by przekazać orędzie dialogu i współpracy między chrześcijaństwem a islamem: wydaje mi się, że nadeszła chwila, by wspólnie dać szczere i zdecydowane świadectwo sprzeciwu wobec podziałów, przemocy i wojen. Katolicy, którzy przybyli również z krajów ościennych, z żarliwością okazali swoją głęboką miłość do Następcy Piotra.

    Po pięknej ceremonii, która miała miejsce gdy przybyłem na lotnisko w Bejrucie, szczególnie uroczyste było pierwsze spotkanie — podpisanie posynodalnej adhortacji apostolskiej Ecclesia in Medio Oriente w greckomelchickiej bazylice św.Pawła w Harissie. Przy tej okazji zachęciłem katolików z Bliskiego Wschodu do wpatrywania się w ukrzyżowanego Chrystusa, ażeby znajdować siłę, także w sytuacjach trudnych i bolesnych, do świętowania zwycięstwa miłości nad nienawiścią, przebaczenia nad zemstą i jedności nad podziałem. Zapewniłem wszystkich, że Kościół powszechny poprzez miłość i modlitwę jest bardziej niż kiedykolwiek bliski Kościołom na Bliskim Wschodzie, a one, choć są «małą trzódką», nie powinny się lękać, będąc pewne, że Pan jest zawsze z nimi. Papież o nich nie zapomina.

    Drugiego dnia mojej podróży apostolskiej spotkałem się z przedstawicielami instytucji Republiki i świata kultury, korpusem dyplomatycznym i zwierzchnikami religijnymi. Wskazałem im między innymi drogę, którą należy przebyć, aby sprzyjać pokojowej i solidarnej przyszłości: chodzi o takie działanie, aby różnice kulturowe, społeczne i religijne prowadziły, w szczerym dialogu, do nowego braterstwa, gdzie tym, co łączy, jest wspólne poczucie wielkości i godności każdego człowieka, którego życie musi być zawsze bronione i chronione. Tego samego dnia spotkałem się, w duchu dialogu i wzajemnej życzliwości, ze zwierzchnikami religijnych wspólnot muzułmańskich. Bogu dziękuję za to spotkanie. Dzisiejszy świat potrzebuje wyraźnych i silnych znaków dialogu i współpracy, czego Liban był i powinien być nadal przykładem dla krajów arabskich i dla reszty świata.

    Po południu, przed rezydencją patriarchy maronickiego, z żywiołowym entuzjazmem powitały mnie tysiące młodych Libańczyków oraz młodzieży przybyłej z krajów ościennych. Były to odświętne i modlitewne chwile, które pozostaną niezapomniane w sercach wielu osób. Podkreśliłem, że mają szczęście mieszkać w tej części świata, która widziała Jezusa — umarłego i zmartwychwstałego dla naszego zbawienia — oraz rozwój chrześcijaństwa, i zachęciłem ich do wierności i umiłowania swej ziemi, pomimo trudności spowodowanych brakiem stabilności i bezpieczeństwa. Oprócz tego zachęciłem ich, by byli mocni w wierze, ufali Chrystusowi, źródłu naszej radości, i pogłębiali osobistą relację z Nim w modlitwie, a także byli otwarci na wielkie ideały życia, rodziny, przyjaźni i solidarności. Widząc młodych chrześcijan i muzułmanów świętujących w wielkiej zgodzie, zachęciłem ich, by razem budowali przyszłość Libanu i Bliskiego Wschodu oraz wspólnie sprzeciwiali się przemocy i wojnie. Zgoda i pojednanie powinny być silniejsze od naporu śmierci.

    W niedzielę rano miało miejsce wydarzenie bardzo intensywne, w którym żywo uczestniczyli wierni — Msza św. w City Center Waterfront w Bejrucie, której towarzyszyły sugestywne śpiewy, charakteryzujące także inne uroczystości. W obecności wielu biskupów i rzesz wiernych z całego Bliskiego Wschodu zachęcałem wszystkich do życia wiarą i świadczenia o niej bez lęku, wiedząc, że powołaniem chrześcijanina i Kościoła jest niesienie Ewangelii wszystkim ludziom, bez jakichkolwiek różnic, biorąc przykład z Jezusa. W kontekście naznaczonym poważnymi konfliktami zwróciłem uwagę na konieczność służenia pokojowi i sprawiedliwości, stawania się narzędziami pojednania i budowniczymi jedności. Na zakończenie celebracji eucharystycznej z radością przekazałem adhortację apostolską zawierającą wnioski Specjalnego Zgromadzenia Synodu Biskupów poświęconego Bliskiemu Wschodowi. Za pośrednictwem patriarchów oraz biskupów wschodnich i łacińskich, kapłanów, zakonników i świeckich dokument ten ma dotrzeć do wszystkich wiernych tego drogiego regionu, aby ich wspierać w wierze i w jedności i umacniać na drodze tak bardzo pożądanej nowej ewangelizacji. Następnie po południu, w siedzibie syryjskiego patriarchatu katolickiego, z radością wziąłem udział w braterskim spotkaniu ekumenicznym z patriarchami prawosławnymi i ortodoksyjnymi wschodnimi oraz z przedstawicielami tych Kościołów, jak również Wspólnot kościelnych.

    Drodzy przyjaciele, dni spędzone w Libanie były wspaniałą manifestacją wiary i intensywnej religijności oraz prorockim znakiem pokoju. Liczne rzesze wiernych, przybyłe z całego Bliskiego Wschodu, miały okazję do refleksji, do prowadzenia dialogu, a przede wszystkim do wspólnej modlitwy, odnawiając zobowiązanie do zakorzenienia swego życia w Chrystusie. Jestem pewien, że naród libański w swej wielopostaciowej, ale dobrze dobranej strukturze religijnej i społecznej będzie potrafił świadczyć z nową energią o prawdziwym pokoju, który rodzi się z zaufania do Boga. Pragnę, aby różne przekazane przeze mnie orędzia pokoju i wyrazy szacunku mogły pomóc zarządzającym tym regionem w podjęciu zdecydowanych kroków na rzecz pokoju oraz lepszego zrozumienia relacji między chrześcijanami i muzułmanami. Ja sam nadal będę towarzyszył tym umiłowanym narodom w modlitwie, aby pozostały wierne podjętym zobowiązaniom. Macierzyńskiemu wstawiennictwu Maryi, czczonej w tak licznych starożytnych sanktuariach libańskich, zawierzam owoce tej wizyty duszpasterskiej, a także dobre postanowienia i słuszne dążenia całego Bliskiego Wschodu. Dziękuję.

    po polsku:

    Witam polskich pielgrzymów. Wam, tu obecnym, i wszystkim Polakom, którzy wspierali mnie modlitwą podczas podróży do Libanu, bardzo dziękuję. Ufam, że to spotkanie z wiernymi z całego Bliskiego Wschodu umocni ich, doda otuchy i zaowocuje trwałym pokojem. Proszę was, abyście nadal podtrzymywali ich wysiłki waszymi modlitwami. Niech Bóg wam błogosławi!

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Liturgia jest służbą i uczestnictwem w dziele Bożym

    Benedykt XVI

    Liturgia jest służbą i uczestnictwem w dziele Bożym

    Audiencja generalna 26 września 2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W ubiegłych miesiącach w świetle Słowa Bożego pokonaliśmy drogę, na której uczyliśmy się modlić w sposób coraz bardziej autentyczny, przyglądając się kilku wielkim postaciom ze Starego Testamentu, Psalmom, Listom św. Pawła i Apokalipsie, ale przede wszystkim patrząc na jedyne w swoim rodzaju i podstawowe doświadczenie Jezusa w Jego relacji z Ojcem niebieskim. W rzeczywistości, tylko w Chrystusie człowiek potrafi zjednoczyć się z Bogiem w głęboki i zażyły sposób jak syn z kochającym ojcem, tylko w Nim możemy w całej prawdzie zwracać się do Boga, z miłością mówiąc «Abba! Ojcze!» Jak apostołowie, my również powtarzaliśmy w minionych tygodniach i dziś powtarzamy Jezusowi: «Panie, naucz nas modlić się» (Łk 11, 1).

    Ponadto, by nauczyć się jeszcze intensywniej przeżywać osobistą relację z Bogiem, nauczyliśmy się przyzywać Ducha Świętego, pierwszy dar Zmartwychwstałego dla wierzących, ponieważ to On «przychodzi z pomocą naszej słabości, gdy nie umiemy się modlić tak, jak trzeba» (por. Rz 8, 26), mówi św. Paweł, a wiemy, jak bardzo ma rację.

    Teraz, po długim cyklu katechez o modlitwie w Piśmie Świętym, możemy zapytać: w jaki sposób mogę pozwolić Duchowi Świętemu, aby mnie formował, i bym tym samym stał się zdolny wejść w Bożą atmosferę, modlić się z Bogiem? Co jest tą szkołą, w której On mnie uczy się modlić, wspiera wysiłki, jakie podejmuję, by we właściwy sposób zwracać się do Boga. Pierwszą szkołą modlitwy — jak widzieliśmy w tych tygodniach — jest Słowo Boże, Pismo Święte. Pismo Święte jest stałym dialogiem między Bogiem i człowiekiem, pogłębiającym się dialogiem, w którym Bóg staje się coraz bliższy, w którym możemy coraz lepiej poznać Jego oblicze, Jego głos, Jego byt; i człowiek uczy się godzić na to, by poznawać Boga, rozmawiać z Bogiem. Odczytując Pismo Święte w minionych tygodniach, staraliśmy się na podstawie tego nieustannego dialogu, którym jest Biblia, nauczyć się nawiązywania kontaktu z Bogiem.

    Jest jednak jeszcze inna cenna «przestrzeń», inne cenne «źródło», by wzrastać w modlitwie, źródło wody żywej, które pozostaje w ścisłym związku z poprzednim. Mam na myśli liturgię, która jest uprzywilejowanym momentem, w którym Bóg mówi do każdego z nas, tu i teraz, i czeka na naszą odpowiedź.

    Co to jest liturgia? Jeśli otworzymy Katechizm Kościoła Katolickiego, pomoc zawsze cenną, powiedziałbym niezbędną — przeczytamy, że pierwotnie słowo «liturgia» oznaczało «służbę pełnioną przez lud lub na rzecz ludu» (n. 1069). Jeśli teologia chrześcijańska zaczerpnęła to słowo ze świata greckiego, to oczywiście z myślą o nowym ludzie Bożym, zrodzonym z Chrystusa, który rozpostarł swoje ramiona na krzyżu, by zjednoczyć ludzi w pokoju jedynego Boga. «Służba na rzecz ludu», ludu, który nie istnieje samoistnie, lecz powstał dzięki tajemnicy paschalnej Jezusa Chrystusa. Lud Boży nie istnieje bowiem ze względu na więzy krwi, terytorialne, narodowe, ale rodzi się zawsze z dzieła Syna Bożego i z jedności z Ojcem, którą dla nas uzyskuje.

    Katechizm mówi także, iż «w tradycji chrześcijańskiej pojęcie to (słowo ‚liturgia’) oznacza, że Lud Boży uczestniczy w ‚dziele Bożym’», ponieważ lud Boży istnieje jako taki tylko za sprawą dzieła Bożego.

    Przypomina nam o tym rozwój Soboru Watykańskiego II, który rozpoczął swoje prace, 50 lat temu, od dyskusji na temat schematu dokumentu o liturgii świętej, zatwierdzonego potem uroczyście 4 grudnia 1963 r. Był to pierwszy tekst zatwierdzony przez Sobór. Fakt, że dokument o liturgii był pierwszym owocem zgromadzenia soborowego, być może przez wielu został uznany za przypadek. Pośród wielu projektów tekst o liturgii wydał się najmniej kontrowersyjny i właśnie dlatego mógł stanowić swoiste ćwiczenie, służące nauczeniu się metodologii pracy soborowej. Jednakże ponad wszelką wątpliwość to, co na pierwszy rzut oka może wydawać się przypadkowe, okazało się najsłuszniejszym wyborem, również z punktu widzenia hierarchii najważniejszych tematów i zadań Kościoła.

    Rozpoczynając od tematu «liturgii», Sobór w wyraźny sposób naświetlił bowiem prymat Boga jako absolutny priorytet. Przede wszystkim Bóg — to właśnie mówi nam wybór Soboru, żeby rozpocząć od liturgii. Tam, gdzie spojrzenie na Boga nie jest determinujące, każda inna rzecz traci swoje ukierunkowanie. Podstawowym kryterium liturgii jest jej ukierunkowanie na Boga, aby móc uczestniczyć w Jego dziele.

    Możemy zatem zadać pytanie: czym jest to dzieło Boże, w którym zgodnie z naszym powołaniem mamy uczestniczyć? Odpowiedź, którą daje nam soborowa Konstytucja o liturgii świętej, jest pozornie dwojaka. W numerze 5. mówi, że dziełem Bożym są wydarzenia historyczne, które przynoszą nam zbawienie, których szczytem jest śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa; ale w numerze 7. Konstytucja definiuje czynności liturgiczne jako «dzieło Chrystusa». W rzeczywistości te dwa znaczenia są nierozłącznie związane. Jeśli zadamy sobie pytanie, kto zbawia świat i człowieka, jedyna odpowiedź brzmi: Jezus z Nazaretu, Pan i Chrystus, ukrzyżowany i zmartwychwstały. A gdzie uobecnia się dzisiaj dla nas, dla mnie tajemnica śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, która przynosi zbawienie? Odpowiedź brzmi: w działaniu Chrystusa poprzez Kościół, w liturgii, zwłaszcza w sakramencie Eucharystii, w którym staje się obecna ofiara Syna Bożego, który nas odkupił; w sakramencie pojednania, w którym przechodzi się od śmierci grzechu do nowego życia; i w innych czynnościach sakramentalnych, które nas uświęcają (por. Presbyterorum ordinis, 5). Tym samym tajemnica paschalna śmierci i zmartwychwstania Chrystusa jest centrum teologii liturgicznej Soboru.

    Pójdźmy zatem dalej i zapytajmy: w jaki sposób staje się możliwe to uobecnienie tajemnicy paschalnej Chrystusa? Bł. Papież Jan Paweł II w 25. rocznicę zatwierdzenia Konstytucji Sacrosanctum Concilium napisał: «Dla urzeczywistnienia swojej Tajemnicy paschalnej Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, przede wszystkim w czynnościach liturgicznych. Dlatego Liturgia stanowi uprzywilejowane ‚miejsce’ spotkania chrześcijan z Bogiem i z Tym, którego On posłał, Jezusem Chrystusem (por. J 17, 3)» (Vicesimus quintus annus, n. 7). Podobnie w Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: «Celebracja sakramentalna jest spotkaniem dzieci Bożych z Ojcem w Chrystusie i Duchu Świętym: spotkanie to wyraża się jako dialog przez czynności i słowa» (n. 1153). Dlatego dobra celebracja liturgiczna po pierwsze musi być modlitwą, rozmową z Bogiem, przede wszystkim słuchaniem, a potem odpowiedzią. Św. Benedykt, mówiąc w swojej Regule o modlitwie psalmami zaleca mnichom: mens concordet voci, «aby serce było w zgodzie z tym, co głoszą usta». Święty naucza, że w modlitwie psalmami słowa muszą poprzedzać nasz umysł. Na ogół tak się nie dzieje, najpierw musimy pomyśleć, a potem to, co pomyśleliśmy, przekłada się na słowa. Tutaj natomiast, w liturgii, jest na odwrót, najpierw jest słowo. Bóg dał nam słowo i liturgia podsuwa nam słowa; musimy wejść w słowa, w ich znaczenie, przyjąć je, wewnętrznie się z nimi zestroić, w ten sposób stajemy się dziećmi Bożymi, podobnymi do Boga. Jak przypomina Sacrosanctum Concilium, aby zapewnić pełną skuteczność, «jest rzeczą konieczną, aby wierni przystępowali do liturgii z należytym usposobieniem duszy, aby ich słowa były zgodne z myślami, aby współpracowali z łaską niebiańską, a nie przyjmowali jej na próżno» (n. 11). Podstawowym, zasadniczym elementem dialogu z Bogiem w liturgii jest zgodność tego, co mówimy ustami, z tym, co mamy w sercu. Wnikając w słowa wielkiej historii modlitwy, zostajemy uformowani w duchu tych słów i stajemy się zdolni rozmawiać z Bogiem.

    W tym kontekście chciałbym krótko wspomnieć o jednym z momentów, które podczas liturgii wzywają nas i pomagają nam znaleźć ową zgodność, to upodobnienie się do tego, czego słuchamy, co mówimy i czynimy podczas sprawowania liturgii. Mam na myśli wezwanie, które celebrans wypowiada przed Modlitwą Eucharystyczną: «Sursum corda», wznieśmy serca ponad gąszcz naszych trosk, pragnień, utrapień, naszych zaniedbań. Nasze serce, nasze wnętrze musi otworzyć się ulegle na Słowo Boże i skupić się na modlitwie Kościoła, aby zostało ukierunkowane na Boga przez słowa, których słucha i które wypowiada. Spojrzenie serca musi podążać do Pana, który jest pośród nas: ta postawa ma znaczenie fundamentalne.

    Kiedy przeżywamy liturgię z takim zasadniczym nastawieniem, nasze serce zostaje niejako uwolnione od grawitacji, która ściąga je w dół, i wewnętrznie dąży do góry, do prawdy, do miłości, do Boga. Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego: «Posłanie Chrystusa i Ducha Świętego, które w sakramentalnej liturgii Kościoła zapowiada, aktualizuje i komunikuje misterium zbawienia, znajduje przedłużenie w modlącym się sercu. Mistrzowie życia duchowego porównują niekiedy serce do ołtarza» (n. 2655): altare Dei est cor nostrum.

    Drodzy przyjaciele, dobrze sprawujemy i przeżywamy liturgię tylko wtedy, gdy przyjmujemy postawę modlitwy, nie wtedy, kiedy chcemy «coś zrobić», pokazać się lub zdziałać, ale kiedy zwracamy nasze serca do Boga i w postawie modlitwy jednoczymy się z tajemnicą Chrystusa i Jego rozmową Syna z Ojcem. Bóg sam uczy nas się modlić, twierdzi św. Paweł (por. Rz 8, 26). On sam dał nam właściwe słowa, które kierują nas do Niego, słowa, które spotykamy w Psałterzu, w wielkich modlitwach liturgicznych i w Mszy św. Prośmy Boga, byśmy codziennie stawali się coraz bardziej świadomi faktu, że liturgia jest działaniem Boga i człowieka; modlitwą, która płynie od Ducha Świętego i nas samych, jest skierowana całkowicie ku Ojcu, w zjednoczeniu z Synem Bożym, który stał się człowiekiem (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2564). Dziękuję.

    po polsku:

    Serdeczne pozdrowienie kieruję do Polaków. Moi drodzy, liturgia Eucharystii jest źródłem i szczytem życia modlitewnego wspólnoty Kościoła i każdego wierzącego. Jest to działanie Boga i człowieka: modlitwa płynąca z Ducha Świętego i z naszych serc, skierowana do Ojca, w jedności z Bożym Synem, który stał się człowiekiem. Niech udział we Mszy św. będzie dla nas wszystkich upragnionym czasem spotkania z Bogiem. Niech Jego błogosławieństwo stale wam towarzyszy!

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Liturgia chrześcijańska jest kultem otwartego nieba dla wszystkich

    Benedykt XVI

    Liturgia chrześcijańska jest kultem otwartego nieba dla wszystkich

    Audiencja generalna 3 października 2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W poprzedniej katechezie zacząłem mówić o jednym z uprzywilejowanych źródeł modlitwy chrześcijańskiej: o liturgii świętej, która — jak stwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego — jest «uczestnictwem w modlitwie Chrystusa skierowanej do Ojca w Duchu Świętym. Cała modlitwa chrześcijańska znajduje w niej swoje źródło i swój kres» (n. 1073). Dziś chciałbym, abyśmy zadali sobie pytanie: czy poświęcam wystarczająco dużo czasu modlitwie w moim życiu, a przede wszystkim, jakie miejsce zajmuje w moim związku z Bogiem modlitwa liturgiczna, zwłaszcza Msza św., jako uczestnictwo we wspólnej modlitwie Ciała Chrystusa, którym jest Kościół?

    Odpowiadając na to pytanie, musimy najpierw przypomnieć, że modlitwa jest żywym związkiem dzieci Bożych z ich nieskończenie dobrym Ojcem, z Jego Synem Jezusem Chrystusem i z Duchem Świętym (por. tamże, 2565). Życie modlitwy polega zatem na codziennym, świadomym przebywaniu w obecności Boga, na życiu w związku z Bogiem w taki sposób, w jaki żyje się w naszych normalnych życiowych więziach z najbliższymi krewnymi, z prawdziwymi przyjaciółmi; a wręcz związek z Bogiem jest więzią, która rzuca światło na wszystkie inne nasze relacje. Ta jedność życia z Bogiem, w Trójcy Jedynym, jest możliwa dlatego, że przez chrzest zostaliśmy złączeni w jedno z Chrystusem (por. Rz 6, 5).

    Istotnie, tylko w Chrystusie możemy rozmawiać z Bogiem Ojcem jak dzieci, inaczej nie jest to możliwe, ale w jedności z Synem również my możemy mówić jak On: «Abba». W jedności z Chrystusem możemy poznać Boga jako prawdziwego Ojca (por. Mt 11, 27). Dlatego modlitwa chrześcijańska polega na stałym wpatrywaniu się we wciąż nowy sposób w Chrystusa, na rozmawianiu z Nim, milczeniu z Nim, słuchaniu Go, działaniu i cierpieniu z Nim. Chrześcijanin odkrywa swoją prawdziwą tożsamość w Chrystusie, «pierworodnym wobec każdego stworzenia», w którym wszystko ma istnienie (por. Kol 1, 15 n.). Utożsamiając się z Nim, będąc jednym z Nim, odkrywam moją tożsamość osoby, tożsamość prawdziwego syna, który patrzy na Boga jako na miłującego Ojca.

    Lecz nie zapominajmy: odkrywamy Chrystusa, poznajemy Go jako Osobę żywą w Kościele. On jest «Jego Ciałem». Tę cielesność można zrozumieć w świetle biblijnych słów o mężczyźnie i kobiecie: będą dwoje jednym ciałem (por. Rdz 2, 24; Ef 5, 30 n., 1 Kor 6, 16 n.). Nierozerwalna więź Chrystusa i Kościoła, dzięki jednoczącej sile miłości, nie zaciera «ty» i «ja», lecz przenosi jedno i drugie na wyżyny głębszej jedności. Odnaleźć własną tożsamość w Chrystusie znaczy osiągnąć jedność z Nim, która mnie nie unicestwia, lecz wynosi do wyższej godności, godności dziecka Bożego w Chrystusie: «Historia miłości między Bogiem a człowiekiem polega właśnie na tym, że ta wspólnota woli wzrasta w jedności myśli i uczuć, i w ten sposób nasza wola i wola Boga stają się coraz bardziej zbieżne» (por. enc. Deus caritas est, 17). Modlić się znaczy wznosić się na wyżyny Boga poprzez konieczne i stopniowe przekształcanie naszego bytu.

    I tak, uczestnicząc w liturgii, przyswajamy sobie język matki Kościoła, uczymy się mówić w nim i przez niego. Naturalnie, jak już powiedziałem, dzieje się to stopniowo, po trochu. Muszę powoli zanurzać się w słowach Kościoła, z moją modlitwą, z moim życiem, z moim cierpieniem, z moją radością, z moją myślą. Ta droga nas przemienia.

    Myślę więc, że te refleksje pozwolą nam odpowiedzieć na pytanie, które zadaliśmy sobie na początku: w jaki sposób uczę się modlić, jak się rozwijam w modlitwie? Patrząc na wzór, którego nauczył nas Jezus, Ojcze nasz, widzimy, że pierwszym słowem jest «Ojcze», a drugim «nasz». Odpowiedź jest zatem jasna: kiedy uczę się modlić, umacniam moją modlitwę, zwracając się do Boga jako Ojca i modląc-się-z-innymi, modląc się z Kościołem, akceptując dar jego słów, które powoli stają się dla mnie swojskie i pełne znaczeń. Dialog, który Bóg nawiązuje z każdym z nas, a my z Nim, w modlitwie, zakłada zawsze «z»; nie można modlić się do Boga w sposób indywidualistyczny. W modlitwie liturgicznej, zwłaszcza w Eucharystii, i — ukształtowani przez liturgię — w każdej modlitwie mówimy nie tylko jako pojedyncze osoby, lecz wchodzimy w «my» Kościoła, który się modli. I musimy przemienić nasze «ja», wchodząc w to «my».

    Chciałbym zwrócić uwagę na inny ważny aspekt. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: «W liturgii Nowego Przymierza każda czynność liturgiczna, szczególnie celebracja Eucharystii i sakramentów, jest spotkaniem Chrystusa i Kościoła» (n. 1097); a zatem celebruje «cały Chrystus», cała Wspólnota, Ciało Chrystusa zjednoczone ze swoją Głową. Liturgia nie jest zatem czymś w rodzaju «wyrażenia siebie» przez wspólnotę, ale wyjściem ze zwykłego «bycia sobą», zamknięcia w sobie, i przyłączeniem się do wielkiej uczty, wejściem w wielką żyjącą wspólnotę, w której żywi nas sam Bóg. Liturgia zakłada powszechność, i ten powszechny charakter musi wciąż na nowo przenikać do świadomości wszystkich. Liturgia chrześcijańska jest kultem powszechnej świątyni, jaką jest zmartwychwstały Chrystus, którego ramiona rozpostarte na krzyżu obejmują wszystkich w uścisku odwiecznej miłości Boga. Jest to kult otwartego nieba. Nigdy nie jest wydarzeniem pojedynczej wspólnoty, umieszczonym w czasie i przestrzeni. Ważne, by każdy chrześcijanin czuł się i był rzeczywiście włączony w to powszechne «my», które daje «ja» podstawę i schronienie w Ciele Chrystusa, którym jest Kościół.

    Musimy w tym pamiętać o logice wcielenia Boga i ją akceptować: On stał się bliski, obecny, wchodząc w dzieje i naturę człowieka, stając się jednym z nas. I obecność ta trwa w Kościele, który jest Jego Ciałem. Liturgia nie jest zatem wspominaniem przeszłych wydarzeń, lecz żywą obecnością tajemnicy paschalnej Chrystusa, która przekracza i jednoczy czas i przestrzeń. Jeśli w liturgii nie jest jasne centralne miejsce Chrystusa, nie będziemy mieli liturgii chrześcijańskiej, która zależy całkowicie od Pana i jest podtrzymywana przez Jego stwórczą obecność. Bóg działa za pośrednictwem Chrystusa i my możemy działać jedynie za Jego pośrednictwem i w Nim. Codziennie musi wzrastać w nas świadomość, że liturgia nie jest naszą, moją «czynnością», ale działaniem Boga w nas i z nami.

    A zatem to nie jednostka — kapłan bądź wierny — albo grupa sprawuje liturgię, lecz jest ona przede wszystkim działaniem Boga poprzez Kościół, które ma swoją historią, swoją bogatą tradycję i swoje twórcze idee kreatywne. Ta powszechność i zasadnicze otwarcie, które cechuje całą liturgię, jest jednym z powodów, dla których nie może być ona pomyślana bądź modyfikowana przez pojedynczą wspólnotę lub przez ekspertów, lecz musi być wierna formom Kościoła powszechnego.

    W liturgii najmniejszej nawet wspólnoty jest zawsze obecny cały Kościół. Dlatego nie ma «obcych» we wspólnocie liturgicznej. W każdej celebracji liturgicznej uczestniczy razem cały Kościół, niebo i ziemia, Bóg i ludzie. Liturgia chrześcijańska, nawet jeśli jest sprawowana w konkretnym miejscu i przestrzeni i wyraża «tak» określonej wspólnoty, jest ze swej natury katolicka, rodzi się z całości i prowadzi do całości, w jedności z Papieżem, z biskupami, z wierzącymi we wszystkich epokach i wszystkich miejscach. Im bardziej celebrację ożywia ta świadomość, tym bardziej owocnie urzeczywistnia się w niej autentyczny sens liturgii.

    Drodzy przyjaciele, Kościół uwidocznia się na różne sposoby: w działaniu charytatywnym, w projektach misyjnych, w indywidualnym apostolacie, który każdy chrześcijanin musi realizować we własnym środowisku. Jednakże miejscem, w którym doświadcza się go jako Kościoła, jest liturgia: wierzymy, że ona jest aktem, w którym Bóg wchodzi w naszą rzeczywistość, i możemy Go spotkać, dotknąć. Jest to akt, w którym nawiązujemy kontakt z Bogiem: On przychodzi do nas, a my zostajemy przez Niego oświeceni. Dlatego kiedy w naszych refleksjach o liturgii koncentrujemy uwagę tylko na tym, jak ją uatrakcyjnić, co zrobić, by była interesująca i piękna, grozi nam, że zapomnimy o jej istocie: liturgię sprawuje się dla Boga, a nie dla nas samych; jest Jego dziełem, On jest podmiotem; my mamy otworzyć się na Niego i pozwolić, by prowadził nas On i Jego Ciało, którym jest Kościół.

    Prośmy Pana o to, byśmy codziennie uczyli się żyć liturgią, zwłaszcza podczas Mszy św., modląc się w «my» Kościoła, który kieruje swoje spojrzenie nie na samego siebie, ale na Boga, i czując, że należymy do Kościoła żyjącego we wszystkich miejscach i we wszystkich czasach. Dziękuję.

    po polsku:

    Witam polskich pielgrzymów. Szczególnie pozdrawiam kapłanów i wiernych Polskiej Misji Katolickiej z całych Niemiec, którzy przybyli w pielgrzymce dziękczynnej za pontyfikat i beatyfikację Jana Pawła II. Niech to wędrowanie będzie dla wszystkich tu obecnych czasem łaski i wzrastania w wierze! Niech Bóg wam błogosławi!

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Lekcja Soboru

    Benedykt XVI

    Lekcja Soboru

    Audiencja generalna 10 października 2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Jutro będziemy obchodzili 50. rocznicę otwarcia Powszechnego Soboru Watykańskiego II i rozpoczniemy Rok Wiary. W tej katechezie chcę zacząć rozważania — w formie krótkich refleksji — nad wielkim wydarzeniem kościelnym, jakim był Sobór, wydarzeniem, którego byłem bezpośrednim świadkiem. Jest on, że tak powiem, niejako wielkim freskiem, którego różnorodne i wielobarwne elementy zostały namalowane pod kierunkiem Ducha Świętego. I tak jak na wielkim obrazie, dziś wciąż jeszcze widzimy niezwykłe bogactwo owego czasu łaski, odkrywamy szczególne epizody, fragmenty, okruchy.

    Bł. Jan Paweł II na progu trzeciego tysiąclecia napisał: «Szczególnie mocno odczuwam powinność ukazywania Soboru jako wielkiej łaski, która stała się dobrodziejstwem dla Kościoła w xx wieku: został on dany jako niezawodna busola, wskazująca nam drogę w stuleciu, które się rozpoczyna» (List apost. Novo millennio ineunte, 57). Sądzę, że obraz ten jest bardzo wymowny. Dokumenty Soboru Watykańskiego II, do których trzeba powracać, uwalniając je od masy publikacji, które je skryły, zamiast przybliżyć, są również w naszych czasach busolą pozwalającą, by Kościół jak okręt płynął po otwartym morzu, pośród burz lub po łagodnych i spokojnych falach, by jego żegluga była bezpieczna i by dotarł do celu.

    Dobrze pamiętam ten okres: byłem młodym profesorem teologii fundamentalnej na uniwersytecie w Bonn i arcybiskup Kolonii kard. Frings, będący dla mnie punktem odniesienia w sensie ludzkim i kapłańskim, zabrał mnie z sobą do Rzymu jako swego teologa konsultanta; później zostałem mianowany również ekspertem soborowym. Było to dla mnie wyjątkowe doświadczenie: po wielkim ferworze i entuzjazmie, które towarzyszyły przygotowaniom, miałem okazję zobaczyć żywy Kościół — prawie trzy tysiące ojców soborowych z całego świata, zgromadzonych pod kierunkiem Następcy apostoła Piotra — który uczył się w szkole Ducha Świętego, prawdziwego inspiratora Soboru. Niewiele razy w historii można było, tak jak wówczas, niemal «dotknąć» w konkretny sposób powszechności Kościoła w momencie wielkiej realizacji jego misji głoszenia Ewangelii w każdym czasie i aż po krańce ziemi. W tych dniach, jeśli zobaczycie zdjęcia z otwarcia tego wielkiego zgromadzenia, w telewizji lub innych środkach przekazu, wy również będziecie mogli odczuć radość, nadzieję i pokrzepienie, jakimi napełniło nas wszystkich uczestniczenie w tym wydarzeniu pełnym światła, które promieniuje do dziś.

    W historii Kościoła, o czym jak sądzę wiecie, wiele soborów poprzedziło Vaticanum II. Zazwyczaj te wielkie zgromadzenia kościelne były zwoływane, by zdefiniować podstawowe elementy wiary, przede wszystkim korygując błędy, które stanowiły dla niej zagrożenie. Pomyślmy o Soborze Nicejskim w 325 r., którego celem było zwalczanie herezji ariańskiej i jasne potwierdzenie boskiej natury Jezusa Jednorodzonego Syna Boga Ojca; Soborze Efeskim w 431 r., który ustalił, że Maryja jest Matką Boga; Soborze Chalcedońskim w 451 r., który ustalił, że Chrystus jest jedną Osobą o dwóch naturach, boskiej i ludzkiej. W czasach nam bliższych musimy wymienić Sobór Trydencki w XVI w., który wyjaśnił zasadnicze punkty nauki katolickiej w obliczu reformacji protestanckiej; bądź Vaticanum I, który rozpoczął refleksje na różne tematy, lecz zdążył opracować tylko dwa dokumenty, jeden o poznaniu Boga, objawieniu, wierze i jej relacjach z rozumem, a drugi o prymacie papieża i jego nieomylności, ponieważ został przerwany przez zajęcie Rzymu we wrześniu 1870 r.

    Jeśli przyjrzymy się Powszechnemu Soborowi Watykańskiemu II, zobaczymy, że w tamtym momencie na drodze Kościoła nie było jakichś szczególnych błędów w wierze, wymagających skorygowania lub potępienia, ani też nie było konkretnych kwestii doktrynalnych bądź dyscyplinarnych do wyjaśnienia. Można zatem zrozumieć zdziwienie małej grupy kardynałów, obecnych w sali kapituły klasztoru benedyktyńskiego przy bazylice św.Pawła za Murami, kiedy 25 stycznia 1959 r. bł.Jan XXIII zapowiedział rzymski synod diecezjalny i sobór Kościoła powszechnego. Pierwszą kwestią, którą trzeba było rozwiązać w okresie przygotowań do tego wielkiego wydarzenia, było właśnie ustalenie, od czego należało rozpocząć i jaki konkretny cel wyznaczyć. Pięćdziesiąt lat temu bł. Jan XXIII w przemówieniu na otwarcie, 11 października, dał ogólną wskazówkę: wiara miała przemawiać w sposób «odnowiony», bardziej wyrazisty — ponieważ świat ulegał szybkim zmianom — jednakże jej odwieczne treści miały pozostać nietknięte, bez ustępstw i kompromisów. Papież pragnął, aby Kościół zastanowił się nad swoją wiarą, nad prawdami, które nim kierują. Jednakże ta poważna, pogłębiona refleksja nad wiarą miała stać się podstawą nowego stosunku między Kościołem i epoką nowożytną, między chrześcijaństwem i pewnymi istotnymi elementami nowoczesnej myśli, nie po to, by się do nich dostosować, lecz by ukazać temu naszemu światu, który ma skłonność do oddalania się od Boga, potrzebę Ewangelii w całej jej wielkości i czystości (por. bożonarodzeniowe przemówienie do Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 2005 r.). Wskazuje na to wyraźnie sługa Boży Paweł VI w homilii na zakończenie ostatniej sesji Soboru — 7 grudnia 1965 r. — w niezwykle aktualnych słowach, kiedy stwierdza, że aby dobrze ocenić to wydarzenie, «trzeba je widzieć w czasie, w którym miało miejsce. Istotnie — mówi Papież — działo się ono w czasie, w którym jak wszyscy przyznają, ludzie myślą bardziej o królestwie ziemskim niż o królestwie niebieskim; w czasie, dodajmy, w którym zapominanie o Bogu wchodzi w zwyczaj, tak jakby to sugerował postęp naukowy; w czasie, kiedy podstawowy akt osoby ludzkiej, która stała się bardziej świadoma siebie i swojej wolności, rości sobie prawo do absolutnej autonomii, uwalniając się od wszelkich praw transcendentnych; czas, w którym ‚laicyzm’ uważany jest za słuszne następstwo myśli nowożytnej i najmądrzejszą normę doczesnego ładu społecznego… W takim czasie odbywał się nasz Sobór na chwałę Boga, w imię Chrystusa, pod natchnieniem Ducha Świętego». Tak mówił Paweł VI. I na zakończenie wskazał, że głównym punktem Soboru była kwestia Boga, tego Boga, który «istnieje rzeczywiście, żyje, jest osobą, jest opiekuńczy, jest nieskończenie dobry; więcej, nie tylko dobry sam w sobie, ale ogromnie dobry również dla nas, jest naszym Stwórcą, naszą prawdą, naszym szczęściem, do tego stopnia, że człowiek, kiedy podejmuje wysiłek skoncentrowania umysłu i serca na Bogu w kontemplacji, dokonuje najwyższego i najpełniejszego aktu swojego ducha, aktu, który dziś jeszcze może i musi być szczytem niezliczonych dziedzin działalności ludzkiej, z którego czerpią one swoją godność» (AAS 58 [1966], 52-53).

    Widzimy, że czasy, w których żyjemy, wciąż cechuje zapomnienie i głuchota w stosunku do Boga. Myślę zatem, że powinniśmy uczyć się od Soboru tego, co stanowi jego najprostszą i najbardziej podstawową lekcję, a mianowicie tego, że w swojej istocie chrześcijaństwo polega na wierze w Boga, który jest trynitarną Miłością, i na spotkaniu, indywidualnym i wspólnotowym, z Chrystusem, który jest przewodnikiem w życiu i nadaje mu kierunek: cała reszta jest tego następstwem.

    Rzeczą ważną dziś, podobnie jak było w pragnieniach ojców soborowych, jest to, aby widoczne było — na nowo i wyraźnie — że Bóg jest obecny, ma z nami związek, odpowiada nam. I że kiedy brakuje wiary w Boga, obraca się w ruinę to, co zasadnicze, ponieważ człowiek traci swoją głęboką godność i to, co decyduje o wielkości jego człowieczeństwa, wbrew wszelkim przejawom redukcjonizmu. Sobór przypomina nam, że do Kościoła, we wszystkich jego częściach, należy zadanie, mandat przekazywania słowa miłości Boga, który zbawia, aby było słuchane i przyjmowane Boże powołanie, które niesie z sobą naszą wieczną szczęśliwość.

    Patrząc w tym świetle na bogactwo zawarte w dokumentach Vaticanum II, pragnę wymienić tylko cztery konstytucje, niejako cztery główne kierunki na busoli, która wskazuje nam drogę. Konstytucja o liturgii świętej Sacrosanctum Concilium wskazuje, że w Kościele na początku jest adoracja, jest Bóg, że na centralnym miejscu jest tajemnica obecności Chrystusa. A Kościół, ciało Chrystusa i lud pielgrzymujący w czasie, ma za podstawowe zadanie wielbienie Boga, co wyraża Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium. Trzecim dokumentem, który chcę wymienić, jest Konstytucja o Objawieniu Bożym Dei verbum: żywe Słowo Boże gromadzi Kościół i go ożywia podczas całej wędrówki w historii. A sposób, w jaki Kościół niesie całemu światu światło, które otrzymał od Boga, aby był uwielbiony, jest zasadniczym tematem Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes.

    Sobór Watykański II jest dla nas mocnym wezwaniem do odkrywania codziennie piękna naszej wiary, do głębokiego jej poznawania, by umacniała się nasza więź z Panem, do pełnego życia naszym chrześcijańskim powołaniem. Niech Najświętsza Maryja Panna, Matka Chrystusa i całego Kościoła, pomoże nam urzeczywistnić i wypełnić to, co ojcowie Soboru, ożywiani przez Ducha Świętego, przechowywali w sercu: pragnienie, by wszyscy mogli poznać Ewangelię i spotkać Pana Jezusa jako drogę, prawdę i życie. Dziękuję.

    po polsku:

    Witam przybyłych na audiencję pielgrzymów polskich, a szczególnie Kompanię Węglową i Holding Węglowy ze Śląska. Jutro, wspominając złoty jubileusz inauguracji Soboru Watykańskiego II, rozpoczniemy uroczyście Rok Wiary. Niech będzie on czasem ożywienia w sercach oczekiwań ojców Soboru, by wszyscy ludzie mogli poznać Ewangelię i spotkać Chrystusa, który jest drogą, prawdą i życiem. Z serca wam wszystkim błogosławię.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Powrót do Boga

    Benedykt XVI

    Powrót do Boga

    Audiencja generalna 17 października 2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Dziś chciałbym rozpocząć nowy cykl katechez, który będzie trwał przez cały Rok Wiary, właśnie rozpoczęty, przerywając — na ten okres — cykl poświęcony szkole modlitwy. Listem apostolskim Porta fidei ogłosiłem ten specjalny Rok po to właśnie, by Kościół odnowił zapał, który rodzi się z wierzenia w Jezusa Chrystusa, jedynego Zbawiciela świata, ożywił radość z podążania drogą, którą On nam wyznaczył, i dawał konkretne świadectwo przemieniającej mocy wiary.

    Obchody 50. rocznicy otwarcia Soboru Watykańskiego II są ważną okazją do powrotu do Boga, do pogłębienia własnej wiary i życia nią z większą odwagą, do umocnienia przynależności do Kościoła, «nauczyciela spraw ludzkich», który poprzez głoszenie Słowa, sprawowanie sakramentów i dzieła miłosierdzia prowadzi nas do spotkania i poznania Chrystusa, prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka. Jest to spotkanie nie z ideą czy życiowym planem, lecz z żywą Osobą, która przemienia nas do głębi, objawiając nam naszą prawdziwą tożsamość dzieci Bożych. Spotkanie z Chrystusem odnawia stosunki międzyludzkie, dzień po dniu ukierunkowując je w stronę większej solidarności i braterstwa, zgodnie z logiką miłości. Wiara w Pana nie jest faktem dotyczącym tylko naszej inteligencji, sfery wiedzy intelektualnej, lecz jest zmianą, która obejmuje życie, nas samych jako całość: uczucia, serce, inteligencję, wolę, cielesność, emocje, ludzkie relacje. Wiara naprawdę zmienia wszystko w nas i dla nas, objawiając w jasny sposób nasze przyszłe przeznaczenie, prawdę o naszym powołaniu w historii, sens życia i smak pielgrzymowania do ojczyzny niebieskiej.

    Czy jednak — pytamy — wiara jest naprawdę siłą przeobrażającą nasze życie, moje życie? Czy też jest tylko jednym z elementów, które należą do egzystencji, ale nie determinującym, przenikającym ją w pełni? Chcemy, by katechezy w tym Roku Wiary doprowadziły nas do umocnienia i odnalezienia radości wiary poprzez zrozumienie, że nie jest ona czymś obcym, oderwanym od konkretnego życia, lecz jest jego duszą. Wiara w Boga, który jest miłością, który stał się bliski człowiekowi, wcielając się i ofiarując samego siebie na krzyżu, by nas zbawić i otworzyć nam na nowo bramy nieba, w świetlisty sposób pokazuje, że tylko w miłości jest pełnia człowieka. Dziś konieczne jest jasne tego potwierdzenie, podczas gdy zachodzące obecnie przemiany kulturowe cechują często aspekty barbarzyńskie przedstawiane jako «zdobycze cywilizacyjne»: wiara twierdzi, że prawdziwe człowieczeństwo przejawia się wyłącznie w miejscach, gestach, czasach i formach, w których człowieka ożywia miłość pochodząca od Boga, wyraża się jako dar, przejawia się w relacjach bogatych w miłość, współczucie, wrażliwość i bezinteresowne służenie innym. Tam gdzie jest dominacja, posiadanie, wyzysk, egoistyczne uprzedmiotowienie drugiego, gdzie jest arogancja zamkniętego w sobie «ja», człowiek zostaje zubożony, zdegradowany, oszpecony. Wiara chrześcijańska, aktywnie wyrażająca się w miłości i mocna w nadziei, nie ogranicza życia, lecz sprawia, że staje się bardziej ludzkie, czyni je w pełni ludzkim.

    Wiara oznacza przyjęcie tego przemieniającego przesłania w naszym życiu, przyjęcie objawienia Boga, który daje nam poznać, kim jest, jak działa, jakie są Jego plany w odniesieniu do nas. Oczywiście, tajemnica Boga zawsze przerasta nasze pojęcie i rozum, nasze rytuały i modlitwy. Jednakże poprzez objawienie Bóg sam się przekazuje, opowiada o sobie, staje się dostępny, a my stajemy się zdolni do słuchania Jego Słowa i do tego, by przyjąć Jego prawdę. I to jest właśnie cud wiary: Bóg, w swojej miłości, tworzy w nas — za sprawą Ducha Świętego — odpowiednie warunki, byśmy mogli rozpoznać Jego Słowo. Bóg sam, w swoim pragnieniu objawienia się, nawiązania kontaktu z nami, uobecnienia się w naszej historii, sprawia, że stajemy się zdolni do tego, by Go słuchać i przyjąć. Św. Paweł z radością i wdzięcznością tak to wyraża: «nieustannie dziękujemy Bogu, bo gdy przejęliście słowo Boże, usłyszane od nas, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale jako to, czym jest naprawdę — jako słowo Boga, który działa w was, wierzących» (1 Tes 2, 13).

    Bóg objawiał się w słowach i dziełach w długich dziejach przyjaźni z człowiekiem, której szczytem jest wcielenie Syna Bożego i tajemnica Jego śmierci i zmartwychwstania. Bóg nie tylko objawił się w historii jednego narodu, nie tylko przemówił przez proroków, lecz przekroczył próg swojego nieba, by wejść na ziemię ludzi jako człowiek, abyśmy mogli Go spotkać i wysłuchać. Z Jerozolimy głoszenie Ewangelii zbawienia rozpowszechniło się aż po krańce ziemi. Kościół, który narodził się z boku Chrystusa, stał się wyrazicielem nowej, niezawodnej nadziei: Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego i zmartwychwstałego, zbawiciela świata, który zasiada po prawicy Ojca i jest sędzią żywych i umarłych. Jest to kerygmat, główne i przełomowe przesłanie wiary. Od początku jednak pojawił się problem «reguły wiary», a zatem wierności wierzących wobec prawdy Ewangelii, w której trzeba trwać niezłomnie, wobec zbawczej prawdy o Bogu i o człowieku, której należy strzec i ją przekazywać. Św. Paweł pisze: «będziecie zbawieni, jeżeli ją [Ewangelię] zachowacie tak, jak wam głosiłem… Bo inaczej na próżno byście uwierzyli» (1 Kor 15, 2).

    Gdzie znajdujemy zasadniczą formułę wiary? Gdzie znajdujemy prawdy, które zostały nam wiernie przekazane i które stanowią światło w naszym codziennym życiu? Odpowiedź jest prosta: w Credo, w wyznaniu wiary lub Symbolu wiary nawiązujemy do podstawowego wydarzenia, jakim jest Osoba i dzieje Jezusa z Nazaretu; staje się w nim konkretne to, co Apostoł Narodów mówił do chrześcijan w Koryncie: «Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł — zgodnie z Pismem — za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia» (1Kor 15, 3).

    Również dzisiaj potrzebne są lepsza znajomość, rozumienie i modlenie się Credo. Przede wszystkim ważne jest, by Credo było, że tak powiem «uznane». Poznanie mogłoby być bowiem operacją jedynie intelektualną, podczas gdy «uznanie» oznacza konieczność odkrycia głębokiej więzi między prawdami, które wyznajemy w Credo, i naszą codzienną egzystencją, aby prawdy te były prawdziwie i konkretnie — jak było zawsze — światłami dla naszych kroków w życiu, wodą, która łagodzi skwar na naszej drodze, życiem, które przezwycięża pustynie życia współczesnego. W Credo zakorzenia się moralne życie chrześcijanina, które w nim znajduje swoją podstawę i uzasadnienie.

    Nieprzypadkowo bł. Jan Paweł II chciał, aby Katechizm Kościoła Katolickiego, pewna norma nauczania wiary i pewne źródło odnowionej katechezy, oparty był na Credo. Chodziło o potwierdzenie i zachowanie tego zasadniczego rdzenia prawd wiary, wyrażenie ich w języku lepiej zrozumiałym dla ludzi naszych czasów, dla nas. Obowiązkiem Kościoła jest przekazywanie wiary, dzielenie się Ewangelią, aby prawdy chrześcijańskie były światłem w nowych przeobrażeniach kulturowych, i by chrześcijanie potrafili uzasadniać nadzieję, którą mają (por. 1 P 3, 14). Dziś żyjemy w społeczeństwie głęboko zmienionym nawet w stosunku do niedawnej przeszłości, i w nieustannym ruchu. Procesy sekularyzacyjne i rozpowszechniona mentalność nihilistyczna, w której wszystko jest względne, wywarły wielki wpływ na mentalność zbiorową. I tak żyje się często w sposób lekkomyślny, bez jasnych ideałów i niezawodnej nadziei, w sieci płynnych, nietrwałych więzi społecznych i rodzinnych. Zwłaszcza młode pokolenia nie są wychowywane do poszukiwania prawdy i głębokiego sensu egzystencji, przewyższającego to, co przypadkowe, do trwałych uczuć, do ufności. Przeciwnie, relatywizm prowadzi do utraty stałych punktów odniesienia, podejrzliwość i zmienność powodują rozpad więzi ludzkich, a życie upływa na krótkotrwałych eksperymentach, nie wymagających brania na siebie odpowiedzialności. Jeśli wydaje się, że indywidualizm i relatywizm opanowały mentalność wielu współczesnych, to nie można powiedzieć, by wierzącym udało się uniknąć tych niebezpieczeństw, z którymi mierzymy się w przekazywaniu wiary. Analizy przeprowadzone na wszystkich kontynentach w związku z Synodem uwidoczniły kilka z nich: wiara przeżywana w sposób bierny i prywatny, odrzucenie wychowania do wiary, rozdźwięk między życiem i wiarą.

    Chrześcijanin często nie zna nawet zasadniczego rdzenia swojej wiary katolickiej, Credo, którego miejsce zajmuje pewien synkretyzm i relatywizm religijny, bez jasności co do prawd, w które należy wierzyć, i zbawczej wyjątkowości chrześcijaństwa. Nie jest dziś małe niebezpieczeństwo tworzenia religii, że tak powiem, «własnym przemysłem». Musimy tymczasem wrócić do Boga, do Boga Jezusa Chrystusa, musimy na nowo odkryć przesłanie Ewangelii, sprawić, by głębiej przeniknęło do naszej świadomości i w życie codzienne.

    W katechezach na ten Rok Wiary chciałbym pomóc w pokonaniu tej drogi, by odświeżyć i pogłębić główne prawdy wiary o Bogu, o człowieku i o Kościele, o całej rzeczywistości społecznej i kosmicznej, medytując i rozmyślając nad stwierdzeniami Credo. Chciałbym, by było jasne, że te treści lub prawdy wiary (fides quae) wiążą się bezpośrednio z tym, co przeżywamy; wzywają do nawrócenia życia, które rodzi nowy sposób wierzenia w Boga (fides qua). Poznanie Boga, spotkanie Go, pogłębienie rysów Jego oblicza wywiera wpływ na życie człowieka, ponieważ przenika On jego głęboką dynamikę.

    Oby droga, którą będziemy podążali w tym roku, pomogła nam wszystkim wzrastać w wierze i miłości Chrystusa, abyśmy nauczyli się żyć, w wyborach i codziennych uczynkach, dobrym i pięknym życiem Ewangelii. Dziękuję.

    po polsku:

    Pozdrawiam pielgrzymów polskich. Wczoraj, w rocznicę wyboru Jana Pawła II na Stolicę Piotrową, wspominaliśmy go jako wielkiego przewodnika w wierze, który wprowadził Kościół w trzecie tysiąclecie. Pamiętając jego nauczanie, życzę, by Rok Wiary, który przeżywamy, pomógł nam wzrastać w wierze i w miłości Chrystusa, byśmy w naszych codziennych wyborach i działaniach kierowali się coraz pełniej duchem Ewangelii. Z serca wam błogosławię.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Co dzisiaj znaczy wierzyć?

    Benedykt XVI

    Co dzisiaj znaczy wierzyć?

    Audiencja generalna 24 października 2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W zeszłą środę, wkrótce po rozpoczęciu Roku Wiary, rozpocząłem nową serię katechez o wierze. Dziś chciałbym razem z wami zastanowić się nad kwestią zasadniczą: co to jest wiara? Czy wiara ma jeszcze sens w świecie, w którym nauka i technika otworzyły horyzonty do niedawna nie do pomyślenia? Co dzisiaj znaczy wierzyć? W naszych czasach potrzebne jest faktycznie nowe wychowanie do wiary, które powinno na pewno obejmować znajomość prawd i wydarzeń zbawczych, ale musi być zrodzone przede wszystkim z prawdziwego spotkania z Bogiem w Jezusie Chrystusie, z miłości do Niego, z takiego pokładania w Nim ufności, by przenikała ona całe życie.

    Dziś, razem z licznymi znakami dobra, powiększa się wokół nas również pewna pustynia duchowa. Niekiedy ma się niejako wrażenie, na podstawie pewnych wydarzeń, o których dowiadujemy się codziennie, że świat nie zmierza w kierunku budowania bardziej braterskiej i pokojowej wspólnoty; widoczne stają się ciemne strony nawet idei postępu i dobrobytu. Mimo wielkości odkryć naukowych i osiągnięć techniki człowiek nie wydaje się dzisiaj bardziej wolny, bardziej ludzki; wciąż utrzymują się liczne formy wyzysku, manipulacji, przemocy, nadużyć, niesprawiedliwości… Pewien typ kultury wychował do poruszania się tylko w horyzoncie rzeczy, tego, co da się zrobić, do wierzenia w to, co widać i co można dotknąć własnymi rękami. Z drugiej jednak strony rośnie także liczba osób, które czują się zdezorientowane i, usiłując wyjść poza jedynie horyzontalną wizję życia, są gotowe wierzyć we wszystko i w tego przeciwieństwo. W tym kontekście pojawiają się na nowo pewne fundamentalne pytania, które są bardziej konkretne, niż może się zdawać na pierwszy rzut oka: jaki sens ma życie? Czy człowiek, my i nowe pokolenia mają przyszłość? W jaką stronę należy ukierunkować wybory naszej wolności, aby mieć dobre i szczęśliwe życie? Co nas czeka poza progiem śmierci?

    Te wciąż powracające pytania pokazują, że świat oparty na planowaniu, dokładnych wyliczeniach i eksperymentach, jednym słowem na wiedzy naukowej, choć jest ważny dla życia człowieka, sam nie wystarcza. Potrzebujemy nie tylko chleba materialnego, lecz także znaczenia i nadziei, pewnego fundamentu, solidnego gruntu, który pomoże nam żyć z autentycznym sensem również w kryzysie, w mrokach, pośród trudności i codziennych problemów. Wiara daje nam właśnie to: jest to ufne zawierzenie «Ty», którym jest Bóg, bo On daje mi inną pewność, ale nie mniej solidną niż pewność oparta na dokładnym wyliczeniu czy nauce. Wiara nie jest zwykłą intelektualną zgodą człowieka na szczególne prawdy Boga; jest aktem, poprzez który w wolny sposób zawierzam Bogu, który jest Ojcem i kocha mnie; jest przylgnięciem do «Ty», które daje mi nadzieję i ufność. Oczywiście to przylgnięcie do Boga nie jest pozbawione treści: dzięki niej jesteśmy świadomi, że Bóg ukazał się nam w Chrystusie, ukazał swoje oblicze i w rzeczywisty sposób zbliżył się do każdego z nas. Więcej, Bóg objawił, że Jego miłość do człowieka, do każdego z nas jest bezgraniczna: na krzyżu Jezus z Nazaretu, Syn Boga, który stał się człowiekiem, w najbardziej jasny sposób pokazuje nam, że ta miłość sięga aż po dar z siebie, po całkowitą ofiarę. Poprzez tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa Bóg schodzi w głąb naszego człowieczeństwa, by je do siebie zbliżyć, by je wynieść na swoje wyżyny. Wiara znaczy wierzyć w tę miłość Boga, która nie ustaje w obliczu niegodziwości człowieka, w obliczu zła i śmierci, lecz potrafi przemienić każdą formę niewolnictwa, dając możliwość zbawienia. Wiara jest zatem spotkaniem z tym «Ty», Bogiem, który mnie wspiera i składa mi obietnicę niezniszczalnej miłości, która nie tylko dąży do wieczności, ale ją daje; jest zawierzeniem się Bogu w postawie dziecka, które dobrze wie, że ze wszystkimi swoimi trudnościami, wszystkimi problemami zawsze będzie bezpieczne w «ty» matki. I ta możliwość zbawienia przez wiarę jest darem, który Bóg ofiaruje wszystkim ludziom. Myślę, że powinniśmy częściej medytować — w naszym życiu codziennym, w którym nieraz występują dramatyczne sytuacje i problemy — nad tym, że wierzyć po chrześcijańsku znaczy z ufnością zawierzyć głębokiemu sensowi, który wspiera mnie i świat, owemu sensowi, którego nie jesteśmy w stanie sobie nadać, a możemy jedynie otrzymać w darze, będącemu podstawą, na której możemy żyć bez strachu. I tę wyzwalającą i uspokajającą pewność wiary musimy potrafić głosić słowami i pokazywać ją naszym chrześcijańskim życiem.

    Wokół nas widzimy jednak codziennie, że wielu ludzi okazuje obojętność wobec tego głoszenia bądź je odrzuca. Na końcu Ewangelii św. Marka mamy dziś twarde słowa Zmartwychwstałego, który mówi: «Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony» (Mk 16, 16), zgubi samego siebie. Chciałbym zachęcić was do refleksji nad tym. Ufność w działanie Ducha Świętego musi nas zawsze przynaglać do tego, byśmy szli i głosili Ewangelię, do dawania odważnego świadectwa wiary; lecz obok możliwości pozytywnej odpowiedzi na dar wiary istnieje też ryzyko odrzucenia Ewangelii, nieprzyjęcia życiodajnego spotkania z Chrystusem. Już św. Augustyn stawiał ten problem w swoim komentarzu do przypowieści o siewcy: «My mówimy — pisał — rzucamy ziarno, siejemy ziarno. Niektórzy gardzą, inni upominają, jeszcze inni wyśmiewają. Jeśli się ich lękamy, nie mamy nic do zasiania i w porę żniw nie będziemy mieli co zbierać. Niech będzie zatem ziarno z ziemi urodzajnej» (O nauce chrześcijańskiej, 13, 14: PL 40, 677-678). Odrzucenie nie może nas zatem zniechęcać. Jako chrześcijanie jesteśmy świadectwem tej urodzajnej ziemi: nasza wiara, choć z naszymi ograniczeniami, pokazuje, że istnieje urodzajna ziemia, gdzie ziarno Słowa Bożego wydaje obfite owoce sprawiedliwości, pokoju i miłości, nowej ludzkości, zbawienia. I cała historia Kościoła, ze wszystkimi problemami, pokazuje, że istnieje urodzajna ziemia, istnieje dobre ziarno i że wydaje ono plon.

    Zadajmy sobie jednak pytanie: skąd człowiek bierze to otwarcie serca i umysłu, potrzebne, by wierzyć w Boga, który stał się widzialny w Jezusie Chrystusie umarłym i zmartwychwstałym, by przyjąć Jego zbawienie, aby On i Jego Ewangelia byli przewodnikami i światłem egzystencji? Odpowiedź: my możemy wierzyć w Boga, ponieważ On zbliża się do nas i nas dotyka, ponieważ Duch Święty, dar Zmartwychwstałego, sprawia, że stajemy się zdolni do przyjęcia Boga żywego. Wiara jest zatem przede wszystkim darem nadprzyrodzonym, darem Boga. Sobór Watykański II stwierdza: «Aby wiarę można było w sobie obudzić, potrzebna jest uprzedzająca i wspomagająca łaska Boga oraz wewnętrzne pomoce Ducha Świętego; On to porusza serce i do Boga je zwraca, otwiera oczy umysłu oraz obdarza ‚wszystkich słodyczą pochodzącą z uznawania prawdy i wierzenia jej’» (Dei verbum, 5). Bazą dla naszej drogi wiary jest chrzest, sakrament, w którym otrzymujemy Ducha Świętego i stajemy się dziećmi Bożymi w Chrystusie, i który wprowadza do wspólnoty wiary, do Kościoła: nie wierzy się samemu, bez uprzedzającej łaski Ducha; i nie wierzy się w samotności, ale razem z braćmi. Począwszy od chrztu, każdy wierzący powołany jest do tego, by na nowo żyć tym wyznaniem wiary, razem z braćmi, i je sobie przyswajać.

    Wiara jest darem Boga, lecz jest także aktem głęboko wolnym i ludzkim. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi to wyraźnie: «Wiara jest możliwa tylko dzięki łasce Bożej i wewnętrznej pomocy Ducha Świętego. Niemniej jednak jest prawdą, że wiara jest aktem autentycznie ludzkim. Okazanie zaufania Bogu nie jest przeciwne ani wolności, ani rozumowi ludzkiemu» (n. 154). Przeciwnie, wymaga ich i je wywyższa, stawiając na życie, które jest swoistym exodusem, a więc wyjściem poza siebie, poza własne pewniki, schematy myślowe, by zawierzyć się działaniu Boga, który wskazuje nam drogę wiodącą do prawdziwej wolności, tożsamości ludzkiej, prawdziwej radości serca, pokoju ze wszystkimi. Wierzyć znaczy w wolności i z radością zawierzyć opatrznościowemu planowi Boga odnośnie do historii, jak uczynił patriarcha Abraham, jak uczyniła Maryja z Nazaretu. Wiara staje się wówczas wyrazem zgody naszego umysłu i serca, które mówią «tak» Bogu, wyznając, że Jezus jest Panem. I to «tak» przeobraża życie, otwiera mu drogę do pełni znaczenia, sprawia, że staje się ono nowe, bogate w radość i niezawodną nadzieję.

    Drodzy przyjaciele, nasza epoka potrzebuje chrześcijan, którzy zostali porwani przez Chrystusa, którzy będą wzrastali w wierze dzięki zażyłości z Pismem Świętym i sakramentami. Osób, które będą niejako otwartą księgą opowiadającą o doświadczeniu nowego życia w Duchu, o obecności owego Boga, który wspiera nas w wędrówce i otwiera nas na życie, które nigdy się nie skończy. Dziękuję.

    po polsku:

    Witam polskich pielgrzymów. Życzę wszystkim, aby nawiedzenie grobów apostołów, męczenników i wyznawców oraz doświadczenie powszechnej wspólnoty Kościoła owocowało umocnieniem osobistej więzi z Chrystusem. Niech Rok Wiary będzie okazją do jej ożywiania i do dawania świadectwa wobec innych. Niech Bóg wam błogosławi!

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php


  • Miejsce wiary

    Benedykt XVI

    Miejsce wiary

    Audiencja generalna 31 października 2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Kontynuujemy nasze medytacje nad wiarą katolicką. W zeszłym tygodniu mówiłem o tym, że wiara jest darem, ponieważ to Bóg ze swojej inicjatywy wychodzi nam naprzeciw; wiara jest zatem odpowiedzią, poprzez którą przyjmujemy Go jako trwały fundament naszego życia. Jest to dar przeobrażający egzystencję, naszą wizją staje się wizja Jezusa, który działa w nas i otwiera nas na miłość do Boga i do innych.

    Dziś chciałbym pójść dalej w naszych refleksjach, jeszcze raz wychodząc od kilku pytań: czy wiara ma charakter jedynie osobisty, indywidualny? Dotyczy tylko mojej osoby? Czy sam żyję moją wiarą? Oczywiście, akt wiary jest w najwyższym stopniu osobowy, następuje w głębinach wnętrza człowieka i stanowi zmianę kierunku, nawrócenie osoby: to w mojej egzystencji następuje zwrot, otrzymuje ona nowe ukierunkowanie. Podczas liturgii chrztu, kiedy dochodzi się do obietnic, celebrans prosi o złożenie wyznania wiary katolickiej i zadaje trzy pytania: Czy wierzycie w Boga Ojca wszechmogącego? Czy wierzycie w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego? Czy wierzycie w Ducha Świętego? Dawniej pytania te zadawane były bezpośrednio osobie, która miała przyjąć chrzest, zanim zanurzyła się trzy razy w wodzie. I również dzisiaj odpowiedź ma formę liczby pojedynczej: «Wierzę». Jednak to moje wierzenie nie jest rezultatem mojej samotnej refleksji, nie jest tworem mojej myśli, ale owocem relacji, dialogu, w którym się słucha, otrzymuje i odpowiada; komunikowaniem się z Jezusem, który sprawia, że wychodzę z mojego «ja», skupionego na sobie, by otworzyć się na miłość Boga Ojca. Są to jakby ponowne narodziny, w których odkrywam, że jestem zjednoczony nie tylko z Jezusem, ale też ze wszystkimi osobami, które szły i idą tą samą drogą; i te nowe narodziny, które rozpoczynają się w momencie chrztu, trwają przez całe życie. Nie mogę budować mojej osobistej wiary w prywatnym dialogu z Jezusem, ponieważ wiara zostaje mi dana przez Boga za pośrednictwem wspólnoty wierzących, jaką jest Kościół, i włącza mnie w rzeszę wierzących we wspólnocie, która jest nie tylko socjologiczna, lecz zakorzeniona w odwiecznej miłości Boga, który sam w sobie jest wspólnotą Ojca, Syna i Ducha Świętego, jest Miłością trynitarną. Nasza wiara jest naprawdę osobista tylko wtedy, kiedy jest również wspólnotowa: może być moją wiarą tylko wtedy, kiedy żyje i porusza się w «my» Kościoła, tylko wtedy, kiedy jest naszą wiarą, wspólną wiarą jedynego Kościoła.

    Odmawiając Credo podczas niedzielnej Mszy św., wyrażamy się w pierwszej osobie, ale wspólnie wyznajemy jedną wiarę Kościoła. Owo «wierzę», wymawiane indywidualnie, włącza się w ogromny chór, ponad przestrzenią i czasem, w którym każdy, że tak powiem, wnosi swój wkład w harmonijną polifonię w wierze. Katechizm Kościoła Katolickiego w jasny sposób tak to streszcza: «Wiara jest aktem eklezjalnym. Wiara Kościoła poprzedza, rodzi, prowadzi i karmi naszą wiarę. Kościół jest Matką wszystkich wierzących. ‚Nie może mieć Boga za Ojca, kto nie ma Kościoła za Matkę’ [św.Cyprian]» (n. 181). Tak więc wiara rodzi się w Kościele, prowadzi do niego i w nim żyje. Ważne, żeby o tym pamiętać.

    Na początku chrześcijańskiej przygody, kiedy Duch Święty zstępuje z mocą na uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy — jak opowiadają Dzieje Apostolskie (por. 2, 1-13) — rodzący się Kościół zyskuje siłę, by wypełnić misję, którą mu powierzył zmartwychwstały Pan: szerzyć w każdym zakątku ziemi Ewangelię, dobrą nowinę o królestwie Bożym, a tym samym prowadzić każdego człowieka na spotkanie z Nim, do wiary, która zbawia. Apostołowie przezwyciężają wszelki lęk, głosząc to, co usłyszeli, widzieli i czego sami doświadczyli z Jezusem. Dzięki mocy Ducha Świętego zaczynają mówić nowymi językami, głosząc otwarcie tajemnicę, której byli świadkami. W Dziejach Apostolskich przytoczona jest wielka mowa, którą św. Piotr wygłasza właśnie w dniu Pięćdziesiątnicy. Rozpoczyna cytując fragment księgi proroka Joela (3, 1-5), odnosząc go do Jezusa i głosząc istotę wiary chrześcijańskiej: Ten, który dobrze czynił wszystkim, którego wiarygodność Bóg potwierdził cudami i wielkimi znakami, został przybity do krzyża i zabity, lecz Bóg Go wskrzesił z martwych i ustanowił Panem i Chrystusem. Z Nim weszliśmy w ostateczne zbawienie, które głosili prorocy, i ten, kto wzywa Jego imię, będzie zbawiony (por. Dz 2, 17-24). Bardzo wielu, słuchając tych słów Piotra, wzięło je do siebie, pożałowali za swoje grzechy i przyjęli chrzest, otrzymując dar Ducha Świętego (por. Dz 2, 37-41). Tak zaczyna się droga Kościoła, wspólnoty, która szerzy to przesłanie w czasie i przestrzeni, wspólnoty, którą jest lud Boży, budowany na nowym przymierzu dzięki krwi Chrystusa, i której członkowie nie należą do jakiejś szczególnej grupy społecznej bądź etnicznej, lecz są ludźmi pochodzącymi z każdego narodu i kultury. Jest to lud «katolicki», który mówi nowymi językami, jest powszechnie otwarty na przyjęcie wszystkich, ponad wszelkimi granicami, obala wszelkie bariery. Mówi św. Paweł: «A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus» (Kol 3, 11).

    Kościół jest zatem od początku miejscem wiary, miejscem przekazywania wiary, miejscem, w którym, przez chrzest, człowiek zanurza się w tajemnicy paschalnej śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, która wyzwala nas od grzechu, daje nam wolność dzieci i wprowadza nas w komunię z Bogiem trynitarnym. Jednocześnie jesteśmy zanurzeni w komunii z innymi braćmi i siostrami w wierze, z całym ciałem Chrystusa, wyrwani z naszego odosobnienia. Przypomina o tym Sobór WatykańskiII: «Podobało się (…) Bogu uświęcać i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wyłączeniem wszelkich wzajemnych powiązań, lecz ustanowić ich jako lud, który uznałby Go w prawdzie i Jemu święcie służył» (Lumen gentium, 9). Nawiązując jeszcze raz do liturgii chrztu, zauważamy, że na zakończenie obietnic, w których odrzucamy zło i powtarzamy «wierzę», celebrans mówi: «Taka jest nasza wiara. Taka jest wiara Kościoła, której wyznawanie jest naszą chlubą, w Chrystusie Panu naszym». Wiara jest cnotą teologalną, darem Boga, lecz przekazuje ją Kościół na przestrzeni historii. Św. Paweł, pisząc do Koryntian, twierdzi, że przekazał im Ewangelię, którą on sam także przejął (por. 1 Kor 15, 3).

    Istnieje nieprzerwany łańcuch życia Kościoła, głoszenia Słowa Bożego, sprawowania sakramentów, który sięga do nas i który nazywamy Tradycją. Daje nam ona gwarancję, że to, w co wierzymy, jest pierwotnym przesłaniem Chrystusa, głoszonym przez apostołów. Istotą pierwotnego przesłania jest wydarzenie śmierci i zmartwychwstania Pana, z którego wywodzi się całe dziedzictwo wiary. Sobór mówi: «Przepowiadanie apostolskie, które w sposób szczególny zawarte jest w księgach natchnionych, ma być ciągle zachowywane aż do wypełnienia się czasu» (Dei verbum, 8). Tym samym, jeśli Pismo Święte zawiera Słowo Boże, to Tradycja Kościoła je przechowuje i wiernie przekazuje, aby ludzie każdej epoki mogli mieć dostęp do jego niezmiernych zasobów i bogacić się jego skarbami łaski. W ten sposób Kościół «w swojej doktrynie, w życiu i kulcie przedłuża i przekazuje wszystkim pokoleniom wszystko, czym jest i w co wierzy» (tamże).

    Chciałbym na koniec podkreślić, że wiara indywidualna rośnie i dojrzewa we wspólnocie kościelnej. Interesującą rzeczą jest zauważenie, iż w Nowym Testamencie słowo «święci» odnosi się do wszystkich chrześcijan, a z pewnością nie wszyscy ze względu na swoje zalety mogli być ogłoszeni świętymi przez Kościół. Co zatem miał ten termin wskazywać? Fakt, że ci, którzy mieli wiarę w Chrystusa zmartwychwstałego i nią żyli, byli wezwani do tego, by stali się punktem odniesienia dla wszystkich innych, pozwalając im nawiązać kontakt z Osobą i przesłaniem Jezusa, który objawia oblicze żyjącego Boga. Odnosi się to także do nas: chrześcijanin, który pozwala, by prowadziła go i kształtowała stopniowo wiara Kościoła, mimo swoich słabości, ograniczeń i trudności, staje się niejako oknem otwartym na światło żyjącego Boga, które to światło przyjmuje i przekazuje światu. Bł. Jan Paweł II w encyklice Redemptoris missio stwierdził, że «misje odnawiają Kościół, wzmacniają wiarę i tożsamość chrześcijańską, dają życiu chrześcijańskiemu nowy entuzjazm i nowe uzasadnienie. Wiara umacnia się, gdy jest przekazywana!» (n. 2).

    Tendencja, dziś rozpowszechniona, do spychania wiary w sferę prywatności jest zatem sprzeczna z jej naturą. Potrzebujemy Kościoła, by mieć potwierdzenie naszej wiary i by korzystać z darów Bożych: Jego Słowa, sakramentów, wsparcia łaski i świadectwa miłości. W ten sposób nasze «ja» w «my» Kościoła będzie mogło poczuć, że jest jednocześnie celem i uczestnikiem wydarzenia, które jest większe od niego: doświadczenia komunii z Bogiem, na którym opiera się komunia między ludźmi. W świecie, w którym wydaje się, że indywidualizm jest regulatorem stosunków między ludźmi, powodując, że stają się one coraz bardziej nietrwałe, wiara wzywa nas, byśmy byli ludem Bożym, Kościołem, tymi, którzy niosą miłość i komunię Boga całemu rodzajowi ludzkiemu (por. Gaudium et spes, 1). Dziękuję za uwagę.

    po polsku:

    Pozdrawiam serdecznie pielgrzymów polskich. Bracia i siostry, w kontekście kończącego się miesiąca modlitwy różańcowej i jutrzejszej uroczystości Wszystkich Świętych dziękujmy Bogu za dar Roku Wiary, a także za Synod Biskupów i jego wskazania co do nowej ewangelizacji. Niech wstawiennictwo Maryi, Królowej Różańca, orędownictwo świętych, jak również przykład życia naszych bliskich zmarłych, których groby odwiedzimy, pomogą nam stać się świadkami Bożej miłości wobec świata. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    http://www.opoka.org.pl/nauczanie/papiez/benedykt_xvi/audiencje.php