• Archiwa Tagów Bóg
  • 7 listopada Żywot świętego Engelberta, arcybiskupa

    (Żył około roku Pańskiego 1225)

    Engelbert urodził się w roku 1185 i był potomkiem starożytnego rodu hrabiów Bergu i Geldrii. Dorósłszy, poświęcił się stanowi duchownemu. Opatrzność Boża uchroniła go od dumy i zarozumiałości, jakimi mogło go napełnić bogactwo, ukazując mu wzniosłe cele. Gdy ukończył nauki, mianowano go nasamprzód proboszczem katedralnym w Kolonii, a potem biskupem monasterskim, on jednak nie przyjął tej godności, gdyż szanował prawa Kościoła i nie ufał swej młodości, bo liczył zaledwie dwadzieścia jeden lat.

    W sporze o tron cesarski między Filipem księciem szwabskim a Ottonem saskim, stanął po stronie papieża, dzięki czemu w roku 1215 wyniesiony został na arcybiskupstwo kolońskie. Młody arcybiskup nie zawiódł nadziei i okazał się mężem, jakiego wymagały okoliczności. Silną dłonią hamował i karcił gwałty i nadużycia rycerstwa, zmuszał ich do zwracania nieprawnych łupów i wynagradzania wyrządzonych krzywd i szkód, goił według możności zadane przez wojnę rany, uszlachetniał lud ojcowską troskliwością i był najpotężniejszym i najznakomitszym biskupem w Niemczech.

    To było powodem, że wybierający się na wyprawę włoską cesarz Fryderyk II mianował go w roku 1220 swoim namiestnikiem i opiekunem swego syna Henryka VIII, wybranego królem niemieckim. Engelbert sprawował ten ważny i trudny urząd tak mądrze i energicznie, że zyskał szacunek nawet u swych przeciwników, a lud epokę jego rządów nazwał „złotymi czasami”. Objeżdżał cały kraj aż do wybrzeży Morza Północnego, aby załatwiać spory, przywrócić bezpieczeństwo życia i własności, i zaprowadzić wszędzie prawny ład i porządek. Dla osiągnięcia tego celu musiał być nie tylko prawodawcą, ale także przywdziewać hełm i pancerz, aby zdobywać grody rozbójniczego rycerstwa. Z czasem stał się postrachem wszystkich złych. Pewien kupiec prosił raz w jego obecności jakiegoś księcia o wolny przejazd przez jego księstwo. Książę nie śmiał mu go obiecać z obawy przed rozbójniczą szlachtą, która w tej okolicy dopuszczała się różnych gwałtów. Widząc wahanie księcia, Engelbert rzekł do kupca; „Weź moją rękawicę, a gdyby cię kto w drodze napadł, pokaż mu ją i odwołaj się na mnie. Gdybyś mimo to miał ponieść jaką stratę, ja za nią odpowiadam”. Kupiec puścił się w drogę bez obawy i nikt go nie zaczepił. Rękawica „pana kolońskiego” była potężniejsza od zbrojnej eskorty.

    Święty Engelbert

    Engelbert był jednak nie tylko mężem stanu, ale i przykładnym biskupem. Dla biednych i sierot miał zawsze dłoń otwartą i serce czułe na obcą niedolę; kapłanów zachęcał słowem i własnym przykładem do szerzenia moralności i pobożności, a do Kolonii sprowadził dominikanów i franciszkanów. Gorliwość w sprawowaniu obowiązków arcybiskupich przyprawiła go w końcu o śmierć przedwczesną.

    Hrabia Fryderyk izemburski, krewny jego, był opiekunem zakonnic w Essen, zamiast jednak bronić klasztoru, chciwością spowodował jego upadek. Engelbert zganił to postępowanie, zaskarżył łupieżcę przed cesarzem i papieżem, odstąpił mu nawet część swych dochodów, byle by siostry zostawił w pokoju, a gdy to wszystko nic nie pomogło, pozbawił go urzędu. Wściekłość Izenburga doszła do tego stopnia, że chciał Engelberta zamordować. Na wezwanie arcybiskupa stawił się wprawdzie w mieście westfalskim Soest, aby się z nim ugodzić, ale nie chciał zawrzeć wyraźnej umowy. Przestrzegano Engelberta, aby się miał na baczności, wszakże świątobliwy kapłan nie chciał wierzyć, iżby bliski krewny miał knuć tak niegodziwe zamiary. Wyspowiadał się tylko z całego życia i rzekł: „Niech się stanie wola Boża”. Przy rozstaniu udawał hrabia Izenburg żal i rozczulenie, a nawet odprowadził go kawał drogi. Tym czasem w zasadzce czyhali już skrytobójcy, którzy zamordowali świętego arcypasterza pod Gawelsbergiem dnia 7 listopada 1225 roku. Ostatnie jego słowa były: „Boże, przebacz im!” Później wystawiono na tym miejscu klasztor. Ciało jego spoczywa w katedrze kolońskiej, a grób zasłynął licznymi cudami. Gród Izenburg zrównano z ziemia, a sam hrabia poszedł na tułaczkę; w końcu został poznany i skazany na śmierć w roku 1226.

    Nauka moralna

    Święty Engelbert umarł piękną śmiercią sprawiedliwego. Ostatnie słowa, które wyrzekł przy konaniu, były: „Boże, przebacz im!”, bo względem wszystkich, Boga, papieża, cesarza, bliźnich, zarówno złych jak i dobrych, względem poddanych, bogatych czy ubogich, prostaczków czy wykształconych, względem wszystkich przestrzegał sprawiedliwości. Czy może być większa pochwała nad tę, na jaką zasługuje mąż sprawiedliwy zajmujący wysokie stanowisko i wskutek tego skrępowany wielu obowiązkami?

    1) Sprawiedliwość jest jedną z czterech cnót głównych. Oddaje ona każdemu to, co mu się słusznie należy, a oprócz tego polega na tym, ażeby wynagrodzić wszelkie krzywdy z umysłu bliźnim wyrządzone na własności doczesnej, zdrowiu ciała, zbawieniu duszy, honorze i dobrej sławie. Przełożony winien żądać od podwładnych tylko tego, co według praw Boskich jest słuszne, karać bez względu na osobę, dbać o dobro powszechne i każdego z osobna. Podwładni są sprawiedliwymi, jeśli nie tylko pozornie oddają przełożonym cześć i szacunek, ale czują je także w sercu; jeżeli są posłuszni prawom i rozporządzeniom prawowitej władzy, jeżeli się starają o pokój i zgodę, która jest podstawą dobra publicznego.

    2) Sprawiedliwość jest rzeczywistą zasługą. Uszlachetnia ona każdego i zbliża do Boga, który rządzi światem według zasad słuszności. Pismo św. w wielu miejscach mówi o sprawiedliwości Bożej, a święty Jan w księdze objawienia przepowiada, że kiedyś wszystkie ludy i narody odezwą się okrzykiem radości: „Cześć i sława Bogu, sprawiedliwym bowiem jesteś, Panie, i prawdziwe i sprawiedliwe są wyroki Twoje! Bóg ma też szczególne upodobanie w tej cnocie i już tutaj na ziemi hojnie ją wynagradza. Psalmista Pański mówi: „Byłem młodym i zestarzałem się, alem nigdy nie widział sprawiedliwego opuszczonym, ani jego potomków łaknących chleba. Oko Pańskie patrzy na sprawiedliwego, a ucho wysłucha prośby jego”. Daniela nie pożarły dzikie bestie w lwiej jamie; gdy go król odwiedził i dziwił się, że go srogie zwierzęta nie tknęły, prorok odpowiedział: „Bóg mój zesłał anioła swego i zamknął lwie paszczęki, aby mnie nie uszkodziły; znalazł mnie bowiem sprawiedliwym, a i tobie, królu, krzywdy nie uczyniłem”. Ślubujmy przeto Bogu wespół z Dawidem: „Sprawiedliwym pragnę stanąć przed obliczem Twoim, Panie!”

    Modlitwa

    Panie, który sprawiedliwym jesteś w każdym czynie swoim, racz za przyczyną sługi swego Engelberta dać nam tę łaskę, abyśmy wobec sądu Twego okazali się sprawiedliwymi i godnymi się stali Twego miłosierdzia i błogosławieństwa. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i Duchem świętym żyje i króluje, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 6 listopada Żywot błogosławionej Salomei, królowej halickiej

    (żyła około roku Pańskiego 1269)

    Błogosławiona Salomea, córka księcia krakowskiego Leszka Białego i Grzymisławy, księżniczki ruskiej, siostra rodzona Bolesława Wstydliwego, przyszła na świat roku Pańskiego 1202. Bogobojnie wychowana, a wcześnie dojrzałego rozumu, już licząc trzy lata poślubiła za zezwoleniem rodziców Panu Jezusowi dozgonne dziewictwo. Tym czasem Andrzej, król węgierski, zapragnął, aby ją pojął za żonę syn jego Koloman. Panowie polscy, patrząc na korzyści polityczne, wymogli na księciu Leszku, że Salomeę zaręczył z księciem Kolomanem i gdy miała rok czwarty odesłał ją na dwór węgierski, gdzie wraz z narzeczonym swoim, także jeszcze dzieckiem, dalej się wychowywała. Uczyniono to z przekonania, że tak ważne pobudki wystarczą do zwolnienia od ślubu czystości Salomeę, tym bardziej, że złożyła go będąc jeszcze dzieckiem. Mimo to Salomea z Boskiego natchnienia nie traciła nadziei, że będzie mogła pozostać wierną Bogu, co też w końcu nastąpiło. Wzrastając tedy obok swojego przyszłego małżonka i razem z nim wychowując się jak brat z siostrą, młodziutka dziewica, przepełniona duchem Bożym, starała się budzić w sercu Kolomana żywą pobożność, zachęcając go szczególnie do wielkiego nabożeństwa do Matki Bożej, jako szczególnej opiekunki czystości. Pan Bóg błogosławił tej wiernej swojej oblubienicy i Koloman wyrósł na młodzieńca pobożnego i wielce w cnocie świętej czystości rozmiłowanego.

    Dlatego gdy doszli lat właściwych i zostali uroczyście związani węzłem małżeńskim, nietrudno było Salomei wymóc na swoim małżonku wspólne złożenie ślubu czystości. Mianowicie kiedy zawarli związek małżeński, Salomea rzekła do swego małżonka: „Kolomanie, nietrwała jest uciecha tego świata i różne nieprzyjazne koleje w jednej chwili pozbawić jej mogą. Same tylko cnoty chrześcijańskie i życie pobożne, mogą człowiekowi zapewnić spokój sumienia, a w Niebie wieczne i nieprzemijające szczęście. Rozkosze zmysłowe, rychło o niesmak przyprawiają tych, którzy się im oddają i nie mogą iść w żadne porównanie z uciechami, w jakie opływają dusze żyjące w czystości dla miłości Boga, gdyż żadna inna cnota nie jednoczy duszy naszej tak ściśle z Panem Jezusem, jak cnota dziewictwa. Jeśli więc dla miłości Jego i my jej dochowamy w stanie naszym małżeńskim, On za to tym ściślej połączy serca nasze przywiązaniem duchowym i da nam dostąpić w Niebie wieńców wiecznej nagrody, w których niepokalanemu Barankowi śpiewać będziemy hymn nieustającej chwały, będąc z najwybrańszymi duchami najbliżej Niego. Śmiało cię o tym Kolomanie upewniam, bo to sam Zbawiciel przyrzekł”. Pod wpływem tych słów pobożny Koloman zgodził się na ślubowanie wraz z Salomeą dozgonnej czystości. Oprócz tego jako wielcy wielbiciele świętego Franciszka serafickiego zostali tercjarzami, według reguły nadanej: przez niego trzeciemu zakonowi. Całą noc po zawarciu małżeństwa i ślubie dziewictwa przetrwali na gorącej modlitwie, polecając się szczególnie opiece Niepokalanej Najświętszej Maryi Panny, i z głębi serca powtarzali słowa psalmu Dawidowego: Panie, wypal ogniem miłości Twojej pożądliwość w ciele naszym i w sercu (Psalm 25,2).

    Błogosławiona Salomea

    Do modlitwy o zachowanie poślubionej Panu Bogu cnoty przydawała błogosławiona Salomea i umartwienia ciała, posty, czuwania i włosiennicę, wiedząc, że bez takich środków nad zmysłami trudno zapanować. Każdej nocy wstawała na długą modlitwę, co widząc książę, jej małżonek, a obawiając się, aby zbytnim czuwaniem nie zaszkodziła swemu zdrowiu, upominał ją o to, mówiąc: „Kochana Salomeo, wiem, że do modlitwy pobudza cię gorąca miłość Boga, i że na niej wielkiej doznajesz pociechy i wielkie łaski sobie upraszasz; obawiam się jednak, abyś już me zanadto trapiła swoje ciało i nie opadła zupełnie na siłach”. Salomea odpowiedziała mu na to pokornie a tak przekonywująco, że jej Koloman już umartwień nie wzbraniał, ona zaś tym bardziej zaczęła je praktykować, gdy razu pewnego, prosząc Pana Boga, aby jej dopomógł do śmierci ślub dochować, usłyszała głos z Nieba: „Już się spełniło (Jan 19,30), modlitwa twoja wysłuchana jest przed obliczem Pańskim, o co prosisz, wszystko otrzymasz”.

    Po śmierci Kolomana, który poległ w bitwie z Tatarami, chociaż panowie i lud oddawali w jej ręce rządy królestwa, wróciła do Polski, ojczyzny swojej, w której panował brat jej Bolesław Wstydliwy, mający za żonę błogosławioną Kunegundę. Przywiózłszy z sobą wielkie skarby zapisane jej przez męża, oraz te, które były jej wianem, użyła je na fundację i hojne zaopatrzenie klasztorów, po czym została klaryską w klasztorze w Zawichoście, także przez nią założonym pod wezwaniem świętego Damiana. Od chwili wstąpienia do klasztoru żadnej z sióstr nie dała się przewyższyć w cnotach zakonnych i przyświecając nimi przez lat dwadzieścia osiem, jako opatka przewodniczyła zgromadzeniu. Podczas powtórnego najazdu Tatarów na Polskę, w roku Pańskim 1260, gdy zakonnice z innymi mieszkańcami z Zawichostu uchodzić musiały, a dzicz ta zniszczyła klasztor, święta Salomea przeprowadziła swoje zgromadzenie do Skały pod Krakowem i tam nowy klasztor zbudowawszy, jeszcze w nim siedem lat Panu Bogu w wysokiej świątobliwości służyła.

    Na koniec w roku 1268, słuchając dnia pewnego Mszy świętej, uczuła się słabą i zaraz bliską śmierć swoją zapowiedziała. Kilka dni tylko chorowała, a jak w całym życiu swoim, tak i w cierpieniach, jakich wtedy doznała, niezachwianą okazywała cierpliwość. Zwołała do celi, w której leżała, wszystkie siostry, a dając im święte upomnienia, polecała im przede wszystkim miłość wzajemną i chętne a doskonałe posłuszeństwo. „O przedłużenie zaś życia mojego – przydała – nie proście wcale, bo ja owszem pragnę, aby mnie Pan Bóg z tego padołu wyprowadzić już raczył, i mam ufność, że za przyczyną Najświętszej Matki swojej, Chrystus Pan nie odrzuci mnie od Królestwa swojego”. Po przyjęciu ostatnich sakramentów świętych już ciągle tylko modliła się i w Bogu słodko się zatapiała. Przed samym skonaniem ujrzano na jej twarzy wyraz szczególnej radości i spytano o przyczynę tego: „Widzę – odrzekła – stojącą przede mną Najświętszą Pannę, Bogarodzicielkę”, i to mówiąc ducha w Jej ręce oddała; w tejże chwili siostry, które ją otaczały ujrzały wychodzącą z ust jej jasną gwiazdę. Umarła dnia 17 listopada i ten dzień miesiąca na jej uroczystą pamiątkę przeznaczył papież Klemens X, wpisując ją w poczet Błogosławionych.

    Nauka moralna

    Każdy człowiek jest pasterzem nad duszą i ciałem swoim; jest pasterzem nad zmysłami i namiętnościami, które powinien ujarzmiać. Ciało powinno być posłuszne duchowi, dusza zaś ma być posłuszna prawu Ewangelii i natchnieniom Bożym, to jest, aby się zawsze kierowała nauką i wolą Bożą. Kiedy ciało, zmysły, namiętności nie czują nad sobą rządów pasterza, zostają pod cudzym kierownictwem, to jest grzechu. Człowiek staje się najemnikiem względem swej duszy i nie ma pieczy o nią, bo tak żyje, jak gdyby go własna dusza nic nie obchodziła. Staje się najemnikiem swego ciała, kiedy mu nie zadaje żadnego umartwienia, a zmysły, wiedząc, że nie mają rządów nad sobą, pędzą jak rumak nieokiełzany, kędy im się spodoba. Kto nie panuje nad sobą, gdy widzi nadchodzącą pokusę, opuszcza owce, to jest nie wzbrania przystępu do swego serca namiętności, to ta, znalazłszy w nim miejsce, oddaje go w niewolę grzechu. Oby nam przykład takich Świętych, jak błogosławiona Salomea, oczy otworzył i nauczył nas, jak nam żyć należy.

    Modlitwa

    Boże, któryś w błogosławionej Salomei wzgardę królestwa ziemskiego z kwiatem dochowanego w małżeństwie dziewictwa połączył, spraw miłościwie, abyśmy za jej przykładem, czystym i pokornym sercem Ci służąc, koronę wiecznej chwały w Niebie nabyli. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 5 listopada Żywot świętej Idy z Toggenburga

    (żyła około roku Pańskiego 1230)

    Dwie godziny drogi na południe od miasta Ulm w południowych Niemczech stał zamek Kirchberg, który pod koniec dwunastego wieku zamieszkiwał hrabia Hartman II, pobożny założyciel klasztoru benedyktynów w Wiblingen i szczęśliwy ojciec św. Idy. Około roku 1197 starał się o rękę tej dziewicy, znakomitej urodą i przymiotami duszy zacny Henryk, hrabia na Toggenburgu w Szwajcarii. Ida niechętnie, tylko z posłuszeństwa rodzicom oddała mu rękę i przeniosła się z nim do Toggenburga.

    Henryk był dorodnym mężczyzną, posiadaczem licznych dóbr i zamków, dzielnym w boju, szczerym i dobrodusznym, ale porywczym i popędliwym. Przy lada sposobności unosił się gniewem i srożył się dotąd, dopóki go na kimkolwiek nie wywarł. Ida, która była wcieloną dobrocią i łagodnością, unikała troskliwie wszystkiego, co by go mogło rozjątrzyć, ważyła każde słówko, i znosiła wszystkie przykrości z anielską cierpliwością. Siły i pociechę czerpała w modlitwie i sowitej jałmużnie, którą nosiła do chat biedaków i chorych, a ilekroć mogła, schodziła po stromych ścieżkach w doliny, do kościoła w Fischingen i kaplicy Matki Boskiej Bolesnej w Au. Ku wielkiemu jej zmartwieniu odmówił jej Pan Bóg jedynej pociechy, to jest macierzyństwa.

    Pomiędzy liczną służbą zamkową był Włoch, imieniem Dominik, którego hrabia Henryk darzył szczególnym zaufaniem. Ida, niewinna jak dziecko, obchodziła się z nim tak jak z innymi dobrotliwie i uprzejmie, co bezecnik tak sobie tłumaczył, jakoby pobożna pani czuła dla niego coś więcej, aniżeli prostą przychylność. Gdy Ida odgadła bezecne zamiary rozpustnika, zmieniła swe postępowanie, ale Dominik trwał nadal w wszetecznym pragnieniu. Długo czyhał na pożądaną sposobność, aż wreszcie dopadł jej, gdy z modlitwą na ustach szła przez las do kościoła. Jej krzyki i wołania o pomoc usłyszał giermek Kunon i przybiegł jej z ratunkiem. Ida serdecznie dziękowała Bogu za niespodzianą pomoc i przebaczyła napastnikowi, który okazał żal pozorny, a Kunonowi nakazała milczenie.

    Niedowierzający im Dominik lękał się, aby go nie oskarżono przed Henrykiem, chcąc ich przeto uprzedzić, skorzystał z przychylności, jaką mu hrabia okazywał, i wmówił w niego, że Ida jest dla Kunona zbyt łaskawa i uprzejma. Łatwowierny hrabia zaczął się po tyransku obchodzić z cnotliwą małżonką, a Ida, nie mogąc pojąć, skąd w postępowaniu małżonka tak nagła zaszła zmiana, znosiła to cierpliwie, i zalewając się łzami, zwierzała się ze swych zmartwień przed Ojcem wszystkich utrapionych.

    Pewnego dnia wyjęła swój ślubny strój z szafy, aby go przewietrzyć, i złożyła wszystkie klejnoty, a między nimi ślubny pierścień, na stole. Gdy wieczorem chciała schować szaty i kosztowności, zdjął ją strach śmiertelny, gdyż pierścień znikł jakimś niewytłumaczonym sposobem. Przerażona uklękła i ofiarowała swoje utrapienie Bogu, postanawiając zarazem nic nie mówić porywczemu małżonkowi. Przypadek zrządził, że pewnego dnia Kunon znalazł w kruczym gnieździe prześliczny pierścień. Nie przeczuwając, że to ślubny pierścień Idy, który porwał kruk, wleciawszy przez okno do komnaty, włożył go na palec i pokazywał innym dworzanom. Dominik od razu poznał ślubną obrączkę Idy, nie zdradził się jednak ani słowem. Przejęty szatańską radością, że nareszcie nadeszła pora odwetu i zemsty, pośpieszył do hrabiego i opowiedział mu, czego był świadkiem, dowodząc, że teraz podejrzenie powzięte przeciw Idzie i Kunonowi aż nadto jest uzasadnione. Hrabia kazał przywołać Kunona, obejrzał pierścień i zawołał: „Skąd wziąłeś tę obrączkę?” „Znalazłem ją w kruczym gnieździe” – odpowiedział Kunon. „Łotrze przeklęty!” – krzyknął hrabia i powaliwszy go uderzeniem pięści na ziemię, kazał go przywiązać do końskiego ogona i całym pędem włóczyć po kamieniach, aż biedny giermek wyzionął ducha. Potem Henryk wpadł jak szalony do komnaty małżonki i wrzasnął: „Gdzie podziałaś ślubną obrączkę?” „Zgubiłam ją”. „Wszetecznico! idź za swym kochankiem!” To rzekłszy, chwycił Idę za włosy i wyrzucił ją z okna na skałę zamkową.

    Święta Ida

    Anioł Boży wziął jednak niewinną pod skrzydła swej opieki. Spadłszy w przepaść, mającą 400 stóp głębokości, straciła przytomność, ale wkrótce przyszła do siebie, nie poniósłszy żadnego szwanku na ciele. Złożywszy Bogu serdeczne dzięki za cudowne ocalenie, błagała Go o przebaczenie dla męża i postanowiła wieść żywot pustelniczy. Znalazłszy odpowiednie miejsce, zbudowała z gałęzi i mchu szałas, nazbierała jagód i różnych korzonków na zimę, po czym z trzciny i włókna uplotła sobie szaty i derki do przykrycia. Najmocniej tęskniła za kościołem, Mszą świętą i kazaniem, pociechą kapłana i sakramentami świętymi, ale Pan Bóg uposażył ją darem rozmyślań, a dusza jej napawała się pięknością i dobrocią Boga, którego przytomność obwieszczały jej poszumy drzew, szmer strumyków, śpiew ptactwa, światło słoneczne, połysk księżyca, migotanie gwiazd i wędrówki obłoków na horyzoncie niebieskim. Gdy w zaciszu ciemnej nocy leśnej klęczała pod prostym krzyżem i słyszała tylko bicie własnego serca, wtedy czuła bliskość świętego Sakramentu i pałającą miłość Boga-człowieka. Puszcza stała się ulubionym jej schronieniem, stokroć droższym od wspaniałego grodu na słonecznej skale, gdyż z każdym miejscem łączyło ją miłe wspomnienie: tutaj zajaśniała w niej myśl święta, tam oparła się szczęśliwie pokusie, ówdzie doznała pociechy na duszy, indziej niespodzianej łaski. Wszędzie radowała się jej dusza i wyrywał z piersi głos: „Chwała Bogu na wysokości” i serdeczne dzięki za wewnętrzny spokój.

    Tak minęło lat siedemnaście. Na Toggenburgu wszystkie twarze były ponure i zasępione. Służba i ubodzy żałowali łaskawej i niewinnie zabitej pani, a Dominik żył wśród wyrzutów sumienia, że stał się sprawcą podwójnego zabójstwa. Henryk doniósł do Kirchbergu, że Ida miała grzeszne stosunki z jednym z dworzan, za co oboje ponieśli słuszną karę, ale sam miał wielkie wątpliwości, a sumienie dręczyło go we dnie i w nocy. Szukał rozrywki i zapomnienia, wszystko jednak daremnie. Za późno też poznał, co stracił, i gorzko żałował swej porywczości.

    Pewnego dnia poszedł pewien strzelec na polowanie do lasu, gdy wtem psy, które go wyprzedziły, zaczęły głośno szczekać. Myśliwy poszedł za ich głosem, zajrzał do jaskini i spostrzegł postać ludzką przybraną w płaszcz z sitowia. Po kilku szmatach z drogiej materii i po rysach twarzy poznał swoją dawniejszą panią. Powitawszy okrzykiem radości czcigodną hrabinę, pobiegł do zamku i opowiedział Henrykowi, co widział. Hrabia uśmiechnął się z niedowierzaniem, poszedł jednak ze strzelcem na wskazane miejsce. Na widok pustelnicy, która była jego żoną, zdjęło go przerażenie, gdyż cudowne ocalenie od niechybnej śmierci świadczyło jak najzupełniej o jej niewinności. Ze słowami: „Przebaczenia!” padł jej do nóg. Podniosła go, ucałowała i zapewniła, że nigdy nie czuła do niego nienawiści, lecz przeciwnie, zawsze się zań modliła i czyniła pokutę, po czym błagała go o darowanie Dominikowi, ale zbrodniarz nie potrzebował jej wstawiennictwa, gdyż na wieść, że Ida żyje, sam się powiesił.

    Henryk prosił Idę ze łzami, aby wróciła do zamku, ona jednak rzekła: „Związałam się uroczystym ślubem, że będę służyć Bogu w samotności, jeżeli zatem chcesz mi wyświadczyć łaskę, wystaw mi na stare lata chatkę, w której bym osiąść mogła tuż przy kaplicy Matki Boskiej w Au”. Ze smutkiem spełnił Henryk jej życzenie i odprowadził ją wraz z tłumem ludu do nowego mieszkania.

    Ida wiodła dalej surowy i pełen umartwień żywot, rozdawała wszystko, co tylko jej z zamku przysyłano, i wychodziła z pustelni tylko na północne chóry benedyktynów w Fischingen. Żyła tak jeszcze kilka lat w wielkiej doskonałości i umarła w podeszłym wieku około połowy trzynastego stulecia. Kardynał-biskup Marek z Konstancji założył w roku 1617 na jej cześć bractwo, któremu papież Paweł V udzielił kościelnego zatwierdzenia.

    Nauka moralna

    Święty Bazyli mówi: „Pismo święte powiada, że człowiek unoszący się gniewem, hańbi się. Czemuż się hańbi? Dlatego, że zamienia szlachetną postać człowieczą na brzydką postać zwierzęcą. Spojrzyjcie tylko na rozgniewanego, jak szaleje, hałasuje, miota się, wywraca oczy i cały płonie, podobny do dzika, który ostrzy kły”. Gniew jest szóstym grzechem głównym i dwa tylko są na niego lekarstwa:

    1) Pamiętajmy o własnych winach i grzechach, którymi obrażamy i gorszymy domowników i sąsiadów, którymi pobudzamy ich do gniewu i zniecierpliwienia. Pamiętajmy, że obrażając i gniewając bliźniego, obrażamy tym samym wszechobecnego Boga i ściągamy na siebie gniew Jego. Jakże nam miło, gdy obrażony przez nas bliźni wspaniale nam wybacza, urazę puszcza w niepamięć, a Bóg cierpliwy daje nam czas do żalu i pokuty! Obyśmy nigdy tego nie spuszczali z oka, oby ta myśl była dla nas silnym hamulcem gniewu! „Jak bowiem – prawi św. Klimak – ciemności pierzchają przed słońcem, tak pierzcha przed łagodnością i przekonaniem o własnej grzeszności wszelka gorycz i gaśnie płomień gniewu. Duma, wyniosłość i przecenianie siebie samego wmawiają w nas, że jesteśmy obrażeni nawet wtedy, gdzie rzeczywiście o obrazie mowy być nie może”. Odwrotnie zaś pamięć o własnych grzechach ma ten skutek, że nie uważamy się za obrażonych nawet wtedy, gdy rzeczywiście nam ubliżono.

    2) Zapatrujmy się jak najczęściej na naszego Mistrza, Jezusa Chrystusa, utajonego w Sakramencie Ołtarza. Ileż to godzin, ile dni wcale o Nim nie myślimy i nie odwiedzamy Go, jakby nie był godny naszej pamięci i odwiedzin! Ileż razy idziemy do kościoła i bierzemy udział w nabożeństwie z obojętnością, która zakrawa na obrazę Boską! Ileż to razy dopuszczaliśmy się bluźnierstw i zniewag przeciw Bogu, których by nie zniósł żaden sługa od swego pana i chlebodawcy! A jakże nam Pan Jezus za nie odpłacił? Czyż nam czynił kiedykolwiek wyrzuty, gdyśmy Go w potrzebie i utrapieniu błagali o pomoc i ratunek? Czyśmy kiedykolwiek nie dostąpili odpuszczenia, gdyśmy się szczerze wyspowiadali i czuli żal za grzechy ? Czy nas kiedykolwiek Pan Jezus odepchnął od swego stołu? Czy nam kiedykolwiek odmówił swego miłosierdzia? Idźmy do Jego szkoły, naśladujmy Go, a z pewnością nauczymy się hamować gniew i porywczość.

    Modlitwa

    O najmiłosierniejszy Jezu! Racz serce moje natchnąć taką czystością i łagodnością, jakiej niedościgłym wzorem byłeś podczas swego pobytu na tym padole płaczu, abym nigdy nie obraził Ojca Twego i nie zasmucił Go wybuchem gniewu i oburzenia. Racz oświecić me serce, abym poznał gnieżdżące się w nim węże i udziel mi siły, abym je mógł pokonać i wytępić. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 1 listopada Cześć Świętych Pańskich w Niebie Uroczystość Wszystkich Świętych.

    (Ustanowiona została około roku Pańskiego 835)

    LEKCJA (z Objawienia św. Jana rozdział 7, wiersz 2-12)

    W one dni oto ja, Jan, widziałem drugiego anioła, wstępującego od wschodu słońca, mającego pieczęć Boga żywego, i zawołał głosem wielkim do czterech aniołów, którym dano jest szkodzić ziemi i morzu, mówiąc: Nie szkodźcie ziemi i morzu, ani drzewom, aż popieczętujemy sługi Boga naszego na czołach ich.

    I usłyszałem liczbę pieczętowanych, sto i czterdzieści i cztery tysiące pieczętowanych ze wszech pokoleń synów izraelskich.
    Z pokolenia Judy dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Rubena dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Gada dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Asera dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Neftalego dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Manassesa dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Symeona dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Lewiego dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Isachara dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Zabulona dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Józefa dwanaście tysięcy pieczętowanych.
    Z pokolenia Beniamina dwanaście tysięcy pieczętowanych.

    Potem ujrzałem rzeszę wielką, której nikt przeliczyć nie mógł, ze wszystkich narodów i pokoleń i ludzi i języków, stojącą przed tronem i przed obliczem Baranka, obleczonych w szaty białe, a palmy w ręku ich. I wołali głosem wielkim: Zbawienie Bogu naszemu, który siedzi na tronie, i Barankowi. A wszyscy aniołowie stali około tronu i starszych i czworga zwierząt, i padli przed tronem na oblicze swoje, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: Amen. Błogosławieństwo i chwała i mądrość i dziękczynienie i cześć i moc i siła Bogu naszemu na wieki wieków. Amen.

    EWANGELIA (Mat. rozdz. 5, wiersz 1-12)

    A widząc Jezus rzesze, wstąpił na górę, a gdy usiadł, przystąpili ku Niemu uczniowie Jego. A otworzywszy usta swe, nauczał ich, mówiąc: Błogosławieni ubodzy duchem; albowiem ich jest królestwo niebieskie. Błogosławieni cisi; albowiem oni posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni; albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca; albowiem oni Boga oglądają. Błogosławieni pokój czyniący; albowiem nazwani będą synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości; albowiem ich jest królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć będą, i prześladować was będą, i mówić wszystko złe przeciwko wam kłamiąc, dla Mnie. Radujcie się i weselcie się; albowiem zapłata wasza obfita jest w Niebiesiech.

    * * *

    Pielgrzymami jesteśmy na ziemi, a celem naszej pielgrzymki jest Niebo, nasza rzeczywista ojczyzna; łatwo się jednak możemy zabłąkać na manowce, odwodzące od miejsca, do którego zdążamy. Nie podobna przeto obyć się bez przewodników, którzy by nam wskazywali prawdziwą drogę i oznaczali miejsca spoczynku, gdzie byśmy strudzeni mogli nabrać świeżych sil do dalszej podróży. Takimi miejscami są niedziele i święta; są to dni, w których skołatani troskami, pokusami i walkami powszedniego życia, zaspokoić możemy potrzeby duszy, pomyśleć o jej zbawieniu, pokrzepić ją słowem Bożym, modlitwą i sakramentami św. Przewodnikami naszymi w tej podróży są każdego dnia Święci Pańscy; życie bowiem nasze liczy się na dni, a ostatni dzień otwiera nam wrota wieczności. Dlatego też każdy dzień poświęcony jest pamięci świętego sługi Pańskiego. Jak drogowskaz wskazuje drogę do miasta lub wsi, tak Święci wskazują nam drogę wiodącą do Królestwa niebieskiego, gdzie Najwyższy zasiada w swej chwale na przedwiecznym tronie, gdzie mamy znaleźć wiekuisty pokój i odpoczynek. Każdy Święty woła na nas: „Idźcie za nami. Wyprzedziliśmy was i doszliśmy do celu, wstępujcie zatem w ślady nasze”. Żaden dzień nie jest wolny od kłopotu; każdy przynosi nam nową troskę, nowe utrapienia, pęta duszę naszą i ciągnie ją ku ziemi. Ale na straży każdego dnia stoi Święty i woła: „Synu Ojca niebieskiego, bracie Chrystusa, odkupiony krwią Jego, ubłogosławiony przez Ducha świętego! Ziemia nie jest twoim ostatecznym celem i nie zaspokoi tęsknoty ducha twego, bo przeznaczeniem twym jest Niebo. Masz być świątobliwym i zbawionym, i to świątobliwym tutaj na ziemi, a zbawionym w wieczności!” Dobrze, jeśli zrozumiesz ten głos i posłuchasz go; dobrze, jeśli imiona Świętych nie będą dla ciebie czczym dźwiękiem; dobrze, jeśli pójdziesz w ich ślady.

    Społeczeństwo świętych Pańskich

    Ale, niestety, głos ten nadaremnie obija się o uszy wielu śmiertelników, bo idą na oślep, błąkają się i nie dochodzą do celu. Cóż tedy czyni Kościół? Przy końcu roku, gdy nastaje jesień, gdy rolnik zwozi owoce swej pracy do gumna, Kościół woła na dzieci swoje: „Pójdźcie, pokażę wam lepszy owoc, który dojrzał w mym sadzie”, a otwierając wrota niebieskie, pokazuje nam Najświętszego ze Świętych, Syna Bożego, siedzącego po prawicy Ojca, a obok Niego Królową Niebios, Matkę Jego, świętych apostołów opromienionych blaskiem niebieskim, proroków i patriarchów, spoglądających ze czcią i uwielbieniem na Przedwiecznego, Męczenników z palmami w rękach i w koronach na głowach, Wyznawców w chwale wiekuistej, Dziewice z niezwiędłym wieńcem i w białą szatę niewinności przyodziane. „Patrzcie – mówi Kościół – oto owoce łaski Bożej zebrane w gumnie wiekuistym! Słuchajcie ich pieni, i podziwiajcie blask ich, równający się gwiazdom. Wznieście wysoko oczy i serca! I wy możecie dostać się w ich towarzystwo, Ojciec Przedwieczny was zaprasza, Syn Jego będzie waszym przewodnikiem, Duch święty doda wam siły, a Święci modlą się za was. Kwapcie się do wiekuistego spoczynku, jaki jest dla was przygotowany”.

    W tym znaczeniu obchodzi Kościół uroczystość Wszystkich Świętych. Jej celem jest przypominać sercom przykutym do ziemi ich przeznaczenie i rozgrzać je tęsknotą do Nieba. I święci byli ludźmi, jak my słabymi, ułomnymi, a nawet grzesznikami. Od nas tylko zależy stać się świętymi jak oni. Jeśli zapytamy, co mamy czynić, aby dostać się w ich towarzystwo, Ewangelia dzisiejsza podaje nam nieodzowne do tego warunki. Starajmy się o cnoty, jakich wzorem jest Zbawiciel, a będziemy szczęśliwi już tu na ziemi.

    Nauka moralna

    Początek tej uroczystości przypada na czasy papieża Bonifacego IV, który w roku 608 pogańską świątynię Panteon poświęcił na cześć Matki Boskiej i świętych Męczenników. Zbudowana przez Agryppę, ministra cesarza Augusta, nazwana została Panteonem, gdyż umieszczono w niej posągi wszystkich bożków, nawet tych, których Rzymianie przejęli od ujarzmionych i podbitych przez siebie narodów. Gdy religia chrześcijańska wyparła bałwochwalstwo z Rzymu, kazał cesarz Honoriusz ową wspaniałą świątynię zachować jako pamiątkę dawnej Potęgi Rzymu. Po wyznaczeniu przez papieża Bonifacego dnia konsekracji, w wigilię uroczystości zawieziono do tej świątyni wielka ilość relikwii Męczenników, wydobytych z katakumb rzymskich, po czym nastąpiło uroczyste poświęcenie. Od tego dnia co roku obchodzono w owej świątyni uroczystość Wszystkich Świętych, a papież Grzegorz IV wyznaczył na obchód tej uroczystości dla całego świata katolickiego dzień 1 listopada. Miał Kościół w zaprowadzeniu tej uroczystości trojaki cel na oku: Nasamprzód zważyć trzeba, że ilość Świętych Pańskich jest bardzo znaczna. Liczbę Męczenników, którzy ponieśli śmierć za Chrystusa i spoczywają w grobach rzymskich, podają na 6 milionów, a na całej kuli ziemskiej 17 milionów. Któż zliczy wszystkich sług Bożych, którzy w ciągu 19 wieków umarli w stanie łaski? Któż zliczy tych, którzy w ukryciu żyli w Chrystusie Panu, a których imiona są zapisane w księdze żywota? Ponieważ nie tylko godzi się, ale i należy oddać im cześć, a nie podobna dla każdego z Świętych wyznaczyć dzień osobny, Kościół święty mądrze nakazał czcić wszystkich razem w dniu na to przeznaczonym.

    Po drugie żaden katolik nie wątpi, że wstawienie się Świętych do Boga jest wielce skuteczne. Święci bowiem są naczyniami łaski Jego i mogą wiele uczynić w sprawie naszego zbawienia. Abyśmy przeto za ich przyczyną otrzymali, czego potrzebujemy do pozyskania szczęścia wiekuistego, Kościół ustanowił dzień osobny, w którym katolicy błagają wszystkich razem Świętych Pańskich o ich wstawiennictwo do Boga, w nadziei, że Bóg raczy wysłuchać prośby swych wybrańców.

    Po trzecie Kościół święty pragnie w dniu dzisiejszym zachęcić nas, abyśmy naśladowali życie Świętych Pańskich i starali się o te cnoty, które im usłały drogę do Nieba. O świątobliwość starać się musimy, bo nie dostąpi zbawienia, kto nie jest świątobliwy. Tym zaś wszystkim, którzy zapytają, jaką święci Pańscy doszli drogą do świątobliwości i zbawienia, niech służy za odpowiedź co następuje:

    1) Czuli oni w sercu serdeczne pragnienie dojścia do doskonałości. Tęsknota zaś owa i żądza naśladowania Chrystusa jest oznaką wybrańców. Święci Pańscy mieli wzrok utkwiony w tym, co jest dobrem wiekuistym i nie łudzili się nigdy zwodniczym powabem rzeczy znikomych i uciech światowych.

    2) To było również powodem, że Święci całym sercem gardzili światem i lekceważyli jego rozkosze, a nawet czuli do nich wstręt i obrzydzenie. A jakże świat nagradza zamiłowanie i pociąg do rzeczy znikomych? Troskami i utrapieniami, sporami i niezgodami, nędzą i rozczarowaniem, chorobą i śmiercią. Żaden też zwolennik uciech światowych nie czuł się zadowolonym i szczęśliwym, a śmierć takich ludzi jest zawsze gorzka i opłakana.

    3) Święci nie przestawali na samym tylko pragnieniu i pożądaniu zbawienia, ale zwalczali złe skłonności, opierali się nagabywaniom, nie dawali posłuchu pokusom. Trzymali oni zmysły na wodzy, poskramiali żądze, poddawali ciało umartwieniom i nie dowierzali sobie, poczuwając się do słabości. Trudna była ich walka, nieraz się chwiali, ale ostatecznie zwyciężyli, bo nie upadli na duchu. Wiedzieli, jakie jest znaczenie słów Jezusowych o obszernej i wygodnej drodze, i ciasnej a ciernistej ścieżce. Jak dzielny żołnierz otoczony nieprzyjaciółmi, tak i oni wiedzieli, że nie pozostaje im nic innego, jak tylko zwyciężyć albo zginąć, a chociaż czasem któryś z nich poślizgnął się i zbłądził, podźwignął się w końcu przez żal i pokorę, przez co błąd wyszedł mu na dobre.

    4) Skrupulatni i sumienni w drobnych rzeczach, pozyskali dar i łaskę wykonania większych i trudniejszych. Niejeden z tych, co czyta o ich umartwieniach, pokutach, postach i srogich cierpieniach, sądzi, że naśladowanie Świętych przechodziłoby jego siły. Zaczynając jednak od małego, dochodzi się wytrwałością do doskonałości i dokonania największych rzeczy. Ewangelista św. Łukasz mówi też w rozdziale 16, wierszu 10: „Kto wierny jest w najmniejszej rzeczy, i w większej wierny jest, a kto w małym niesprawiedliwy jest, i w większym niesprawiedliwy jest”.

    5) We wszystkim starali się naśladować Chrystusa Pana, biorąc sobie za wzór Jego pokorę, łagodność, zamiłowanie pokoju, miłosierdzie, czystość, cierpliwość, jaką okazywał przez cały przeciąg swego życia, aż do strasznej śmierci na krzyżu. Wiedzieli oni bowiem, że o własnych siłach nie staną się podobnymi Zbawicielowi i poczuwali się do słabości.

    6) Liczyli na pomoc Boską i szukali pokrzepienia w modłach, zasilali się sakramentami św., jakie Zbawiciel ustanowił na dobro i zbawienie ludzkości. Modły darzyły ich światłem i siłą rozpoznania dobrego, a ponieważ przystępowali do sakramentów św., sam Chrystus był ich sprzymierzeńcem i pomógł im do zwycięstwa nad wrogami.

    7) Wszyscy Święci mieli jak największe nabożeństwo do Przeczystej Dziewicy i Matki Zbawiciela. Czego nie uzyskali modlitwą, to wyrobiła im wstawieniem się do swego Synaczka Najświętsza Maryja Panna, słusznie nazwana „Królową Świętych”; bo nazywają Ją tak nie tylko dlatego, że wszystkich przewyższa świątobliwością, ale i dlatego, że wszyscy Święci wielbili Ją jako swą Orędowniczkę.

    Rozważcie kochani Czytelnicy te siedem punktów, zapiszcie je sobie w sercach, weźcie je za prawidło i wskazówkę życia, a Niebo was nie minie. Nie ma innego wyboru, jak tylko piekło lub Niebo; wybierajcie przeto.

    W końcu trzeba jeszcze nadmienić o tytułach, jakie Kościół święty nadaje tym sługom Bożym, którzy cnotliwym życiem zasłużyli sobie na cześć i naśladowanie. Są ich cztery rodzaje: Sługi Boże, Czcigodni, Błogosławieni i Święci.

    1) Sługą Bożym nazywa Kościół tego, który umarł w stanie świątobliwości.

    2) Czcigodnym jest chrześcijanin, którego świątobliwość stwierdzona jest wyrokiem Kościoła, czyli raczej którego proces kanonizacyjny już się rozpoczął.

    3) Błogosławionym zowiemy tego, którego świątobliwość uznana jest uroczystym wyrokiem najwyższej władzy kościelnej i na którego tymczasową cześć papież w pewnych krajach albo zgromadzeniach zakonnych zezwala, aż do ogłoszenia uroczystej kanonizacji.

    4) Świętym wreszcie nazywamy tego, któremu uroczyście i publicznie miano to przyznane zostało i którego publiczna i jawna cześć nakazana jest w obrębie całego Kościoła katolickiego.

    Modlitwa

    Wszechmogący i wieczny Boże, który nam dozwalasz zasługom Wszystkich Świętych Twoich cześć oddawać, prosimy pokornie, daj nam tym obfitszych łask dostąpić, im liczniejszych do miłosierdzia Twego wzywamy dziś pośredników. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 24 września Żywot świętego Gerarda, biskupa i Męczennika

    (Żył około roku Pańskiego 1046)

    Około roku 1003 szło kilku pielgrzymów przez Węgry do Ziemi świętej, nawiedzić Grób Pana Jezusa w Jerozolimie. Między pątnikami było dwóch włoskich benedyktynów, Gerard i Maurus. Zakonnicy ci spodobali się królowi węgierskiemu świętemu Stefanowi dla głębokiej nauki i pokory, prosił ich zatem, aby pozostali na Węgrzech i nauczali jego poddanych wiary św. Gerard, liczący wówczas lat 33, prosił króla, by mu dał czas do przygotowania się do misji, zanim nie skończą się zamieszki, które wtedy panowały na Węgrzech i nie nadejdzie pozwolenie od papieża, po czym zbudował sobie pustelnię, gdzie przez lat siedem oddawał się wraz z Maurem modlitwie i srogim umartwieniom. Gdy nastał pokój i nadeszło upoważnienie z Rzymu, król posłał po nich i nakłonił Gerarda do przyjęcia biskupstwa misyjnego Czanad, tj. do rozpoczęcia apostolstwa w tej części kraju i nawracania ludu do wiary Chrystusowej.

    Gerard cieszył się wielkim powodzeniem w jednaniu sobie serc i przychylności pogan. W ciągu kilku lat liczba ochrzczonych stała się tak wielką, że trzeba było pomyśleć o budowaniu kościołów i kaplic. W Czanadzie zbudował Gerard katedrę ze wspaniałym ołtarzem Matki Boskiej, przy którym co sobotę odprawiał uroczystą Mszę, a rano i wieczór odmawiał modlitwy. Miał Gerard osobliwą cześć dla Najświętszej Panny; kto go prosił w Imię Maryi, mógł być pewny wysłuchania. Od niego zaczął się u Węgrów zwyczaj nazywania Maryi „Pani nasza”. Bez wytchnienia objeżdżał diecezję, by się przekonać, jak duchowni wypełniają swe obowiązki i jak się odbywa nabożeństwo. O biednych i chorych dbał jak ojciec, a mimo nieustannych trudów nosił pod grubą wierzchnią szatą ostrą włosiennicę. Surowy dla nieposłusznych, dla pokutujących był łagodny i łaskawy.

    Święty Gerard

    Po śmierci świętego Stefana (1038) zaczął się smutny czas dla wiary na Węgrzech. Zaczęło się od walki o koronę. Ada, współzawodnik Piotra, następcy św. Stefana, wtargnął przed Wielkanocą do katedry czanadzkiej i zażądał, aby go Gerard ukoronował na króla. Gerard, wstąpiwszy na ambonę, oświadczył w ognistej przemowie: „Czas postu jest czasem przebaczenia dla grzeszników, czasem zasługi dla sprawiedliwych, ty zaś, Ado, splamiłeś się krwią i nie zasługujesz na łaskę Pana Boga. Jestem gotów każdej chwili ponieść śmierć za Zbawiciela, więc nie będę milczał. Wiedz nadto, że za trzy lata miecz odbierze ci wraz z życiem i władzę wziętą chytrością i przemocą!” Przerażony tą przepowiednią Ada nie śmiał ściągnąć ręki na biskupa. W trzy lata potem wydarł mu Piotr władzę i pozbawił go życia, ale i jego wkrótce wypędzili po raz drugi magnaci z powodu wiarołomstwa, a wybrali królem Andrzeja, krewnego św. Stefana, pod warunkiem, że zniesie prawa burzące pogaństwo, zakaże wyznawać Chrystusa, pozabija księży, zakonników i biskupów, i zburzy kościoły i ołtarze. Andrzej przystał na to.

    Na wieść o tym Gerard udał się wraz z trzema innymi biskupami do króla, aby go wezwać do porzucenia tych zbrodniczych zamiarów. Gdy przeprawiali się przez Dunaj, wyskoczył z ukrycia książę Vatha, jeden z najzacieklejszych pogan, na czele gromady zbrojnych, którzy powalili Gerarda na ziemię i zabili go dzidami. Tego samego dnia zamordowano dwu innych biskupów i wielu kapłanów. Nie daremnie jednak popłynęła krew Męczenników, gdyż przeważna część narodu ujęła się za chrześcijanami. Król zląkł się, gdy lud pochwycił za oręż dla obrony porządku ustanowionego przez św. Stefana, i uznawszy swą winę zwołał sejm i przywrócił zakaz wyznawania pogaństwa. Zwłoki świętego Gerarda złożono uroczyście w katedrze czanadzkiej, a później przewieziono je do Wenecji, jego miasta rodzinnego, gdzie spoczywają dotychczas w kościele Matki Boskiej. W roku 1083 zaliczono go wraz z królem Stefanem i jego synem Emerykiem do Świętych.

    Nauka moralna

    Święty Gerard postawił przed ołtarzem Matki Boskiej srebrny kocioł, z którego wznosiła się woń kadzideł ku Niebu. Zastanówmy się pokrótce, jakie może być znaczenie tego obrządku.

    1) Już w drugiej księdze Mojżesza czytamy o użyciu kadzidła w celu religijnym i liturgicznym. Pogańskie narody nie posiadają tak dawnych dokumentów, którymi by mogły udowodnić używanie kadzidła w nabożeństwie. Stąd wynika, że sam Bóg wydał takie rozporządzenie. On wybranemu narodowi objawił, jak ma zaprawiać i mieszać kadzidła, gdzie i kiedy je zapalać, On polecił, aby nikt nie używał ich dla siebie, gdyż „poświęcone są czci Boga”. Mędrcy wschodni przynieśli do Betlejem kadzidło w hołdzie Dzieciątku świętemu. Święty Jan porównywa modły Świętych do woni kadzideł. Sobór trydencki poleca kadzidło do tych obrzędów, które przyczyniają się do powiększenia majestatu Ofiary świętej i wzniesienia ducha wiernych ku Niebu. Święty Tomasz z Akwinu mówi, że kadzidło dla swej woni szczególnie nadaje się do obrzędów religijnych i wznieca cześć i uwielbienie świętych tajemnic wiary.

    2) Znaczenie kadzidła ujawnia się jeszcze więcej w jego spaleniu, wtedy bowiem używamy go na podniesienie czci i uwielbienia należnego majestatowi Boskiemu, i wyrażamy symbolicznie, że i nasze serce płonie i gorzeje tęskną miłością Boga. Dym, wznoszący się z kadzideł, jest obrazem naszych modłów, wzbijających się ku Niebu i błagających Najwyższego o łaskę i miłosierdzie dla nas grzesznych. Razem z kłębami dymu, wznoszącego się przed ołtarzem Matki Boskiej w Czanadzie, wznosiła się do stóp tronu Przedwiecznego prośba: „Nie gardź prośbami naszymi w utrapieniu naszym, chwalebna i błogosławiona Panno, Pani, Pośredniczko, Orędowniczko nasza, abyśmy się godnymi stali obietnic Chrystusowych, abyśmy mogli pokrzepić się Twych cnót, pokory, czystości i miłosierdzia swych bliźnich”.

    Modlitwa

    Święty Gerardzie, który teraz u stóp tronu Boskiego oglądasz i pozdrawiasz przeczystą Dziewicę, wybłagaj mi łaskę, aby Imię Jezusa i Maryi było ostatnim moim westchnieniem na łożu śmiertelnym. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 22 września Żywot świętego Maurycego i jego legionu, Męczenników

    (Umęczeni około roku Pańskiego 300)

    Gdy cesarz rzymski Dioklecjan wyprawił z wojskiem Maksymiana Herkuleusa do Francji dla uśmierzenia powstania, dał mu między innymi pułk czyli legię tzw. tebańską, liczącą przeszło sześć tysięcy mężnych żołnierzy, których dowódcą był Maurycy. Wszyscy ci żołnierze byli chrześcijanami. Przyciągnąwszy ze Wschodu do Rzymu, oświadczyli przed biskupem Marcelim, że wiary świętej nigdy, nawet w największym niebezpieczeństwie nie odstąpią.

    Maksymian, przeprawiwszy się przez wysokie i trudne góry Alpy, zatrzymał się, aby z całym wojskiem złożyć bogom ofiary na uproszenie zwycięstwa. Maurycy, dowiedziawszy się o tym postanowieniu, ruszył dalej, aby nie brać udziału w owych bałwochwalczych ofiarach, ale cesarz kazał mu natychmiast przyłączyć się do reszty wojska i wziąć udział w ofiarach wraz z innymi. Maurycy z przedniejszymi oficerami taką posłał do Maksymiana odpowiedź: „Cesarzu, jesteśmy chrześcijanami i nad wszystkich innych posłusznymi, ale do bałwochwalstwa nigdy. Chcemy dać cesarzowi co cesarskiego, a Bogu co Bożego”. Cesarz posłał żołnierzy, aby legię tebańską zdziesiątkowali za nieposłuszeństwo, to jest zabili co dziesiątego żołnierza. Żołnierze Maurycego nie tylko okazali się ochotnymi do męczeństwa, ale kwapili się nawet do tej śmierci, każdy bowiem życzył sobie, aby go liczba dziesięć nie minęła. Stanęli w porządku, a na którego padł los, z radością dawał szyję pod miecz. Posłańcy cesarscy, rozlawszy krew niewinną, kazali innym udać się na ofiarowanie nakazane przez cesarza, ale Maurycy i inni po raz drugi odpowiedzieli mu przez posłów. „Na obronę cesarstwa przyjechaliśmy, a nie na bałwochwalstwo. Oddajemy cesarzowi posłuszeństwo wszelakie, póki nam przeciw Bogu naszemu nic czynić nie każe. Rozlana krew towarzyszy jeszcze większe czyni nam serce, abyśmy ich męstwo dla Boga naśladowali. Chrześcijanie jesteśmy: tobie ciała, natomiast dusze Chrystusowi oddajemy”. Cesarz kazał ich po raz drugi dziesiątkować, lecz i ci bez wymówki i z ochotą szyje podali. Gdy pozostałym kazano jechać do ofiar, Maurycy i drugi dowódca Eksuperiusz przemówili do towarzyszów swoich: „Widzieliście, jak polegli bracia nasi, dając się sami na ofiarę Chrystusowi. Bałem się, aby jako żołnierze, mając zbrojne ręce, krzywdy swojej nie bronili; ale rozkazania Chrystusowego słuchając, woleli dla Pana swego mężnie umrzeć. Porzućmy tedy i my miecze, zapomnijmy męstwa naszego tam, gdzie inna jest do zwycięstwa duchownego droga. Naśladujmy Chrystusa, który nam lepsze zwycięstwo i zapłatę nagotował”. A do posłów rzekli: „Powiedzcie cesarzowi, że nigdy nie zaprzemy się Boga, który nas stworzył i odkupił. Moglibyśmy się bronić, gdybyśmy chcieli. Widzicie, że mamy w ręku miecze, a rozpacz i chęć zachowania życia dodają męstwa. Ale dla Boga naszego wolimy taką dla Chrystusa śmierć, niżeli zwycięstwo”. Po tych słowach wszyscy odrzucili oręż. Otoczyło ich wojsko i zaczęło ich zabijać, aż wszyscy polegli. Na miejscu, gdzie zginęli, Zygmunt, król Burgundii zbudował później wielki klasztor.

    Święty Maurycy

    Nauka moralna

    Postępowanie św. Maurycego i jego dzielnych legionistów względem Maksymiana, przeciw któremu mogli się byli bronić, a przynajmniej drogo sprzedać zagrożone życie, nasuwa nam mimo woli pytanie, jakie jest stanowisko władzy świeckiej i jak się względem tej władzy zachować powinniśmy.

    1) Władza świecka w kraju jest tym, czym ojciec w rodzinie, papież w Kościele, biskup w diecezji, tj. zastępcą Boga samego. Każda władza i zwierzchność na ziemi jest obrazem władzy i potęgi Boskiej, a nawet nie tylko obrazem, ale i dziełem jej, gdyż zwierzchność tylko może utrzymać ład i porządek, i takie też jest jej zadanie i obowiązek. Jak ciało ludzkie nie może się obyć bez głowy, tak społeczeństwo bez władzy. Jeśli w myśli Boga jest utrzymanie ładu społecznego, toć i z woli Jego jest władza. Słusznie przeto mówi św. Paweł: „Kto się sprzeciwia zwierzchności, sprzeciwia się postanowieniu Bożemu. A którzy się sprzeciwiają, ci potępienia sobie nabywają” (Rzym. 13,2). Sam Pan Jezus powiedział to, mówiąc do Piłata: „Nie miałbyś żadnej mocy przeciw Mnie, gdyby ci z góry nie dano” (Jan 19, 11). Skoro więc władza wobec poddanych zastępuje Boga, a tym samym powołana została do udziału w Jego prawach, to wynika z tego:

    2) że winniśmy posłuszeństwo władzy świeckiej. Opór i wszelki bunt przeciw niej jest zdrożnością. Uznaje to św. Piotr w swym pierwszym liście, stawiając cześć Boga obok czci powinnej władzy jako dwa obowiązki, z których jeden jest wypływem i uzupełnieniem drugiego. „Bójcie się Boga, czcijcie króla”. W zgodzie z nim uczy święty Paweł w liście do Rzymian, że poddany winien władzy to samo posłuszeństwo co Bogu. Legion tebański dobrze wiedział, że Maksymian, jakikolwiek zresztą był jego charakter, jest jego prawowitą władzą, dlatego też w świetle wiary widział w nim swego przez Boga ustanowionego zwierzchnika, oddawał mu cześć należną, okazując mu we wszystkim, co nie stało w jawnym przeciwieństwie z objawieniem Boskim, posłuszeństwo czynne; w tym zaś co temu objawieniu się sprzeciwiało, posłuszeństwo bierne. W żadnym wypadku nie wolno poddanym szemrać przeciwko władzy, lżyć jej, buntować się, silić się na gwałtowne jej obalenie. Bo jak ojciec nie przestaje być ojcem, chociaż niekiedy nadużyje swej władzy w stosunku do żony i dziatek, tak i władza nie przestaje być władzą z powodu nadużyć, jakich się dopuszcza, i należy jej oddawać cześć i szacunek jako instytucji Bożej. Krzywdę, jaką nam wyrządza, znosić trzeba cierpliwie w nadziei, że Bóg, który ją ustanowił, znajdzie drogi i sposoby zapobieżenia dalszemu uciskowi. Żadna klęska, żadne nieszczęście powstające z tyrańskiego nadużywania władzy nie może iść w porównanie ze złem wyradzającym się z zasady, która głosi, że wolno się buntować przeciw niesprawiedliwej zwierzchności. Gdybyśmy się mieli trzymać tej zasady, żadna zwierzchność nie czułaby się bezpieczną, a raczej nie mogłoby być wcale mowy o jakiejkolwiek zwierzchności.

    Modlitwa

    Spraw miłościwie wszechmogący Boże, aby nas uroczystość świętych Męczenników Maurycego i towarzyszy jego święcie rozweseliła, żebyśmy dostąpili skutecznego pośrednictwa u Ciebie tych, których pamiątkę przejścia do chwały Niebieskiej obchodzimy. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 21 września Żywot świętego Mateusza, apostoła i Ewangelisty

    (żył około roku Pańskiego 69)

    Nad uroczym jeziorem. Genezaret, w miejscu gdzie krzyżowały się wszystkie trakty i gdzie kupcy ładowali towary, leżało zamożne miasto Kafarnaum. Za czasów Chrystusa była Palestyna pod rządem rzymskim, który nakładał na żydów ogromne podatki i cła. Celnicy byli przedmiotem największej nienawiści żydów z powodu chciwości i ucisku, jakiego się dopuszczali. Takim celnikiem w Kafarnaum był Lewi, syn Alfeusza, który później z pokory i wdzięczności dla Zbawiciela nazwał się Mateuszem, to jest „darem Bożym”. W Kafarnaum przebywał Chrystus często czas dłuższy, miewał kazania w synagodze albo nad brzegiem jeziora i działał wiele cudów; stąd też nazywało się Kafarnaum „Jego miastem”.

    Pewnego dnia wyszedł Jezus nad jezioro, aby nauczać. Gdy wracając przechodził około domu celnika Mateusza, przystanął i wezwał go, aby z Nim poszedł. Mateusz powstał i usłuchał wezwania. Św. Hieronim mówi: „Blask wyższego dostojeństwa, promieniejący na obliczu Zbawiciela, wzruszył celnika i pociągnął go do Boga-Człowieka. Pokonawszy wstrzymujące go trudności, wyrzekł się nieprawych zysków i chęci zbogacenia się i został gorliwym zwolennikiem Chrystusa”. Inni Ojcowie Kościoła mówią: „Nie namyślał się Mateusz, nie ociągał i nie zwlekał. Nie mówił: „Wprzód muszę zamknąć rachunki, pościągać długi, uregulować interesy”, nie zastanawiał się nad tym, co ludzie o nim pomyślą i jak ten krok ocenią, lecz wstał, porzucił wszystko, nie dbając co stąd wyniknie, i poszedł za Chrystusem”. Jak zrazu on, tak żyje wielu z nas, troszcząc się tylko o zysk i korzyści. Obok nich przechodzi Pan Jezus i woła na nich sam, albo przez sługi swoje: „Chodźcie za Mną, jak Mateusz!” Jeśli nie posłuchają głosu, Pan ich pomija.

    Przejęty radością wyprawił Mateusz solenną ucztę pożegnalną dla przyjaciół i kolegów i zaprosił na nią Jezusa. Faryzeusze i uczeni, czuwający zazdrośnie nad każdym krokiem Jezusa, ganili Go, mówiąc: „Patrzcie, ten przestaje z grzesznikami i celnikami i jada z nimi!” Czynili nawet wyrzuty i uczniom Jezusowym: „Jakże może Mistrz wasz pić i jadać z celnikami?” Odpowiedział im Pan Jezus: „Zdrowi nie potrzebują lekarza, lecz chorzy. Idźcie i nauczcie się, co to znaczy: „Pragnę miłosierdzia dla bliźniego, nie ofiary; nie przyszedłem bowiem nawoływać sprawiedliwych, lecz grzeszników”. Stał się więc Mateusz gorliwym zwolennikiem Boskiego Mistrza i nieodstępnym towarzyszem na wszystkich drogach Jego.

    Po Wniebowstąpieniu i Zesłaniu Ducha św. działał Mateusz wraz z innymi apostołami lat kilka w Palestynie i cieszył się z nimi że może cierpieć dla Chrystusa. On pierwszy pisał o życiu i mękach Pana Jezusa w języku syrochaldejskim dla chrześcijan żydowskich i nadał dziełu swemu tytuł „Ewangelia”, tj. „wesoła nowina”.

    Święty Mateusz, apostoł i Ewangelista

    Gdy się apostołowie rozstali i rozeszli po świecie, Mateusz udał się do Arabii, gdzie wśród niesłychanych trudów, mozołów i prześladowań głosił naukę Chrystusa, wiodąc (jak mówi Klemens Aleksandryjski) życie pełne umartwień. W mieście Myrmene sponiewierano go okrutnie, oślepiono, zakuto w ciężkie kajdany i wrzucono do więzienia, aby w kilka dni potem zabić go na ofiarę bożyszczom pogańskim, ale Bóg przywrócił mu wzrok, wywiódł go z więzienia i skierował jego kroki do Etiopii, leżącej pomiędzy Egiptem a Abisynią. Tu musiał stoczyć walkę z dwoma czarownikami. Wyszedł z niej zwycięsko i znalazł posłuch u ludu. Przez skarbnika królowej Kandaki, ochrzczonego przez diakona Filipa, uzyskał dostęp do pałacu królewskiego w czasie żałoby po śmierci młodego następcy tronu Eufranana. Mateusz przywrócił mu życie, a nieposiadający się z radości król rozesłał po całym kraju gońców, aby wszystkim obwieścili: „Przybywajcie do stolicy i oglądajcie jednego Boga, który nam się pojawił w postaci ludzkiej”.

    Zbiegło się ogromne mnóstwo ludu, przynosząc rozmaite kadzidła, a Mateusz przemówił do nich: „Nie jestem Bogiem, ale sługą Jezusa Chrystusa, Syna Boga żywego, w Imię którego wskrzesiłem zmarłego syna króla waszego. Chrystus mnie przysłał abym wam wskazał drogę szczęścia wiekuistego”. Słowa te zostały dobrze przyjęte, wkrótce bowiem nawróciła się większa część narodu do chrześcijaństwa. Apostoł utwierdził nową wiarę, budując kościoły i mianując biskupów i kapłanów jako jej stróżów i głosicieli. Gorliwość nowonawróconych doszła do tego stopnia, że najstarsza córka monarchy Ifigenia ślubowała dozgonne dziewictwo, a z nią wiele panien wysokiego rodu, pragnących dojść do doskonałości chrześcijańskiej. Po śmierci króla zasiadł na tronie bratanek zmarłego Hyrtakus, a chcąc sobie zabezpieczyć berło, starał się o rękę królewny. Ifigenia dała mu odmowną odpowiedź, oświadczając, iż chce zakończyć życie w stanie panieńskim. Hyrtakus zażądał od Mateusza, aby jej wybił ten zamiar z głowy, a gdy apostoł nie chciał tego uczynić, nasłał na niego swych siepaczy z poleceniem, aby go zabili. Nie zastawszy go w domu, poszli żołdacy do kościoła i przebili go włócznią, gdy odprawiał ofiarę Mszy świętej.

    Ciało Świętego złożono w kościele, a w roku 930 przeniesiono do Salerno we Włoszech, gdzie go czczą jako patrona diecezji i miasta.

    Nauka moralna

    Chociaż Pan Jezus nauczał tylko ustnie i nie polecił apostołom spisywać swych kazań i nauk, mimo to czterech z nich, tj. Mateusz, Marek, Łukasz i Jan, pozostawiło nam „Ewangelie”, czyli księgi nieocenionej dla każdego chrześcijanina wartości.

    1) Ewangelie święte są świadectwem objawienia Boskiego. Sprawozdania te o osobie, nauce i dziełach Zbawiciela powstały „pod bezpośrednim wpływem Ducha świętego, jedynego i prawdziwego zwiastuna prawdy”, stanowią przeto Boskie świadectwo o życiu, cierpieniach i czynach Boga-Człowieka, i są żywym słowem nauki, zbudowania i przeświadczenia w najważniejszej i najpotrzebniejszej sprawie szczęścia wiekuistego. Pożywiajmy się przeto tym drogocennym i życiodajnym pokarmem.

    2) Ewangelie są oryginalnym i niewątpliwym świadectwem, jakie dali pierwsi apostołowie Chrystusa o swym Mistrzu i Panu; zawierają, one nauki uczniów, którzy widzieli Chrystusa, słuchali słów Jego i towarzyszyli Mu na każdym kroku. Z Ewangelii przekonać się możemy o zgodzie i harmonii nauki teraźniejszego Kościoła z głoszonymi przez Pana Jezusa prawdami.

    3) Ewangelie święte nie podają nam wiadomości o wszystkim, czego Pan Jezus nauczał i co zdziałał, ale z drugiej strony zawierają wiele drogocennych rzeczy, których podanie ustne nie mogłoby tak ściśle przechować aż do naszych czasów. Ewangelie stawiają nam przed oczyma tak wierny, jasny i prawdziwy obraz osoby, nauk i czynów Boskiego Zbawiciela, jaki tylko świadkowie naoczni za pomocą i przyczyną Ducha świętego nakreślić zdołali. Obraz taki ma niezawodnie nieocenioną wartość!

    Modlitwa

    Niech nas wspomagają, Panie, modły apostoła Twego i Ewangelisty Mateusza, a czego ułomność nasza utrzymać nie zdoła, niech za jego wstawieniem się dane nam będzie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 20 września. Żywot błogosławionego Władysława z Gielniowa, bernardyna

    (żył około roku Pańskiego 1440)

    Rozważając zasługi, jakie nasi święci i błogosławieni w swym życiu doczesnym położyli dla Kościoła i narodu polskiego, jedno z pierwszych miejsc przyznać musimy błogosławionemu Władysławowi z Gielniowa, wybitnemu krzewicielowi słowa Bożego i pieśni religijnej w języku ojczystym.

    Błogosławiony Władysław – ze chrztu świętego Jan – urodził się w roku 1440 w Gielniowie koło Opoczna, w pobożnym i dobrej sławy zażywającym domu mieszczańskim. O początkowych kolejach jego życia, wychowaniu i wykształceniu, a nawet o pierwszych latach życia w zakonie nie da się nic powiedzieć. Wiadomo tylko, że uczęszczał na uniwersytet krakowski. Do zakonu wstąpił w połowie roku 1462 w Warszawie. Po roku próby złożył uroczyste śluby zakonne, po czym przeniesiony został na studia teologiczne do klasztoru w Krakowie.

    Kierownikiem zakonnego studium teologicznego był podówczas Jan Vitreator, wzorowy zakonnik, mąż wielkiej nauki i znakomity kaznodzieja. Władysław, młodzieniec zdolny i żądny wiedzy a zarazem pobożny i cnotliwy, mając tak wytrawnego mistrza, bez trudu przyswajał sobie umiejętności Boże i pogłębiał swój umysł, a równocześnie szybko postępował po drodze doskonałości chrześcijańskiej. Gdy ukończył studia, dopełniła miary zasobów jego duszy łaska sakramentu kapłaństwa. Wkrótce potem zwierzchność zakonna powierzyła mu urząd kaznodziei i skierowała go z powrotem do klasztoru w Warszawie. Na tym stanowisku okrył się Władysław sławą najznakomitszego kaznodziei bernardyńskiego wieku XV, nie poprzestał jednak na tym i zaczął rozwijać żywą działalność w innej jeszcze dziedzinie – dziedzinie pieśni religijnej w języku ojczystym.

    Gorący czciciel Męki Pańskiej, uwielbił ją w pieśni „Żołtarz (psałterz) Jezusów czyli piętnaście rozmyślań o Bożym umęczeniu”, zaczynającej się od słów „Jezusa Judasz sprzedał za pieniądze nędzne”. Pieśń ta, jak widać z tytułu, liczyła pierwotnie piętnaście zwrotek, z których każda rozpoczynała się od słowa „Jezus”, ale w czasach późniejszych, w wieku XVI i XVII, rozszerzono ją do zwrotek dwudziestu siedmiu. Z początku śpiewano tę pieśń przed kazaniem lub po nim; później przy obchodzie stacji Męki Pańskiej, a w wieku XVI i XVII była ona już tak znana i powszechnie używana, że znajdujemy ją we wszystkich ówczesnych kantyczkach. Oprócz tej pieśni poświęcił Władysław Męce Pańskiej i Chrystusowi Panu kilka innych, jak „Pieśń trzecią o Męce Pańskiej”, „O ciało Boga żywego”, „O siedmiu słowach Chrystusa” i „O gniewie Pańskim”, a przeciw poganom – Tatarom i Turkom – ułożył i kazał śpiewać po klasztorach bernardyńskich antyfonę „Jezus Nazareński, król żydowski”.

    Wielki miłośnik krzyża Chrystusowego, był Władysław z Gielniowa – jak wszyscy synowie św. Franciszka serafickiego – również żarliwym czcicielem Najświętszej Maryi Panny, toteż i tej czci nie omieszkał wyrazić pieśnią. Spod jego pióra wyszło kilka śpiewów maryjnych i godzinki o św. Annie, matce Najświętszej Panny, a w zakonie bernardyńskim do dziś dnia żyje tradycja, że ułożył również pierwsze polskie godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Był to prawdopodobnie przekład oficjum czyli pacierzy kapłańskich o Niepokalanym Poczęciu, ułożonych z polecenia papieża Sykstusa IV w roku 1475, albo też przeróbka starego oficjum o Najświętszej Pannie, od dawna co dzień odmawianego po klasztorach bernardyńskich. Czy ta tradycja odpowiada prawdzie, nie podobna stwierdzić, bo godzinki Władysławowe, jeśli istniały, nigdy nie były drukowane, a gdy w sto lat później ksiądz Jakub Wujek, jezuita, dokonał nowego tłumaczenia tego pięknego nabożeństwa, poszły w zupełne zapomnienie.

    Oprócz tego błogosławiony Władysław napisał „Pieśń bernardyńską o należytym przestrzeganiu dziesięciorga przykazań Bożych”, a wreszcie ułożył prozą i wierszem żywoty błogosławionych Szymona z Lipnicy i Jana z Dukli, oraz hymny ku czci świętych Pańskich na cały rok, które były przedmiotem nauki w szkołach.

    Drugą zasługą błogosławionego Władysława o szerszym znaczeniu kościelnym, społecznym i narodowym było założenie w roku 1470 w Warszawie polskiego bractwa św. Anny. Aż do tego czasu nie było w Polsce bractw kościelnych o czysto polskim charakterze i szerszych celach. Większość tych stowarzyszeń odprawiała swe nabożeństwa po niemiecku, niektóre po łacinie, a cele miały albo wyłącznie dewocyjne, albo też z ćwiczeniami pobożnymi łączyły uczynki miłosierdzia. Były to stowarzyszenia bez wątpienia pożyteczne, nie miały jednak większego znaczenia społecznego, bo ani ich działalność dobroczynna, ani pobożne praktyki ich członków, mające na celu własne uświątobliwienie, nie mogły się poważniej przyczynić do naprawy ówczesnych smutnych stosunków religijnych i obyczajowych. Był to wprawdzie wiek, który dał Polsce cały szereg świętych, ale jak w całym ówczesnym świecie katolickim – choć w stopniu znacznie mniejszym – zła w Polsce nie brakowało, bo jak wszędzie indziej szerzyła się żądza używania, bezprawie, ucisk słabszych, lichwa i oszustwo, a zarazem coraz więcej ludzi zaczynało zrywać z Bogiem i szukać pomocy u sił nieczystych. Władysław okazał się człowiekiem szerszych horyzontów, nie poprzestał bowiem na sumiennym spełnianiu obowiązków duszpasterskich, lecz stanął do walki ze złem na rozleglejszej płaszczyźnie, szerząc nowe bractwo, którego celem obok chwały Bożej była praca nad moralnym odrodzeniem społeczeństwa.

    Ustawy dotyczące postępowania członków bractwa św. Anny w życiu codziennym były niezmiernie proste, wskazywały jednak wszystkie drogi wiodące do chrześcijańskiej doskonałości. Właściwe przepisy dotyczyły chwały Bożej oraz postępowania członków. Te były następujące: Członkowie mają unikać pijaństwa, zgorszenia i obmowy, tak jak się unika najszkodliwszej choroby. Nie wolno nikomu wyrządzać krzywdy ani słowem ani też uczynkiem. Trzeba się starać być użytecznym dla wszystkich, a to pociechą, radą, poparciem i datkiem. Należy godzić zwaśnionych. Mieć dobre zdanie o wszystkich. Unikać oszukaństwa, podejścia i wszelkiej niesprawiedliwości. Ze wszystkimi postępować szczerze i otwarcie. W szczęściu nie wynosić się i nie przypisywać sobie urojonych zasług. W nieszczęściu nie upadać na duchu, ale wzmacniać się przykładem Chrystusa Pana, Najświętszej Maryi Panny, św. Anny i wogóle tych świętych Pańskich, którzy ulegali Bogu w przeciwnościach doczesnych. W razie jakiegoś wykroczenia rzeczywiście popełnionego, członkowie powinni się nawzajem z miłością przestrzegać. Upominani powinni z wdzięcznością przyjmować przestrogi i nauki. Jeśli kto z członków usłyszy bluźnierstwo, nie powinien go pominąć milczeniem, lecz niech przeciw niemu wystąpi, z łagodnością, jaka przystoi katolikowi, jeśli zaś nie posiada potrzebnej do tego wiedzy, niech przynajmniej na znak protestu opuści towarzystwo, w którym bluźniono.

    Dalsze artykuły przepisów dotyczyły spraw organizacyjnych, a więc zarządu bractwa, wyboru starszych, składki rocznej, której wysokość każdy członek sam według swej możności oznaczał, sposobu użycia brackich pieniędzy, a wreszcie zebrań. W zakończeniu tych ustaw zalecał Władysław członkom bractwa odmawianie koronki do św. Anny, którą sam dla nich ułożył, i wzywał ich gorąco, aby się co dzień modlili za Kościół, króla i ojczyznę, i za nawrócenie błądzących.

    Dzięki takim ustawom bractwo św. Anny założone przez Władysława z Gielniowa miało znacznie szerszy zakres niż wszystkie dotąd istniejące, bo nie tylko podkreślało potrzebę starania się o chwałę Bożą, lecz także wnikało głęboko w potrzeby ducha ludzkiego i starało się go środkami na pozór zwykłymi odnowić, podźwignąć i utwierdzić w dobrym. Zarazem było pierwszym istotnie polskim bractwem na ziemiach naszych, gdyż żadne z dotychczasowych bractw nie posługiwało się w swych nabożeństwach językiem polskim.

    Dzięki staraniom Władysława bractwo św. Anny przyjęło się wkrótce przy wielu kościołach bernardyńskich, ale w okres właściwego rozkwitu weszło z chwilą, gdy w roku 1487 Władysław został obrany przełożonym polskiej wikarii bernardyńskiej, obejmującej wszystkie klasztory w Polsce, na Litwie i na Rusi. Mianowicie, chcąc ugruntować byt bractwa, przeprowadził Władysław na kapitule zakonnej uchwałę, że bractwo św. Anny ma być zaprowadzone w wszystkich kościołach bernardyńskich, tak istniejących, jak i tych, które w przyszłości powstaną; każde bractwo miało otrzymać własny kościółek pod wezwaniem św. Anny, a gdyby to było niemożliwe, to kaplicę w kościele zakonnym, a już co najmniej jeden z przedniejszych ołtarzy z tytułem i obrazem św. Anny. Dzięki tym postanowieniom bractwo św. Anny rozpowszechniło się na całym obszarze państwa polskiego, a po jakimś czasie stało się tak popularne, że nawet duchowieństwo świeckie zaczęło je wprowadzać do swych kościołów. Należeli do niego także ludzie z wyższych warstw społecznych, zwłaszcza z patrycjatu miejskiego i z duchowieństwa świeckiego.

    Błogosławiony Władysław z Gielniowa

    Jak wspomniano w roku 1487 wybrano Władysława przełożonym całego zakonu bernardyńskiego w Polsce. Pełnił ten urząd zgodnie z przepisami zakonnymi trzy lata, kładąc ogromne zasługi dla zakonu, po czym powrócił do klasztoru warszawskiego. Po sześciu latach spędzonych na pracy duszpasterskiej, modlitwie i rozmyślaniach, został ponownie powołany na stanowisko przełożonego polskich bernardynów. Spadło to na niego niespodzianie i nie sprawiło mu radości, bo jakkolwiek posiadał wszystkie zalety i przymioty, będące warunkiem pomyślnego pełnienia obowiązków przełożeńskich, nie rwał się do władzy. Niemniej z posłuszeństwa zakonnego przyjął ten nowy trud. Tym razem głównym przedmiotem jego trosk i zachodów była sprawa ożywienia pracy misyjnej na Litwie.

    Mimo, że od chrztu Litwy za Jadwigi i Jagiełły minął z górą wiek, i mimo gorliwych wysiłków misyjnych dominikanów i franciszkanów, a potem i bernardynów, ziemia ta była jeszcze bardzo słabo uchrześcijaniona i nader skąpo zaopatrzona w duchowieństwo i kościoły, a w niektórych okolicach, zwłaszcza w niedostępnych puszczach żmudzkich, znajdowało się jeszcze mnóstwo pogan. Ówczesny wielki książę litewski Aleksander, syn króla Kazimierza Jagiellończyka, postanowił położyć kres tym smutnym stosunkom i w tym celu zwrócił się do Władysława z Gielniowa z życzeniem, aby przysłał na Litwę znaczniejszą liczbę misjonarzy bernardyńskich, celem nawrócenia tych niedobitków pogaństwa i ostatecznego utrwalenia wiary chrześcijańskiej. Mieli oni pracować obok dominikanów, których równocześnie w tym samym celu sprowadził na Litwę biskup wileński Wojciech Tabor.

    Władysław zajął się tą sprawą bardzo gorliwie i w miejsce starych, znużonych wysiłkami lub chorobami braci wysłał młodych, pełnych sił i zdrowia, głównie do Połocka, leżącego już na krańcach dzierżaw litewskich, gdzie wielki książę Aleksander zaczął bernardynom budować klasztor pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny od Bram Niebieskich. Do końca budowy było wprawdzie jeszcze daleko, ale Władysław nie zważał na to i wysłał tam kilku braci z znakomitym kaznodzieją Leonem z Łańcuta na czele, gdyż Połock, podówczas główny ośrodek schizmatyckich, a po części pogańskich ziem białoruskich, stanowił niezmiernie ważne pole pracy misyjnej. Schizmatyccy Białorusini patrzyli na bernardynów z nienawiścią i dwukrotnie usiłowali im spalić klasztor, ale Leon z Łańcuta i jego towarzysze nie zważali na to i nie szczędzili trudów i ofiar, aby przełamać ich opór. Bóg pobłogosławił ich pracy, gdyż po jakimś czasie wielu błądzących zaczęło wracać do owczarni Kościoła powszechnego. Pomyślnie szła również praca misjonarzy bernardyńskich oraz dominikańskich na ziemiach rdzennie litewskich, bo dzięki ich wysiłkom nawróciło się na łono Kościoła katolickiego kilkanaście tysięcy pogan i błędnowierców. Przyznał to publicznie sam biskup wileński Tabor, zalecając podwładnemu sobie duchowieństwu świeckiemu, aby do pomocy w pracy nad ludem wzywało tylko bernardynów i dominikanów.

    Pomimo tylu zasług błogosławiony Władysław w swej głębokiej pokorze uważał się ciągle za jednego z najmniej użytecznych pracowników w winnicy Pańskiej i z tęsknotą wyglądał nowej kapituły, która go miała uwolnić od urzędu przełożonego. Stało się to w połowie roku 1499, ale zakon nie chciał się wyrzec jego usług i powierzył mu trudny i uciążliwy urząd gwardiana warszawskiego. Władysław pragnął spokoju, aby się niepodzielnie oddać chwale Bożej i przygotowaniu duszy na drogę do wieczności, mimo to jednak i teraz nie uchylił się od obowiązków, które nakładał na niego zakon, gdyż posłuszeństwo woli przełożonych uważał za jeden z najważniejszych obowiązków zakonnika i zawsze miał przed oczyma przykład Zbawiciela, posłusznego aż do śmierci krzyżowej.

    Niestrudzenie pracując, dokazał tego, że mu zawsze zostawało nieco chwili wolnych, które obracał na modlitwę i pisanie dzieł nabożnych; tutaj też napisał pełne gorącej miłości Bożej „Kazania na niedziele całego roku i na uroczystości”. Nie przestał również służyć bliźnim i jak dawniej; niestrudzenie słuchał spowiedzi i głosił słowo Boże. Sławiono go jako prawdziwego mistrza sumień i wybornego lekarza dusz, opowiadano sobie, że ktokolwiek powierzył się jego kierownictwu duchownemu, znajdował w nim najlepszego ojca i przewodnika, toteż u jego konfesjonału nigdy nie brakowało wiernych, szukających pomocy i łaski Bożej.

    Niemniej doniosły wpływ wywierały jego kazania. Łaska Boża, która go zawsze wspierała, ujmująca powierzchowność, łatwość wysłowienia, mocny i dźwięczny głos, a wreszcie głęboka wiedza i znajomość ludzkich dusz sprawiały, że wierni słuchali go chętnie i uważnie, z wielkim dla siebie pożytkiem. Prawdziwy kaznodzieja z Bożej: łaski, wszystkie kazania swoje zaczynał od słów „Jezus Nazareński król żydowski”, umiał jednak wyprowadzić z nich zawsze nowe, przepiękne nauki, które budziły świętą bojaźń w sercach słuchaczy i porywały ich ku Bogu.

    Źródłem tej głębokiej miłości bliźniego, dla której mimo podeszłego wieku nie porzucił konfesjonału i kazalnicy, była płomienna miłość Boga. Tajniki serc Świętych zakryte są przed naszymi oczyma, toteż i życie wewnętrzne błogosławionego Władysława w całej wspaniałości będziemy mogli poznać dopiero wtedy, gdy staniemy przed obliczem Boga. Tutaj mówią nam o nim tylko objawy jego cnót. Kroniki zakonne świadczą, że był wspaniałą pochodnią wiary, świętej nadziei i miłości Boga, będącej zarodkiem wszelkiej doskonałości, najwięcej jednak świadectw dotyczy jego głębokiej pokory i prawdziwego posłuszeństwa, które jest nie tylko najsilniejszym fundamentem doskonałości życia zakonnego, ale nawet w pewnej mierze niezbędnym warunkiem wiary. Gotowość do skorego posłuszeństwa zachował Władysław do ostatnich lat życia i w miarę jak się zbliżał do Boga czynił w nim coraz większe postępy. W roku 1504 ojcowie zebrani na kapitule w Krakowie, z uwagi na jego podeszły wiek i wielkie zasługi dla zakonu, postanowili go uwolnić od wszelkich obowiązków w kościele i w klasztorze. W tym celu wysłali do niego ojca Stanisława ze Słupi, aby go o tym zawiadomił i zapytał, w którym klasztorze chciałby zamieszkać i którego braciszka chciałby mieć do usługi. Władysław, usłyszawszy to, odrzekł ze zdumieniem i smutkiem: „Cóż wy mówicie, ojcze Stanisławie? Każecie mi żyć według własnego zdania i własnej woli? Czyż nie wiecie, że ślubowałem posłuszeństwo do śmierci? Powiedz ojcom, że każdemu ich rozkazowi chętnie się poddam i nie wymówię się od żadnej pracy, bo jeszcze dość sił czuję w sobie. A zresztą ty, ojcze, wiesz dobrze, że każdy człowiek wszystkiego może dokonać w Tym, który nas umacnia”. Ojcowie kapitulni zbudowali się wielce tą odpowiedzią i pozostawili Władysława na stanowisku gwardiana warszawskiego, a w dowód rzetelnego szacunku wybrali go definitorem czyli członkiem rady przybocznej przełożonego.

    W Wielki Piątek roku 1505 w warszawskim kościele bernardynów według dawnego zwyczaju zakonnego odbywało się o północy uroczyste nabożeństwo ku czci Męki Pańskiej. Z kazaniem, jak co roku, wyszedł błogosławiony Władysław. Płacz i westchnienia napełniły cały kościół, bo świątobliwy kaznodzieja, z twarzą wychudłą od postów i nocnego czuwania, miał w sobie coś nadludzkiego, a każde jego słowo, pełne najgorętszej miłości Chrystusa, drgało smutkiem i boleścią nad srogą męką Pana. Doszedł wreszcie do sceny biczowania Zbawiciela, tu jednak zabrakło mu już słów. Więc padł na kolana i utkwiwszy oczy zalane łzami w obrazie, wyobrażającym Chrystusa przywiązanego powrozami do słupa, począł powtarzać Jego imię. I wtedy stał się cud. Ujęty niewidzialnymi rękoma uniósł się Władysław w powietrze i pozostał tak jakiś czas w niemym zachwyceniu. Gdy po chwili, spłynął powoli na kazalnicę, był tak osłabiony że nie mógł ani słowa przemówić, odniesiono go zatem do lecznicy. Odtąd nie opuszczał już łoża. Dogasał powoli, modląc się i rozmyślając, aż wreszcie 4 maja roku 1505, zaopatrzony św. sakramentami, oddał swą piękną duszę Bogu.

    Zwłoki błogosławionego Władysława, stosownie do życzenia jakie wyjawił przed śmiercią, pochowano według zwyczaju w ziemi, pod posadzką chóru zakonnego. Wskutek licznych cudów, jakie się działy za jego przyczyną, papież Benedykt XIV ogłosił go Błogosławionym.

    Nauka moralna

    Jednym z najpotężniejszych środków do obudzenia w sercach naszych gorącej miłości Boga i prawdziwej pobożności jest rozpamiętywanie Męki Zbawiciela. Tam się uczymy, jak bardzo Bóg umiłował świat, jak wielkim złem jest grzech, który aby zmazać, potrzeba było męki i śmierci Boga-Człowieka. Tam także uczymy się, jak bardzo powinniśmy czuwać nad sobą, aby nie zmarnować tych skarbów łask, które nam Pan Jezus męką i śmiercią swoją wyjednał.

    Modlitwa

    Boże, któryś błogosławionego Władysława obdarzając wysoką doskonałością zakonną, jasnym świecznikiem w Kościele naszym uczynił, spraw miłościwie, abyśmy za jego przykładem we wszelkich cnotach wzrostu nabierali. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem wraz z Duchem świętym żyje i króluje w Niebie i na ziemi po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • Jeżeli, jeśli – przestroga dla wybranych

    Wysłany dnia: przez D.S.M. Komentarz

    Dzienniczek św Faustyny
    1732
    Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a – jeżeli – posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje.

    1 Krn 28, 6: I rzekł do mnie: „Salomon, syn twój, on to zbuduje mój dom i moje dziedzińce, albowiem wybrałem go sobie na syna, a Ja będę mu ojcem.
    1 Krn 28, 7: Królewską jego władzę utwierdzę na wieki, – jeśli – podobnie jak dzisiaj będzie trwał w pełnieniu moich poleceń i nakazów”.

    Pwt 17, 16: Tylko nie będzie on nabywał wielu koni i nie zaprowadzi ludu do Egiptu, aby mieć wiele koni. Powiedział bowiem wam Pan: Tą drogą nigdy wracać nie będziecie.
    Pwt 17, 17: Nie będzie miał zbyt wielu żon, aby nie odwróciło się jego serce. Nie będzie gromadził wielkiej ilości srebra i złota.
    Pwt 17, 18: Gdy zasiądzie na królewskim swym tronie, sporządzi sobie na zwoju odpis tego Prawa u tekstu kapłanów-lewitów.
    Pwt 17, 19: Będzie go miał przy sobie i będzie go czytał po wszystkie dni swego życia, aby się nauczył czcić Pana, Boga swego, strzegąc wszystkich słów tego Prawa i stosując jego postanowienia,
    Pwt 17, 20: by uniknąć wynoszenia się nad swych braci i zbaczania od przykazań na prawo czy też na lewo, aby długo królował on i synowie jego w Izraelu.

    1 Krl 10, 26: Salomon powiększył liczbę rydwanów oraz jezdnych tak, że miał tysiąc czterysta rydwanów i dwanaście tysięcy jezdnych. Rozmieścił ich w miastach rydwanów i przy królu w Jerozolimie.
    1 Krl 10, 27: Srebra zaś król złożył w Jerozolimie tyle, ile kamieni, a cedrów – ile sykomor na Szefeli.

    1 Krl 11, 1: Król Salomon pokochał też wiele kobiet obcej narodowości, a mianowicie: córkę faraona, Moabitki, Ammonitki, Edomitki, Sydonitki i Chetytki,
    1 Krl 11, 2: z narodów, co do których Pan nakazał Izraelitom: Nie łączcie się z nimi, i one niech nie łączą się z wami, bo na pewno zwrócą wasze serce ku swoim bogom. Jednak Salomon z miłości złączył się z nimi,
    1 Krl 11, 3: tak że miał siedemset żon-księżniczek i trzysta żon drugorzędnych. Jego żony uwiodły więc jego serce.

    1 Krl 11, 4: Kiedy Salomon zestarzał się, żony zwróciły jego serce ku bogom obcym i wskutek tego serce jego nie pozostało tak szczere wobec Pana, Boga jego, jak serce jego ojca, Dawida.
    1 Krl 11, 5: Zaczął bowiem czcić Asztartę, boginię Sydończyków, oraz Milkoma, ohydę Ammonitów.
    1 Krl 11, 6: Salomon dopuścił się więc tego, co jest złe w oczach Pana, i nie okazał pełnego posłuszeństwa Panu, jak Dawid, jego ojciec.
    1 Krl 11, 7: Salomon zbudował również posąg Kemoszowi, bożkowi moabskiemu, na górze na wschód od Jerozolimy, oraz Milkomowi, ohydzie Ammonitów.
    1 Krl 11, 8: Tak samo uczynił wszystkim swoim żonom obcej narodowości, palącym kadzidła i składającym ofiary swoim bogom.

    1 Krl 11, 9: Pan rozgniewał się więc na Salomona za to, że jego serce odwróciło się od Pana, Boga izraelskiego. Dwukrotnie mu się ukazał
    1 Krl 11, 10: i zabraniał mu czcić obcych bogów, ale on nie zachował tego, co Pan mu nakazał.

    1 Krl 11, 11: Wtedy Pan rzekł Salomonowi: Wobec tego, że tak postąpiłeś i nie zachowałeś mego przymierza oraz moich praw, które ci dałem, nieodwołalnie wyrwę ci królestwo i dam twojemu słudze.
    1 Krl 11, 12: Choć nie uczynię tego za twego życia ze względu na twego ojca, Dawida, to wyrwę je z ręki twojego syna.


  • Nadszedł czas, by szukać Jezusa i zaufać tylko Bogu Stwórcy, nie obłudnym sojuszom

    Wysłany dnia: przez D.S.M. Komentarz

    Oz 10, 1-3. 7-8.12 Nadszedł czas, by szukać Pana
    Izrael był jak dorodny krzew winny, przynoszący wiele owoców: lecz gdy owoc jego się mnożył, wzrastała liczba ołtarzy; im lepiej działo się w kraju, tym wspanialsze budowano stele. Ich serce jest obłudne, muszą pokutować! Pan ich ołtarze rozwali i stele powywraca. Powiedzą wtedy: «My nie mamy króla, bośmy się Pana nie bali, zresztą cóż nam król pomoże».
    Upadnie Samaria, a król jej jest niby piana na powierzchni wody. Zniszczone będą wyżyny Bet-Awen, grzech Izraela. Ciernie i osty wyrosną na ich ołtarzach. Wtedy powiedzą górom: «przykryjcie nas!», a wzgórzom: «padnijcie na nas!»
    Posiejcie sprawiedliwość, a zbierzecie miłość; karczujcie nowe ziemie! Nadszedł czas, by szukać Pana, aż przyjdzie, by sprawiedliwości was nauczyć.

    Ponieważ przekazuję teraz Pieczęć Mojej Miłości i Ochrony.
    Z nią zdołacie uciec uwadze tych, którzy spowodują trudności w waszych krajach.
    Moja Pieczęć jest Moją obietnicą Zbawienia. Moja moc wzrośnie w was dzięki tej pieczęci i żadna krzywda was nie spotka.
    Jest to cud, dzieci, i tylko ci, którzy oddają Mi pokłon, swojemu Panu i Stwórcy wszystkich rzeczy, jak małe dzieci z miłością w swoich sercach dla Mnie, zostaną pobłogosławieni tym Boskim Darem.
    Powstań teraz i przyjmij Moją Pieczęć, Pieczęć Boga Żywego.
    Odmawiajcie tę Krucjatę Modlitwy (33), aby uznać Moją Pieczęć i przyjąć ją z miłością, radością i wdzięcznością:

    O mój Boże, mój kochający Ojcze, przyjmuję z miłością i wdzięcznością Twoją Boską Pieczęć Ochrony.
    Twoja Boskość obejmuje moje ciało i duszę na wieczność.
    Chylę się w pokornym dziękczynieniu i ofiaruję Ci moją głęboką miłość i wierność, mój ukochany Ojcze.
    Błagam Cię, chroń mnie i moich bliskich tą szczególną Pieczęcią.
    Ślubuję moim życiem służyć Ci na wieki wieków.
    Kocham Cię, drogi Ojcze.
    Pocieszam Cię w tych czasach, drogi Ojcze.
    Ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego na przebłaganie za grzechy świata i dla zbawienia wszystkich Twoich dzieci.
    Amen.

    Idźcie, Moje dzieci, nie bójcie się. Zaufajcie mi, waszemu ukochanemu Ojcu, który z miłością stworzył każdego z was.
    Znam każdą duszę, każda wasza cząstka jest Mi znana. Żaden z was nie jest mniej kochany niż pozostali.
    Z tego powodu nie chcę stracić żadnej duszy. Ani jednej.
    Proszę, módlcie się nadal codziennie Moją Najświętszą Koronką do Miłosierdzia Bożego.
    Pewnego dnia zrozumiecie dlaczego to oczyszczenie jest potrzebne.
    Wasz kochający Ojciec w Niebie
    Bóg Najwyższy

    Rozważajmy tę modlitwę codziennie oczyszczając swoje intencje, by odwzajemnić Miłość do Boga i zaufanie Jezusowi, by nie wpaść w niewolę Egiptu. Kochajmy i dzielmy się Miłością, by zapobiec skutkom nienawiści.

    http://ostrzezenie.net/wordpress/2013/04/07/tylko-ci-z-pieczecia-Boga-zywego-unikna-tego-ludobojstwa-dusz/


  • Prorok Jeremiasz

    Prorok Jeremiasz przestrzegał swoich rodaków przed konsekwencjami wewnętrznego zepsucia i słabości.

    Gdyż Naród, który przeżywa kryzys jest łakomym kąskiem dla swoich potężnych sąsiadów. Aby się umocnić i przetrwać, należy dokonać bardzo głębokiej reformy wewnętrznej, odnowy duchowej.
    Wówczas część mieszkańców Izraela chciało trzymać się z Egipcjanami, a druga część z Babilonią. Czyli w tej trudnej sytuacji uważano, że jedynym wyjściem jest sprawa sojuszy politycznych, wystarczy zawrzeć dobry sojusz polityczny. I jeżeli on okaże się skuteczny, to wystarczy do zachowania tożsamości i do zachowania niepodległości, i do zachowania narodu w takim stanie, w jakim jest.

    Tymczasem Jeremiasz głosił, że ani Egipt, ani Babilonia, ani jeden sojusz polityczny, ani drugi sojusz polityczny — tylko głęboka wewnętrzna odnowa i przemiana, podjęta w duchu wierności przymierzu zawartemu z Bogiem.

    Dzisiaj Polska stawia nadzieję w Nato i sile USA przeciw Rosji, czyli jesteśmy w najbardziej niebezpiecznym miejscu między młotem, a kowadłem, zamiast trzymać się z Kowalem – Jezu ufam Tobie, nie sojuszom politycznym.

    Rodacy Jeremiasza nie usłuchali, Babilończycy przejechali po Izraelu siejąc śmierć, resztę wzięto do niewoli.

    Nikt nam nie pomoże, żaden sojusz, tarcza rakietowa tylko Bóg, Który JEST. Któż jak Bóg?
    Bronia Różaniec Święty.
    Prawem, Przykazania Boże.
    Siłą Miłość Boga i bliźniego.
    Króluj nam Chryste!

    Jr 35, 15: I posyłałem do was nieustannie wszystkich moich sług, proroków, z poleceniem: „Nawróćcie się każdy ze swego przewrotnego postępowania, poprawcie wasze uczynki, a nie chodźcie za innymi bóstwami, by im służyć, a wtedy będziecie mogli mieszkać w ziemi, jaką dałem wam i waszym przodkom”. Lecz nie nakłoniliście swego ucha ani nie usłuchaliście Mnie.

    Jr 46, 25: Pan Zastępów, Bóg Izraela, mówi: Oto ukarzę Amona w No, faraona, Egipt i jego bóstwa oraz jego królów, faraona i tych, co w nim pokładają ufność.

    Jr 2, 18: A teraz po co chodzisz do Egiptu, aby pić wodę z Nilu? Po co chodzisz do Asyrii, aby pić wodę z Rzeki?
    Jr 2, 19: Twoja niegodziwość cię karze, a twoje niewierności cię osądzają. Wiedz zatem i przekonaj się, jak przewrotne i pełne goryczy jest to, że opuściłaś Pana, Boga swego, a nie odczuwałaś lęku przede Mną – wyrocznia Pana Zastępów.

    Jr 7, 25: Od dnia, kiedy przodkowie wasi wyszli z ziemi egipskiej, do dnia dzisiejszego posyłałem do was wszystkich moich sług, proroków, każdego dnia, bezustannie,

    Jr 11, 7: Albowiem usilnie pouczałem waszych przodków od dnia, gdy wyprowadziłem ich z ziemi egipskiej aż do dnia dzisiejszego, bezustannie napominając: Słuchajcie głosu mojego!

    Jr 42, 18: To bowiem mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela: Tak jak się rozpętał mój gniew i oburzenie na mieszkańców Jerozolimy, tak się rozpęta mój gniew przeciw wam, którzy chcecie się udać do Egiptu. Staniecie się przedmiotem złorzeczenia, zgrozy, przekleństwa i obelgi, a miejsca tego już więcej nie ujrzycie.

    Jr 18, 13: Dlatego to mówi Pan: Zapytajcie się narodów, czy ktokolwiek słyszał coś podobnego? Zgoła ohydnie postąpiła Dziewica-Izrael.
    Jr 18, 15: A jednak mój naród zapomniał o Mnie, Nicości palą kadzidło. Sprawię, że potykać się będą na swych drogach, na dawnych ścieżkach; że będą chodzić po błędnych ścieżkach, po drodze niewytyczonej;

    W 1920 gdy Naród Polski odbudowywał się po niewoli, stawiliśmy skuteczny opór Bolszewikom z Bożą Pomocą – Cud nad Wisłą
    Przed II Wojna Światową podpisaliśmy pakt z Anglia i Francja, ale Niemcy nic sobie z tego nie zrobili i tak nas najechali, rozjechali, a sojusznicy zaniemówili.


  • 16 czerwca Żywot świętego Benona, biskupa

    (Żył około roku Pańskiego 1106)

    Było to w roku 1027. Obok umierającego starca klęczał nadobny młodzieniec i z rzewnym płaczem całował jego ręce. Konający podniósł z wysiłkiem rękę, położył ją na głowie młodzieńca i rzekł: „Synu mój, wiesz, jakom wiele złego od tylu lat kosztował. Ale do Boga nie możemy przyjść inaczej, jeno przez wiele utrapień. A jeżeli te utrapienia cierpią ci, którzy przykazania Pańskie chowają, co dziać się będzie z tymi, którzy żyją bez bojaźni Bożej jak nierozumne zwierzęta? Zapamiętaj to sobie i słuchaj słów moich: Unikaj świata, bo pełno na nim złości i chytrości. Miej zawsze Boga przed oczyma, Jemu jednemu służ, nie wdawaj się ze złymi, trzymaj się swego nauczyciela, czcij i kochaj go jak ojca”.

    Tak mówił konając święty biskup Bernard z Hildesheimu do bogobojnego młodzieńca Benona, który przybył wraz ze swym mistrzem, aby otrzymać ostatnie błogosławieństwo od Świętego. Słowa umierającego wziął sobie Benon głęboko do serca. Już pod kierownictwem swego bogobojnego mistrza zakosztował owoców życia cnotliwego, a teraz z miłości Zbawiciela postanowił opuścić wszystko, co świat kocha, i drogą ubóstwa i pokory zdążać do Nieba. Zamiar ten wyjawił swej bogobojnej matce Besuli, która mu dała błogosławieństwo, po czym wstąpił do klasztoru świętego Michała w Hildesheimie.

    Jak żył w bojaźni Pańskiej, jak wiernie Zbawiciela swego naśladował, dowodzi to, że bracia zakonni obrali go opatem, chociaż liczył dopiero 32 lata; wybór ten tak go atoli przeraził, że żadną miarą nie chciał go przyjąć, mówiąc, że woli być prostym mnichem. Mimo to musiał im ustąpić i dopiero po trzech miesiącach zdołał sobie uprosić, że innego, a jak on mówił, zdolniejszego obrano. Schronił się wtedy z powrotem z wielką radością do swej celi zakonnej, aby z dala od świata myśleć jedynie o zbawieniu swej duszy, aliści ku niemałemu swemu przerażeniu dowiedział się, że go obrano kapelanem cesarskiej kaplicy w Goslar. Na godność tę wybierano jedynie najgodniejszych i najuczeńszych mężów, bo zazwyczaj była ona wstępem do godności biskupiej. Benon wiedział o tym, toteż tylko z wielką trudnością dał się nakłonić do przyjęcia tej godności.

    Odziedziczywszy po ojcu, który był bogatym hrabią, znaczne dobra, większą ich część darował Kościołowi. To samo uczynił z wszystkimi dochodami swego urzędu. Jedynym bogactwem jego, którego pożądał, były dobre uczynki i coraz lepsze poznanie i ukochanie Pana Boga. Tym czasem święty Hannon, arcybiskup koloński, z którym zawarł najszczerszą przyjaźń, nie szczędził zachodów, by Benonowi oddano biskupstwo Miśni. Gdy to nastąpiło, święty Benon z płaczem przyjął tę wysoką godność, bo ta jest właściwość Świętych, że stronią od tego, za czym świat goni, a szukają tego, od czego świat ucieka. Świat szuka honorów, zaszczytów, bogactw i rozkoszy, Święci natomiast szukają upokorzenia, pogardy, ubóstwa, pokuty i umartwienia.

    Im niegodniejszym biskupiego urzędu czuł się Benon, tym większe Bóg przezeń zsyłał błogosławieństwa. W diecezji swojej przywrócił dawną karność kościelną, na kapłaństwo powoływał tylko godnych mężów, rok w rok wizytował diecezję, i wszystko co miał, rozdawał na ubogich, a sam żył ubogo jak apostoł. Z wielką gorącością ducha opowiadał słowo Boże, szedł nawet do ludów pogańskich w sąsiedztwie diecezji i wielkie mnóstwo nawrócił do wiary Chrystusowej.

    Mimo to nie był wolny od ciężkich doświadczeń i cierpień. Ówczesny cesarz Henryk IV dopuszczał się strasznych okrucieństw na ludzie saskim, skutkiem czego Sasi powstali przeciw niemu, chcąc zrzucić ciężkie jarzmo. W ten sposób i na biskupstwo Benonowe spadła pożoga wojny i wszelakie klęski, święty biskup nie mieszał się do tego, ale okrutny cesarz posądzał go o zmowę z buntującymi się Sasami i napadł na jego stolicę, kazał spustoszyć miasto i najbliższe okolice, a Benona uprowadzić do Czech. Odtąd zapanował nad krajem okrutny rozlewca krwi Burkhard. Niedługo później wybuchł słynny spór między cesarzem Henrykiem IV a papieżem Grzegorzem VII. Zaślepiony cesarz nie chciał posłuchać upomnień Ojca świętego i z nienawiści ku niemu posunął się tak daleko, że zwołał zebranie niegodnych, przez siebie ustanowionych biskupów, którzy złożyli papieża z urzędu. Na to zebranie wezwał cesarz także świętego Benona, ale ten nie tylko nie dał się użyć do walki przeciw papieżowi, lecz udał się do niego do Rzymu. Pomimo to w kilka lat później pozwolił mu cesarz wrócić na stolicę biskupią. Gdy św. Benon przybył do Miśni, duchowieństwo i lud z wielkim triumfem wprowadzili św. biskupa do kościoła, gdzie wstąpiwszy na ambonę, wygłosił kazanie tak gorące, że wszyscy słuchacze wzruszyli się do głębi duszy.

    Począł tedy znowu pilnie chodzić około zbawienia owieczek swoich, wielkie bowiem było spustoszenie pomiędzy wiernymi, a niektórzy wrócili nawet do bałwochwalstwa. Święty Benon, aczkolwiek już dobrze w latach podeszły, chodził od wsi do wsi, od miasta do miasta, nawołując do pokuty i nawrócenia się. Powaga jego oblicza i moc słowa poruszała wszystkie serca, całymi gromadami zbiegali się zatem na kazania, cierpliwie znosząc głód i pragnienie, byle tylko móc usłyszeć świętego męża. Pewnego razu w dzień nadzwyczaj gorący zebrało się wielkie mnóstwo pogan, a nie było nigdzie wody na ugaszenie pragnienia. Święty biskup, ufny w moc Boską, uderzył pastorałem w ziemię i zaraz wytrysło w tym miejscu źródło żywej wody. Po dziś dzień źródło to zowią „świętą studzienką”, a miejsce, gdzie się stał cud, „miejscem świętym”.

    Święty Benon

    Święty Benon

    W 96. roku życia, nie czując się już zdolnym do dźwigania brzemienia biskupiego urzędu, udał się święty Benon do Naumburga i tam w samotności zaczął się gotować na śmierć, której dzień wiedział z objawienia Boskiego. Dnia 16 czerwca roku Pańskiego 1106, otoczony duchownymi, którym dawał piękne upomnienia, umarł śmiercią sprawiedliwego. Pochowany został w tumie miśnieńskim. W roku 1270 podniesiono jego ciało z grobu i włożono do wspaniałej trumny. Papież Hadrian IV ogłosił go Świętym. Gdy w Saksonii poczęło się szerzyć kacerstwo luterskie, książę bawarski Albert V kazał relikwie świętego Benona przenieść do Bawarii i złożyć uroczyście w katedrze monachijskiej, gdzie po dziś dzień odbierają cześć od wiernych.

    Nauka moralna

    Pokora jest tą wielką cnotą, za pomocą której rozumem uznajesz, a siłą woli przyznajesz, czym jesteś istotnie. Żadna inna cnota nie jest ci tak koniecznie potrzebna jak cnota pokory, abyś poznał samego siebie i zdołał uznać, czym jesteś wobec Boga i bliźnich, albowiem tak tylko odkryć możesz prawdziwą drogę życia, którą ci postępować należy.

    Bez pokory nie zdołasz pojąć, czym są kardynalne cnoty: wiara, nadzieja i miłość. Święty Benon obok cnoty pokory miał jeszcze jedną cnotę, że uznawał jako jedyną prawowitą kościelną władzę namiestnika Chrystusowego, tj. papieża. Wolał się narazić na nieprzyjaźń i zemstę cesarza, aniżeli opuścić widzialną głowę Kościoła, wiedział bowiem dobrze, że tym sposobem idzie za wolą i wskazówkami Jezusa Chrystusa, który sam świętego Piotra na stolicy duchownej osadził, a papieży tym sposobem uznał za jego i swoich następców.

    Modlitwa

    Boże i Panie mój, niewidzialny Stróżu Kościoła świętego, spraw miłościwie, abyśmy wszystko wiernie uznawali, co dla dobra i zbawienia naszego przez Ciebie ustanowione zostało. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 3 czerwca Żywot świętej Klotyldy, królowej

    Wysłany dnia: przez D.S.M. Komentarz

    (Żyła około roku Pańskiego 545)

    Klotylda była córką króla burgundzkiego. Wuj jej, Gundobald, zaślepiony żądzą panowania, zamordował jej ojca, matkę i dwóch braci, starszą siostrę zamknął w klasztorze, a tylko ją samą zostawił przy sobie, ponieważ była jeszcze dzieckiem, a więc nie mogła mu zaszkodzić. Życie schodziło jej wśród udręczeń, w otoczeniu ariańskim, lecz Ojciec Niebieski pamiętał o niej i sprawił, że otrzymała wychowawczynię katolicką.

    Dusza Klotyldy jaśniała takim blaskiem cnót, a jej postać była tak piękna, że Klodoweusz I, król francuski zażądał jej ręki. Zamiast rozradować się, doznała smutku, albowiem dawno życzyła sobie być raczej zakonnicą ubogą w klasztorze, niż bogatą królową na tronie, a co gorsza Klodoweusz był jeszcze poganinem.

    Po gorącej modlitwie za natchnieniem Boskim zgodziła się oddać rękę Klodoweuszowi, pod tym wszakże warunkiem, że będzie jej wolno wyznawać religię katolicką. Zaślubiny odbyły się w roku 493.

    Usiłowaniem młodej królowej było zjednać króla i lud jego dla nauki i wiary Chrystusa i zapewnić im tym sposobem szczęśliwość wieczną. Przekonana o sile dobrego przykładu, kazała dla siebie urządzić kaplicę, zaprowadziła w niej nabożeństwo i spełniała sumiennie wszelkie obowiązki religijne, żyła bardzo przykładnie i skromnie, a dobrocią zjednała sobie powszechną cześć i miłość.

    Niestety, Klodoweusz nie chciał nic wiedzieć o zmianie religii, ponieważ był przywiązany do pogaństwa, a przy tym obawiał się gniewu swego ludu, niemniej jednak pozwolił na chrzest pierwszego syna. Niedługo potem Bóg, aby doświadczyć swej wiernej służebnicy, zabrał jej owo dziecię do chwały swojej. Klodoweusz widział w tym zemstę bogów pogańskich, robił przeto małżonce ostre wyrzuty, ale Klotylda powiedziała mu łagodnie: „Ja nie smucę się tak bardzo śmiercią naszego dziecka, jak ty. Dziękuję Bogu, że mnie uznał godną urodzenia syna, którego zaraz zabrał do chwały swojej”.

    Po pewnym czasie dał Bóg Klotyldzie drugiego syna, którego również ochrzczono. Gdy i to dziecię ciężko zachorowało, król rzekł: „I ten umrze tak samo jak pierwszy, skoro został ochrzczony”. Klotylda bardzo cierpiała, ale nie traciła ufności w Bogu. Pełna zapału i czci dla religii, jaką wyznawała, wzięła śmiertelnie chore dziecko, uklękła przed obrazem Chrystusa ukrzyżowanego i błagała Boga o zmiłowanie. Bóg wysłuchał tych błagań, albowiem dziecię nagle wyzdrowiało.

    Klodoweusz, pełen wdzięczności, sławił potęgę Boga chrześcijan i przyrzekł zostać chrześcijaninem, ale potem pod rozmaitymi pozorami zaczął zwlekać z dopełnieniem obietnicy.

    W jakiś czas później doszło do wojny między Frankami a Alemanami. Gdy Klodoweusz wyruszył w pole, Klotylda prosiła go, aby ufności nie pokładał w fałszywych bogach pogańskich, lecz w Bogu chrześcijańskim, który jest wszechmocny i może mu dać zwycięstwo. Wkrótce potem przyszło do walnej rozprawy między Frankami a Alemanami; walka była zacięta, a zwycięstwo przechylało się na stronę Alemanów. Wojsko Klodoweusza poczęło pierzchać, a on sam popadł w niebezpieczeństwo niewoli. W tej groźnej chwili przypomniał sobie słowa swojej małżonki, wzniósł przeto oczy i ręce ku niebu i błagał: „O Boże, w imieniu pobożnej Klotyldy błagam Cię, byś mi dopomógł. Jeśli wygram bitwę, zostanę chrześcijaninem, a wiarę w Ciebie w całym mym państwie rozszerzę!” Zaledwie to wymówił, bitwa wzięła całkiem inny obrót. Alemanowie, którzy do tej chwili mieli stanowczą przewagę, zaczęli się chwiać, a niebawem poszli w rozsypkę; zginął wtedy również ich król, wskutek czego wraz z całym krajem poddali się zwycięzcy.

    Święta Klotylda

    Święta Klotylda

    Klodoweusz dotrzymał słowa, wróciwszy bowiem z wojny, poprosił biskupa Remigiusza aby go pouczył i ugruntował w artykułach wiary Chrystusowej i aby mu udzielił chrztu świętego, co się też stało w mieście Reims w roku 496. Razem z królem przyjęło chrzest święty trzy tysiące najznakomitszych Franków.

    Wypadek ten wywołał wielką radość w całym chrześcijaństwie, najbardziej jednak cieszyła się Klotylda, gdyż tym sposobem spełniły się jej najgorętsze życzenia. Pełna wdzięczności ku Niebu nakłoniła małżonka aby wybudował kościół świętego Piotra i Pawła w Paryżu; kościół ten dziś jest pod opieką świętej Genowefy i w nim złożone są zwłoki św. Klotyldy i Klodoweusza. Za jej staraniem wybudował król także kilka klasztorów, papieżowi na znak czci posłał koronę szczerozłotą i odbył pielgrzymkę do grobu św. Marcina w Tours, Poza tym wraz z małżonką odwiedzał więźniów i nieszczęśliwych, którym wyświadczał wielkie dobrodziejstwa, mimo to jednak jego nawrócenie się nie było zupełne i szczere. Umarł w sile wieku męskiego, mając lat 45.

    Klotylda żyła odtąd w odosobnieniu, na modlitwie, postach i uczynkach miłosierdzia. W jakiś czas później zdjęła szaty królewskie i wiodła skromny żywot w lichym mieszkaniu w Tours.

    Bóg doświadczał jej duszę wielkimi cierpieniami ciała, spowodowanymi zmartwieniami i zgryzotami, jakie jej sprawiali trzej synowie, którzy bez ustanku wiedli z sobą spory o podział państwa. Na próżno starała się matka stłumić w nich wzajemną nienawiść; nic jej nie pozostawało, jak życie pokutnicze i modlitwa, którą chciała przebłagać Boga i prosić, aby synom dał upamiętanie. Umarła dnia 3 czerwca roku 545. Ciało jej, pochowane w Paryżu, doznaje wielkiej czci.

    Nauka moralna

    Kiedy Klotylda utraciła pierwsze dziecko, odezwała się do swego królewskiego małżonka następującymi słowy: „Nie smucę się śmiercią synka mego tak bardzo jak ty. Dziękuję Bogu, że mnie uznał godną urodzenia syna, którego zaraz zabrał do chwały swojej; wiem teraz, że jest pod opieką Boga”. Oby tak myśleli wszyscy ludzie, których Bóg dotknie podobnym nieszczęściem. Niestety, wielu oddaje się niezmiernemu smutkowi; bluźnią nawet wobec Boga, gdy im jedyne dziecko zabierze. Jest to wielki grzech, albowiem Pan Bóg wie, co czyni, a my nigdy nie powinniśmy ganić wyroków Boskich, nie wiemy bowiem, w jakim celu Bóg coś ustanowił.

    Chociażby Pan Bóg zadał sercu rodziców najcięższe zmartwienie, zabierając im może nawet ostatnie dziecko, niechaj zważą, jakie to życie nasze krótkie jest wobec wieczności. Bóg wie co czyni, a rodzice w tym smutku, zresztą naturalnym, żyć winni myślą, że ich dziecko jako anioł dobre zyskało schronienie, że oderwane od świata nie będzie już narażone na niebezpieczeństwa dalszego żywota, że używa wiecznej szczęśliwości niebieskiej i że los jego jest godny zazdrości a nie pożałowania – a w końcu, że rodzice mają u tronu Boskiego anioła, który za nimi zawsze wstawić się gotów, i że się z nimi kiedyś połączą, aby się nigdy nie rozłączyć. Jezus Chrystus mówi: „Zaniechajcie dziatek, a nie zabraniajcie im przychodzić do Mnie” (Mat. 19, 14).

    Modlitwa

    Udziel, o najdobrotliwszy Panie Boże, wszystkim rodzicom myśli i przekonań św. Klotyldy, aby pamiętni jedynie na wieczną szczęśliwość swych dzieci, Bogu dzięki składali i dobroć Jego ojcowską sławili, jeżeli zabrawszy je do siebie, tym sposobem przyczynia się do wiecznego ich uszczęśliwienia. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 7 maja Żywot świętej Domicylli, panny i Męczenniczki

    Wysłany dnia: przez D.S.M. Komentarz

    (Żyła około roku Pańskiego 98)

    Nereusz i Achilleusz, przez św. Piotra do wiary chrześcijańskiej przygotowani i ochrzczeni, byli braćmi i pozostawali w służbie u Flawii Domicylli, bliskiej krewnej cesarza Domicjana. Domicylla, będąc zaręczona z Aurelianem, jednym z najznakomitszych i najbogatszych młodzieńców rzymskich, myślała tylko o tym, jakby się przypodobać swemu oblubieńcowi, i całe godziny spędzała przed zwierciadłem. Nereusz i Achilleusz jako wierni służebnicy nie mogli znieść tego zbytku i marnowania czasu, więc pewnego dnia rzekli do niej: „Bodajbyś pani czas, pilność i pracę, którą tracisz na przystrojenie ciała, obracała raczej na przystrojenie swej duszy, a znalazłabyś sobie lepszego oblubieńca niż Aurelian”. Domicylla odrzekła: „Czy może być co lepszego nad to, gdy człowiek żyje w małżeństwie i dziatki wychowa, w których pamiątkę swoją i zacność domu swego na długie wieki zostawi? Trudna to rzecz i nie ludzka szczęściem doczesnym gardzić, nie użyć tego żywota i tak żyć, jak gdyby człowiek na ten świat wcale się nie urodził”. Rzekł jej na to Nereusz: „Ty patrzysz na doczesne i krótkie szczęście, a nie widzisz niebezpieczeństwa, które jest z nim związane. Po pierwsze stracisz dziewictwo, z którym się urodziłaś, i już cię nie panną zwać będą, ale niewiastą. Dotąd wolności utracić nie chciałaś i rodzicom nawet nie chciałaś podlegać, a odtąd w małżeństwie obcemu człowiekowi jako niewolnica się sprzedasz, który cię używać będzie jak kupionej i nie pozwoli z nikim się rozmówić, ani powinowatych twoich, ani sług, gdy zechce, do ciebie nie dopuści, i we wszystkim będziesz podejrzaną, choćbyś w prostocie swojej tylko słuchać i patrzeć chciała, bez żadnych złych czynów”.

    Na to odrzekła Domicylla: „Wiem wprawdzie, iż matka moja miała takiego męża, który jej nigdy nie wierzył i długo taką krzywdę cierpiała, ale ja lepszego męża mieć będę”.

    Rzekł jej tedy znów Achilleusz: „Oblubieńcy przed ślubem zwykle są ludzcy i skromni, ale potem są niepowściągliwi, gardzą żonami a udają się do służebnic, u których potem pani własna jest wzgardzona, a mąż ich broni i rychlej żonę poła je, a nawet wybije, niż one. Jeśli teraz jako panna przykrego słowa nawet od rodziców nie ścierpisz, to potem od męża nieraz i policzki cierpliwie będziesz musiała znosić. A ileż nędzy jest w małżeństwie, gdy mąż jest gniewliwy i podejrzliwy?”

    Gdy to mówił Achilleusz, zawołał Nereusz: „0 błogosławione dziewictwo, co tej nędzy nie zna, Bogu jest wdzięczne, aniołom miłe! Dziewictwo, które innych cnót jest matką, jest jak w raju niezwiędły nigdy wieniec cnót chrześcijańskich przed Bogiem, jest jak róża i lilia najwdzięczniejsza. Nie obawia się ludzkiego naigrawania dziewica, która od Boga w wielkiej wolności stworzona nie poddaje się mężowi, który by potem chował ją jak więźnia, odosobniał ją i kazał jej znosić wiele przykrości. Smucą się aniołowie, gdy panny pomiatają dziewictwem, a zamiast niego dostają skazę. I mówi anioł do panienki: „Powiedz, czemu ci się dziewictwo uprzykrzyło, iż je chcesz utracić i skazy nabyć? Z tobą się z matki narodziło, z tobą się wychowało, z tobą zostało poświęcone na chrzcie świętym. I tobie nie ubywać z takim Oblubieńcem jak Chrystus, ale przybywać dziewictwa będzie. Jakże wielkie są bogactwa i jak świetne ubiory i dary oblubienicy Chrystusowej, z której ust wychodzą nad miód słodsze wdzięczności cnót świętych! O szczęśliwe a święte dziewictwo, które tu na ziemi z grzesznikami mieszkając, wielkiej radości używasz! A cóż w Niebie między aniołami będzie, jakże oni cię miłować i sprzyjać ci będą! Tam zawsze jako oblubienica patrzeć będziesz na Oblubieńca swego najświętszego, nad wszelkie promienie jaśniejącego, i trwać wiecznie w rozkoszach niebieskich, z Nim bez końca wesela używać będziesz. Obierajże zatem Domicyllo albo tego wiecznego, nieskończone rozkosze obiecującego ci Oblubieńca, albo też tego śmiertelnego, który tych rozkoszy ziemskich prędko da ci zapomnieć”.

    Na to odrzekła mądra i bystra dziewica: „Czemużeście mnie dawniej tak nie uczyli? Gdybym to była wiedziała, nigdy by mnie Aurelian oblubienicą nie był nazwał! A teraz ten Pan Bóg, który mnie przez usta wasze do zachowania czystości panieńskiej pobudził, niechaj mi przez was i także wskaże drogę do jej zachowania”. Niedługo potem zaślubił ją papież Klemens w zakonie czystości Panu Jezusowi, i odtąd temu Oblubieńcowi Niebieskiemu wierną pozostała.

    Aurelian, jej ziemski oblubieniec, dużo jej za to sprawił cierpień w życiu doczesnym. Uprosił on u cesarza, że Domicyllę, bliską krewną swoją, postanowił wygnać na wyspę Poncja, jeżeli bogom ofiary nie złoży. Chciał ją tym wygnaniem i nędzą zwyciężyć i zmusić do uległości, ale Domicylla wolała iść na wygnanie, niźli serce swe oderwać od Jezusa, a pokłonić się bogom pogańskim.

    Wraz z nią udali się na to wygnanie Nereusz i Achilleusz, oraz Eutyches, Wiktorynus i Maro, których Aurelian usiłował namówić, aby Domicyllę nakłaniali do małżeństwa, a gdy tego uczynić nie chcieli, rozmaitymi mękami pozbawił ich życia. Eutychesa ubiczowano, Wiktoryna przez trzy dni trzymano w jednym z gorących siarczanych źródeł kotylijskich, morząc go równocześnie głodem, aż życie z mego uleciało, na Marona wreszcie włożono tak wielki kamień, że do podniesienia go trzeba było siedemdziesięciu ludzi, jemu jednak Bóg udzielił takiej mocy, że sam dźwignął ów kamień i zaniósł go o dwie mile na miejsce, gdzie się zwykle modlił. Wskutek tego cudu wielu pogan nawróciło się do Boga, a gdy potem Marona zabito, chrześcijanie w tym kamieniu grób mu wykuli i tam go pochowali.

    Nie wskórawszy nic przez ludzi Domicylli, chwycił się Aurelian innych sposobów. Pewnego razu rzekł do przyjaciół swych Sulpicjusza i Serwiliusza, młodzieńców znakomitego rodu: „Postaram się o przeniesienie Domicylli z wyspy poncjańskiej do Kampanii, do miasta Terracyny, gdzie przebywają wasze oblubienice, panny roztropne, a przyjaciółki Domicylli. Proszę was, niechże ją namówią, aby została moją małżonką. Przyjaciele zgodzili się, wskutek czego niedługo później przeniesiono Domicyllę do Terracyny. Pewnego dnia jedna z przyjaciółek zwróciła się do niej z pytaniem: „Czy my nie możemy służyć twojemu Bogu, choć chcemy iść za mąż?” „Możecie – odrzekła Domicylla – ja jednak chcę złożyć dziewictwo w ofierze Bogu. Wasi oblubieńcy są zacnymi ludźmi. Czyż zgodziłybyście się, zamiast im, oddać rękę ludziom mniej wartym?” „Nigdy!” – odpowiedziały. „I ja tak samo – odpowiedziała Domicylla – bo mam bardzo wielkiego Oblubieńca, Syna Bożego, który z Nieba zstąpiwszy, obiecał być Oblubieńcem wszystkim, które dla Niego dziewictwo chowają, i obiecał im dać żywot wieczny i Niebo po śmierci, a gdy to obiecał, a ludzie Mu nie uwierzyli, natenczas ślepych uzdrawiał, trędowatych oczyszczał i umarłych wskrzeszał, pokazując, że jest prawdziwym Synem Bożym – po czym wielu weń uwierzyło”.

    Jedna z nich, Teodora, odparła na to: „Mam brata niewidomego, Heroda, a Eufrozyna ma mamkę, której córka jest niema. Czy możesz ich uleczyć?” Domicylla, gdy oboje przyprowadzono, pomodliła się do Jezusa Chrystusa, i oto niewidomy Herod przejrzał, a niema dzieweczka przemówiła! Widząc to przyjaciółki, zawołały: „Prawdziwy Jest Bóg twój, Domicyllo, i wszystko jest prawdą, co z ust twoich wychodzi!” Następnie padły jej do nóg i prosiły, aby mogły być ochrzczone.

    Wiele potem innych chorób uleczyła jeszcze Domicylla i pozyskała Jezusowi wielką liczbę dusz, tak że dom, w którym mieszkała, stał się niejako kościołem. Gdy potem przybył Aurelian z owymi dwoma młodzieńcami, sądząc, iż cel jego dopięty i gody weselne będą się mogły odbyć, dowiedział się ku niemałemu swemu zdziwieniu, że się zawiódł. Towarzysze jego, słysząc od swych narzeczonych o cudach za przyczyną Domicylli zdziałanych, uwierzyli w Boga i zostali chrześcijanami. Sam tylko Aurelian trwał w swej zatwardziałości pogańskiej, kazał Domicyllę gwałtem porwać i zamknąć ją w swym pałacu, chcąc tym sposobem przemocą zmusić ją do małżeństwa. W tym celu urządził gody, ale drugiego dnia nagle padł trupem na ziemię. Wszyscy obecni przerażeni tym wypadkiem, uwierzyli w Jezusa Chrystusa.

    Brat Aureliana, Luksuriusz, chcąc się zemścić, uprosił sobie u cesarza Trajana, aby mu wolno było chrześcijan przymuszać do składania ofiary bogom i nasamprzód zabrał się do Sulpicjusza i Serwiliusza, żądając od nich złożenia ofiary bogom. Gdy tego uczynić nie chcieli, oddał ich w moc starosty Amiana, który kazał ich bez miłosierdzia pościnać. Następnie udał się Luksuriusz do Terracyny, gdzie przebywała Domicylla ze świeżo nawróconymi towarzyszkami Teodora i Eufrozyna, i takie same postawił im żądanie, a gdy o tym słyszeć nie chciały, kazał im pozabierać sprzęty i odzież, a wreszcie zamknąć w ciemnej komorze i podpalić dom, aby śmierć poniosły. Nazajutrz święty Cezariusz diakon znalazł je nieżywe, ale ciała ich nie zgorzały.

    Nauka moralna

    Jakże szczęśliwi bylibyście, gdybyście tyle czasu, ile trawicie na przyozdobienie ciała, użyli na przyozdobienie dusz waszych? Czyż pomiędzy płcią niewieścią nie ma licznych osób, które zasługują na powyższe napomnienie? Na przyozdobienie ciała nie skąpią one najkosztowniejszych wydatków; niczym dla nich czas i praca, byle by tylko przypodobać się mogły; wszelkie wymagania mody znają one lepiej niż potrzeby duszy, a myśli ich skierowane jedynie ku temu celowi światowemu, zaprzątnięte są wyłącznie błyskotkami i wynajdywaniem sposobów, jakby coraz nowymi się obwieszać. O ciemnoto i lekkomyślności ludzka! Z podeszłym wiekiem wszystko przemija, i pozostają ludzie jak drzewa w zimie, wyciągające ku Niebiosom czarne, suche, z liści opadłe konary i gałęzie. Przeto zawczasu kochajmy więcej duszę niż ciało, by nas śmierć nie zaskoczyła nieprzygotowanych na drogę wieczności.

    Modlitwa

    Boże, wypleń z nas łaską swoją świętą wszelkie uczucia pychy, lekkomyślności i zbytku w staraniu o ciało, abyśmy troskliwi tylko o duszę, czystym sercem służyć Ci mogli. Przez Pana naszego. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.