11 stycznia Żywot świętego Teodozjusza, opata

(żył około roku Pańskiego 500)

Urodził się w Magariassie, wiosce położonej w Kapadocji, z pobożnych rodziców, którzy go również pobożnie wychowali. W młodości sprawował urząd lektora, to jest czytywał w kościele zgromadzonemu ludowi Pismo święte, wskutek czego stał się wkrótce bardzo biegłym w znajomości słowa Bożego. Czując pragnienie doskonałości, postanowił usunąć się od świata, opuścił więc potajemnie dom rodzicielski i udał się do Jerozolimy, aby u Grobu Chrystusa prosić Pana Boga o oświecenie, jaki ma sobie stan obrać.

W drodze odwiedził świętego Szymona Słupnika, który ujrzawszy go, zawołał: „Witaj, Teodozjuszu, sługo Boży!” Młodzieniec, zdziwiony iż Szymon, który go nie znał, nazwał go po imieniu, padł przed nim na ziemię. Szymon kazał mu wnijść na słup, uściskał go i udzielił mu błogosławieństwa.

Przybywszy do Jerozolimy, zwiedził miejsca święte, a potem udał się do świętobliwego pustelnika Longina w pobliżu Jerozolimy, pod którego kierownictwem czynił wielkie postępy w cnotach. Longin kazał mu później przyjąć zarząd kościoła poświęconego Najświętszej Maryi Pannie, ale Teodozjusz złożył ten urząd aby uniknąć pochwał ludzkich i schronił się do jaskini na wysokiej górze. Prowadził tutaj życie nader ostre. Jadał tylko korzonki i zioła w wodzie namoczone, a chleba nie miał w ustach przez trzydzieści lat.

Niebawem przyszło doń kilku młodzieńców. Przyjął ich i przepisał im regułę, której podstawą było rozmyślanie o śmierci. Kazał dla wszystkich wykopać wspólny grób, a gdy był gotowy, zwołał uczniów i zapytał, kto pierwszy chciałby w nim spoczywać. „Ja” – rzekł Bazyliusz, który był kapłanem, i zaraz ukląkł przed Teodozjuszem, prosząc o błogosławieństwo, po czym zaczął się sposobić na śmierć, która go zabrała w 40 dni potem.

W tym czasie miał Teodozjusz dwunastu uczniów. Na jedną Wielkanoc nie mieli co jeść; nie było ani kawałka chleba, a nawet Hostii do Mszy św., więc zaczęli szemrać. Święty zganił ich za to, mówiąc, że trzeba ufać Bogu. Jakoż wkrótce ujrzano gromadę mułów, które niosły im żywność, nie wiadomo od kogo i skąd, gdyż nikogo przy nich nie było.

Święty Teodozjusz

Po pewnym czasie pomnożyła się liczba uczniów Teodozjusza tak dalece, że umyślił wybudować klasztor. Z natchnienia Bożego wybudował go w okolicy Betlejem. Z klasztorem tym były połączone trzy szpitale oraz dom dla obcych i pielgrzymów, których przybywało tylu, że nieraz po sto i więcej stołów trzeba było zastawiać potrawami. Skutkiem tego często brakowało żywności, ale Teodozjusz rozmnażał ją cudownie przez modlitwę. Do klasztoru należały cztery kościoły, w których odprawiało się nabożeństwo w różnych językach.

Dla wielkich zasług biskup jerozolimski Salustiusz mianował Teodozjusza generałem wszystkich zakonników w Palestynie, a pustelnika świętego Sabę przełożonym wszystkich pustelników. Właśnie podówczas zaczęła się szerzyć herezja eutychianów, którzy uczyli, że w Chrystusie nie dwie, ale jedna tylko była natura. Herezja ta była tym niebezpieczniejsza, że sprzyjał jej cesarz grecki Anastazjusz. Zaczęło się prześladowanie katolików. W Palestynie prócz wielu wiernych padł jego ofiarą patriarcha jerozolimski, którego cesarz złożył z urzędu, a osadził mnicha Seweryna. Teodozjusz i Saba nie chcieli owego heretyka uznać za biskupa. Cesarz zagroził im swą niełaską, co jednak nie poskutkowało, bo Teodozjusz napisał do niego list, w którym dokładnie wykazał błędy heretyckie. Monarcha zdawał się uznawać prawdę; posłał nawet Teodozjuszowi 30 funtów złota, rzekomo jako jałmużnę, a w gruncie rzeczy na to, aby Świętego przekupić. Teodozjusz domyślił się tego, wziął pieniądze i rozdał między ubogich, ale heretyka Sewera nie uznał, ani też od katolickiego wyznania nie odstąpił. Ponieważ cesarz znowu począł prześladować prawowiernych, więc Teodozjusz, przebiegając całą Palestynę, upominał, by nikt nie odstępował od tej nauki, którą Kościół święty na pierwszych czterech soborach uznał za prawdziwą. Pewnego dnia zawołał w jednym z kościołów jerozolimskich: „Kto nauki pierwszych czterech soborów jak czterech Ewangelii nie przyjmie, niech będzie wyklęty!” Rozgniewany tym cesarz skazał Teodozjusza, wtenczas już przeszło dziewięćdziesięcioletniego starca, na wygnanie. Nie trwało ono długo, bo wkrótce potem nastąpiła zmiana na tronie cesarskim. Nowy cesarz sprzyjał katolikom i pozwolił wygnańcowi wrócić.

Po powrocie żył Teodozjusz jeszcze lat jedenaście. Pod koniec życia wpadł w ciężką chorobę. Radzono mu, aby prosił Pana Boga o ulgę w cierpieniu, on jednak nie chciał tego uczynić, był bowiem zdania, że taka modlitwa byłaby znakiem braku cierpliwości, i pozbawiłaby go korony niebieskiej. Umarł w roku 529, licząc lat sto pięć. Pochowano go w celi, a w czasie pogrzebu Bóg uwielbił swego wyznawcę licznymi cudami.

Nauka moralna

Pamiętaj o śmierci! Oto nauka, płynąca z żywota św. Teodozjusza, który w tej sztuce pamiętania o śmierci ćwiczył siebie i uczniów.

Sto pięćdziesiąt lat temu wybuchła we Francji straszna rewolucja. Utworzył się rząd z łudzi okrutnych, rząd, który siał postrach, gdyż krew ludzką jak wodę przelewał, zwany dlatego rządem grozy, strachu, gwałtów.

Rząd ten, z wyjątkiem bolszewickiego najokrutniejszy z wszystkich jakie zna historia, wtrącał do więzień ludzi wszelkiego stanu: panów, mieszczan, wieśniaków, żołnierzy, duchownych, starców, młodzież, niewiasty, słowem, wszystkich, których z jakiegokolwiek powodu uważał za niebezpiecznych dla siebie, a następnie skazywał na śmierć bez miłosierdzia.

Przerzućmy się myślą do jednego z takich więzień. Jest ranna godzina – cisza. Wtem na korytarzu słychać kroki, otwierają się drzwi, zjawia się komisarz rządowy z papierem w ręku. Obok niego dozorca i oddział żołnierzy. Komisarz głosem grobowym odczytuje z papieru rozmaite nazwiska. Kto wywołany, musi iść na ratusz, na sąd, na stracenie.

Wyobraźmy sobie, co działo się w duszach owych skazańców! Jaka trwoga, jakie łkania, jaka rozpacz! O losie nieopłakany! Musieli jednak iść – i szli.

Wyobraźmy sobie, że w takiej chwili przychodzi do więzienia jakiś człowiek, zaczyna wesoło rozprawiać i mówi, żeby się nie smucili, żeby raczej myśleli o balach, o teatrach, o ucztach. Cóż by mu odpowiedzieli więźniowie? Rzekliby mu: Szalony, dziś, jutro pójdziemy na śmierć, a ty chcesz, byśmy się bawili, byśmy żartowali?

O kim tu mowa? I o nas! I myśmy więźniami, skazańcami! Wszyscy, młodzi czy starzy, każdego stanu, każdej godności – wszyscy jesteśmy skazani na śmierć. Więzieniem naszym – ziemia, komisarzem – śmierć! Ten komisarz królewski przychodzi z fatalnym papierem w ręku, wywołuje nazwiska, a czyje przeczyta, wskazany musi iść. Musisz iść! Nie proś, bo nie wyprosisz! Nie obiecuj, bo go nie przekupisz! Musisz iść, musisz umierać!

Idzie ten komisarz, a z nim żołnierze. Ci żołnierze to choroby, cierpienia, dolegliwości, różne przygody i wypadki. Przychodzi do wsi, przychodzi do miasta, i wywołuje. Wywołuje imię dziecięcia i dziecię musi umierać. To dziecię ledwo jeden roczek żyło, to dziecię niewinne jak aniołek, to dziecię wszystką pociechą i nadzieją swoich rodziców – jeżeli to dziecię umrze, to serce ojca i matki rozdarte będzie na zawsze. O śmierci, posłuchaj! Zabierz lepiej tego starca, zabierz tego nędzarza – oni cię już od dawna wołają, a zostaw to dziecię rodzicom! Śmierć nie posłucha. Odpowiada: Napisane jest, że to dziecię ma umrzeć, więc musi umrzeć.

I wywołuje dalej. I mówię śmierci: O śmierci, przypatrz się dobrze, co masz napisane, może się mylisz, to pewnie nie tego syna dorosłego, tę córkę dorosłą masz zabrać! Oni tacy młodzi, tacy zdrowi, w tych młodych głowach tyle rojeń i marzeń – daj się uprosić – czyż mają w samym kwiecie życia umierać? Zabierz tych, którym się już życie sprzykrzyło, zbrzydło. A śmierć odpowiada: Postanowione jest, że oni mają umrzeć.

I wywołuje dalej. Słyszę imię ojca, imię matki. O śmierci! – to ojciec kilkorga dziatek, jeśli umrze, kto je wyżywi, kto je wychowa? A co będzie z matką? To matka ośmiorga małych dzieci – co ona pocznie? Śmierć odpowiada: Tu napisane, że muszą umrzeć.

I wywołuje dalej; wywołuje nazwisko starca. A starzec prosi i błaga: Poczekaj trochę, daj mi chwilkę czasu, bym wszystko załatwił i zrobił testament. Jeszczem się nie przygotował, chcę się z Bogiem pojednać, chcę się z całego życia wyspowiadać, od tego zawisło zbawienie moje lub potępienie. Śmierć odpowiada: Napisano, że masz umrzeć.

I tak dzieje się z każdym, czy on król, czy żebrak, arcybiskup czy prosty kapłan. Wszyscyśmy skazani na śmierć; taki nasz los. Nie wiemy, czy będziemy bogaci czy ubodzy, zdrowi czy chorzy, ale to jedno wiemy niezawodnie, że musimy umrzeć.

Musimy umierać, ale nie wiemy, kiedy, gdzie i jak?

Święci pamiętali o śmierci. Gdybyś się przeniósł w czasy pustelników, gdybyś wstąpił do ich jam i pieczar, cóż byś zobaczył? Krzyż i trupią głowę; krzyż, który im przypominał, co Pan Jezus z miłości ku nam uczynił, i trupią głowę, co im śmierć przypominała.

Słynny kardynał Bellarmin na pierścieniu swoim kazał wyryć te słowa: „Memento mori” – „Pamiętaj o śmierci”. Pewien święty biskup miał na stole, na którym pracował i jadał, trupią głowę z napisem: „Byłem tym, czym jesteś; będziesz tym, czym jestem”.

Święty Jan Klimak opowiada taki wypadek z życia pustelników:

Pewien pustelnik z góry Horeb pierwsze lata życia pustelniczego spędził niedbale, nie trzymając się reguły. Pewnego razu zachorował tak ciężko, iż zdawało się, że już skonał, albowiem przez całą godzinę nie dawał znaku życia. Po dłuższym czasie przyszedł do siebie – był to tylko letarg, ciężkie omdlenie. Powróciwszy do życia, prosił braci pustelników, by wszyscy odeszli. Zostawili go samego, on zaś zamurował wejście do celi i zamurowany żył przez lat dwanaście. Przez cały ten czas do nikogo słowa nie rzekł, żywił się suchym chlebem i wodą, a łzy ustawicznie ciekły mu po policzkach. Nadeszła wreszcie ostatnia jego godzina. Zeszli się bracia i odwaliwszy kamienie zasłaniające wejście do jaskini zaczęli prosić, by im powiedział, co widział w owym śnie letargicznym. Zdołali wydobyć z niego tylko te słowa: „Kto naprawdę myśli o śmierci, nigdy nie dopuści się ciężkiego grzechu”, zrozumieli jednak, że to owa śmierć pozorna sprawiła w nim tak wielką i szczęśliwą odmianę.

Memento mori! Pomnij na śmierć!

Modlitwa

Boże, któryś sam za środek najpewniejszy do uchronienia się grzechu, wskazał nam rozpamiętywanie o rzeczach ostatecznych; daj nam za przykładem i wstawieniem się świętego Teodozjusza, tak żywą ich pamięć w myśli naszej mieć wyrytą, abyśmy przez całe życie strzegąc się grzechu, wolni od niego znaleźli się w godzinę śmierci. Przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Amen.

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.