• Archiwum kategorii Doskonały przykład
  • 20 grudnia Żywot św. Wiktorii i Anatolii, dziewic i Męczenniczek

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Żyły około roku Pańskiego 253)

    Święta Wiktoria, której imię w łacińskim języku znaczy „Zwycięstwo” i która słusznie je nosiła, gdyż poniósłszy śmierć za wiarę, odniosła świetny triumf nad nieprzyjaciółmi Chrystusa, była rodem z Tivoli, jednego z najdawniejszych miast włoskich, położonego w pobliżu Rzymu. Przyszła na świat w początkach trzeciego wieku, z rodziców znamienitych rodem i majątkiem, a jeszcze bardziej cnotami chrześcijańskimi. Gdy Wiktoria dorosła, postanowili wydać ją za mąż, za jednego z najznakomitszych panów rzymskich, Eugeniusza, młodzieńca szlachetnego, ale poganina. Wiktoria zrazu, bardzo się zdziwiła, że rodzice przeznaczają jej na małżonka człowieka wychowanego i żyjącego w bałwochwalstwie, ale ci przekonani byli, że go łatwo nawróci i będzie z nim najszczęśliwsza. Wiktoria uległa woli rodziców, tym bardziej, że Eugeniusz bardzo się jej podobał i sama żywiła nadzieję, że duszę jego pozyska Chrystusowi.

    Kiedy Wiktoria była już zaręczona z Eugeniuszem, jeden z panów rzymskich, imieniem Tytus Aureliusz, także poganin, zaczął się starać o rękę jej przyjaciółki Anatolii. Rodzice Anatolii byli mu bardzo przychylni, ona jednak ani słyszeć o zamęściu nie chciała, i złożyła ślub dozgonnej czystości. Widząc, że sam nie zdoła złamać jej stanowczego oporu, udał się Tytus do Wiktorii i prosił ją o wstawiennictwo. Wiktoria chętnie się tego podjęła, a nawet zapewniła go, że skłoni Aurelię do zawarcia z nim ślubów małżeńskich, i poczym poszła do niej i po serdecznym przywitaniu wręcz przystąpiła do rzeczy, mówiąc: „Wiesz o tym, moja droga, że równie jak ty, mam szczęście być chrześcijanką, że więc nie mogę dawać ci rady, które by były przeciwne dobru twojej duszy. Dowiedziałam się, że opierasz się woli rodziców, którzy chcą cię wydać za Tytusa Aureliusza. Dlaczegoż nie miałabyś ich usłuchać, tak jak ja uczyniłam, przyrzekając rękę Eugeniuszowi? Powinnaś być przekonaną, że sam Pan Bóg objawia ci swą wolę przez rozkaz tych, którzy nam Jego na ziemi zastępują. Niedobrze czynisz, sprzeciwiając się w tym ojcu i matce. Pan Bóg przecież nie potępia małżeństwa i ty i ja możemy się w tym stanie uświątobliwić, i nawet sądzę, że Pan Bóg powołuje nas do tego związku na większą chwałę swoją. Wprawdzie Eugeniusz i Tytus Aureliusz są poganami, lecz czyż nie dlatego właśnie przeznaczyła ich Opatrzność Boska nam za małżonków, abyśmy ich przywiodły do prawdziwej wiary? Obaj są szlachetnego usposobienia i mają tyle rozumu, że nietrudno nam będzie przekonać ich o wyższości naszej religii nad pogańską. Pomyśl, jak wielkiej doznamy pociechy, gdy tak piękne dusze pozyskamy naszemu Bogu! Co do mnie, wierz mi, że dlatego głównie zgodziłam się na poślubienie Eugeniusza, że mam nadzieję uczynić z niego doskonałego chrześcijanina. Zrób i ty podobną intencję, wychodząc za Tytusa, a wyrwiemy szatanowi te dwie tak zacne i znakomite dusze!” – Anatolia wysłuchała spokojnie przemowy swojej przyjaciółki, a gdy skończyła, tak się do niej odezwała: „Moja droga Wiktorio, bądź pewna, że i ty i ja możemy nierównie świetniejsze zawrzeć związki, niż te, które byśmy zawarły z tymi dwoma młodzieńcami. Przyznaję wraz z tobą, że stan małżeński jest świętym stanem, lecz zgodzisz się przecież ze mną, że doskonalszy jest stan świętego dziewictwa. Dusze, które trwają w tej cnocie za łaska Bożą, stanowią w Niebie nieodstępny orszak Baranka Bożego, za którym, jak nas uczy Pismo Boże, ślad w ślad postępują, jako Jego wybrane oblubienice. Pan Bóg nie potępia małżeństwa, to prawda, lecz nierównie więcej chwali dziewictwo, Eugeniusz chce cię pojąć za małżonkę, lecz wierz mi, bo ja cię znam dobrze, że Pan Jezus gorąco pragnie, abyś się stała Jego oblubienicą. Wybieraj więc i zastanów się, komu masz dać pierwszeństwo. Co do mnie, nie waham się wcale: nikt inny prócz Jezusa nie będzie moim oblubieńcem. Ponieważ mówimy otwarcie, a nigdy nic przed tobą nie ukrywałam, więc i teraz zwierzę ci się ze wszystkiego. Gdy się dowiedziałam, że Tytus Aureliusz prosił rodziców o moją rękę, nierada temu pobiegłam do mojej kapliczki i tam długo się modliłam. Pan Bóg natchnął mnie, abym zrobiła ślub dozgonnej czystości. Tegoż dnia, aby Panu Bogu podziękować za tę łaskę, sprzedałam wszystkie moje kosztowności i klejnoty, po czym rozdałam pieniądze ubogim. Nocy następnej miałam widzenie. Stanął przede mną przecudnej postaci młodzieniec, światłością niebieska jaśniejący; na głowie miał złota koronę, a odziany był w szatę purpurową. Po chwili rzekł do mnie: „Gdyby ludzie znali wartość i piękność dziewictwa, gdyby pojąć mogli, jakie ta cnota niebieska zjednywa nagrody, każdy oddałby wszystko co posiada, aby nabyć tę najdroższa perłę, a wszystko za nią poświęciwszy, widziałby, że prawie za nic ją otrzymał’. Wzruszona tym widzeniem i tymi słowy, padłam na kolana i ze łzami prosiłam Pana Jezusa, aby jeśli to On stoi przede mną, raczył mnie jeszcze pouczyć. Wtedy tak znowu do mnie przemówił: „Dziewictwo jest jakby królewską purpurą, wynoszącą tych, którzy są w nią przyodziani, i umieszczającą ich obok tronu Baranka w Niebie. Dziewictwo jest najkosztowniejszym klejnotem, niemającym ceny; jest to skarb nad skarbami, którym Pan Bóg obdarza największych swoich ulubieńców. Zły duch przeto, odwieczny złodziej, dokłada wszelkich starań, aby wydrzeć ten skarb temu, kto go posiada. Pan Bóg uprzywilejował cię w sposób szczególny, obdarzając cię tą cnotą, dochowaj jej więc jak najstaranniej. Jest to kwiat najmilszy oczom Boskim, ale może zwiędnąć za lada silniejszym powiewem wiatru; strzeż go więc pilnie od wszelkiej szkody, tym bardziej, że go posiadasz w wysokim stopniu”.

    Wiktoria słuchała tego z wytężoną uwagą i widać było, że słowa te trafiały jej do serca, a potem i szczególna łaska Boska w nie wstąpiła. Gdy Aurelia skończyła, Wiktoria rzuciła się jej na szyję i dziękując jej w najżywszych wyrazach, że jej otwarła oczy, rzekła: „Nie ty jedna, droga Anatolio, będziesz uczestniczką nagród tej świętej cnoty, której wartość tak dokładnie mi wykazałaś. Nie wątpię, że Pan Jezus chce, abym i ja była Jego oblubienicą, toteż i ja robię ślub zachowania czystości. Poznaję teraz dobrze, że łudząc się nadzieją nawrócenia Eugeniusza, uległam szatańskiej pokusie, gdyż przecież wiemy to, iż wiele kobiet wychodzi za pogan, a nie tylko ich nie nawracają, ale często własną duszę narażają na zgubę wieczną. Droga przyjaciółko, niech to jeszcze ściślej połączy nasze serca i módlmy się nawzajem jedna za drugą, abyśmy się nie sprzeniewierzyły Boskiemu naszemu Oblubieńcowi, choćby nam za to przyszło życie położyć!” Wróciwszy do domu, za przykładem Anatolii tegoż jeszcze dnia sprzedała wszystkie swoje bogate stroje, perły, kosztowne pierścienie i inne ozdoby, a pieniądze za to otrzymane rozdała ubogim.

    Eugeniusz i Tytus Aureliusz wnet się dowiedzieli o postanowieniu świątobliwych dziewic, nie mogąc tego jednak pojąć, podwoili starania, aby ich śluby małżeńskie z Wiktorią i Anatolią przyśpieszone zostały, a gdy dziewice okazały się przeciwne temu, udali się do cesarza. Zrazu nie odważyli się oskarżyć je jako chrześcijanki, tylko uzyskali od cesarza Decjusza upoważnienie, aby mogli użyć wszelkich możliwych środków, by je zmusić do zamęścia.

    Anatolią zawieziona została do dóbr Aurelego koło Ankony. Tam długie i ciężkie znosiła męczarnie, wsławiła się wielu cudami, pod których wpływem nawróciła się wielka liczba pogan, aż wreszcie oskarżono ją przed cesarzem jako chrześcijankę. Cesarz rozkazał wielkorządcy Faustynowi, aby ją zmusił do oddania czci bożkom, a gdyby tego nie uczyniła, żeby ją ukarał śmiercią. Tak się też stało. Św. Anatolią umarła pod mieczem dnia 9 czerwca roku Pańskiego 253, w którym to dniu Kościół obchodzi jej pamiątkę. Wkrótce później także święta Wiktoria dostąpiła tego szczęścia. Zamknięta w wiejskim zamku Eugeniusza w okolicach Rzymu doznawała tam najrozmaitszych cierpień i mąk, nic jednak jej stałości zachwiać nie zdołało. Gdy Eugeniusz przekonał się, że żadnymi środkami nie potrafi jej zmusić aby została jego żoną, w chwili wielkiego uniesienia i on także oskarżył ją u władz pogańskich jako chrześcijankę. Sędzia dał jej do wyboru albo śmierć ponieść, albo wyrzec się Chrystusa. Święta odrzekła, że jest gotowa na śmierć, którą też jej wnet zadali. Ugodzona przez kata w samo serce, pozyskała koronę niebieską. Męczeństwo jej nastąpiło tegoż samego roku co i jej przyjaciółki świętej Anatolii, to jest w roku 253, dnia 23 grudnia.

    Nauka moralna

    Święta Wiktoria mówiła, iż wiele dziewic, wychodząc za pogan ze złudną nadzieją nawrócenia ich, nie tylko swoich małżonków nie nawracało, ale i własną duszę na wielkie narażały niebezpieczeństwo. Słusznie i mądrze przeto postąpiły obie dziewice, że zaniechały zawarcia takiego związku małżeńskiego, a tym samym zachowały świetną cnotę czystości. Pan Bóg bowiem duszom czystym okazuje szczególniejszą przyjaźń i czyni je powiernicami tajemnic swoich. Wielkimi łaskami obdarzył np. Pan Jezus św. Piotra dla jego gorliwości, lecz tylko Janowi, który czystość swą zachował aż do śmierci, pozwolił spocząć na swoim łonie i sercu. Mają przywileje inni Święci Pańscy, ale nikt za Barankiem wszędzie chodzić nie może, tylko same panny, którym jako swoim oblubienicom powierza tajemnice Królestwa niebieskiego. Czystość jest to skarb drogi, dla którego czyste dziewice św. Wiktoria i Anatolia nie lękały się przelać krew męczeńską, wiedziały bowiem, że utrata jego jest niepowetowana. Utraciwszy łaskę Bożą, można ją odzyskać, lecz utracone panieństwo już nie powróci. Czemuż zatem, wiedząc o tym, nieoceniony ten skarb – czystość – wystawiamy na niebezpieczeństwo?!

    Modlitwa

    Boże, któryś świętą Wiktorię i Anatolię zarazem cnotą dziewictwa i koroną męczeńską za wiarę przyozdobić raczył, spraw pokornie przez ich zasługi, prosimy, abyśmy w czystości duszy i niezachwianej wierze wytrwale Ci służąc, wraz z nimi chwalili Cię na wieki w Niebie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 19 grudnia Żywot świętego Tymoteusza i Maury, Męczenników

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (żyli około roku Pańskiego 304)

    Święty Tymoteusz przyszedł na świat w Perapie, niewielkim miasteczku w Tebaidzie. Biskup miejscowy, widząc w min od lat najmłodszych wzorową pobożność, skłonił go do przyjęcia niższych święceń. Ponieważ według praw Kościoła, ci którzy mają tylko niższe święcenia, mogą się żenić, więc Tymoteusz pojął w małżeństwo młodą chrześcijankę imieniem Maura, zacną dziewicę, lecz ozięble służącą Panu Bogu.

    W trzy tygodnie po ich ślubie wszczęło się w Tebaidzie prześladowanie wiernych. Przybyły do Perapy wielkorządca cesarski Arian kazał wyszukiwać wyznawców Chrystusowych i jako jeden z pierwszych został uwięziony Tymoteusz. Wielkorządca, wezwawszy go przed siebie, spytał jakiego jest wyznania i z jakiego pochodzi stanu. „Jestem chrześcijaninem – odpowiedział Tymoteusz – i pełnię przy kościele tutejszym urząd lektora, który mi wyznacza czytanie ksiąg świętych przed ludem”. – „Czy znasz – zapytał znowu Arian – wyroki cesarskie, wymierzające kary na tych, którzy nie oddają czci naszym bożkom?” – „Znam je – odpowiedział Święty – i wiem, że kto by tego uczynić nie chciał, ulegnie śmierci i ciężkim mękom, ale gotów jestem na wszystko, byle Boga mojego nie odstąpić”. – „A czy widzisz – zawołał wielkorządca – narzędzia męczeńskie, które się tu znajdują? Gdy cię wezmą na tortury, zapewne przestaniesz tak zuchwale odpowiadać!” – „Widzę te barbarzyńskie narzędzia — odpowiedział Tymoteusz – ale czy ty widzisz aniołów Boga wszechmogącego, którzy mnie otaczają, aby mi wśród męczarni dodać męstwa?” Za tę odpowiedź kazał mu tyran włożyć w uszy żelazne, do czerwoności rozpalone pręty, wskutek czego oczy zaszły mu krwią i zaniewidział, ale mimo strasznego bólu głośno dziękował Bogu za łaskę męczeństwa i odmawiał psalmy. Wielkorządca kazał go teraz powiesić za nogi, z kamieniem u szyi i z kneblem w ustach, aby nie mógł mówić, a gdy i przez tak barbarzyńską katuszę nie wymógł na nim oddania czci bożkom, posłał po jego żonę, przekonany, że za jej pośrednictwem łatwiej go do tego przywiedzie. Maura, która była słabej jeszcze wiary, a namiętnie kochała męża, usłuchała namowy wielkorządcy i udawszy się do więzienia, rzuciła się Tymoteuszowi do nóg, prosząc go i zaklinając na miłość, jaką miał dla niej, aby dla uratowania życia pozornie oddał cześć bożkom. Tymoteusz odsunął się od niej, a gdy mimo to nie przestała nalegać, rzekł do niej z wielką powagą, chociaż bardzo rozrzewniony: „Mauro, czy słyszę słowa chrześcijanki czy poganki? Cóż się z tobą stało? Gdzie się podziała wiara święta, w której cię wychowano? Zamiast żebyś mnie zachęcała do zniesienia dla Chrystusa cierpień chwilowych, po których czeka mnie wieczne szczęście, ty ośmielasz się namawiać mnie, abym za cenę krótkiego życia skazał się na wieczne męki? Czyż na to mnie miłujesz, abyś mnie zgubiła, i na to stałaś się moją małżonką, aby mnie kusić? Jesteś chrześcijanką tak jak ja chrześcijaninem, bądź więc podobnie wierna Chrystusowi!”

    Pod wpływem tych słów i łaski Bożej w sercu Maury zaszła głęboka zmiana. „Przebacz mi – zawołała – mężu najdroższy, przebacz mi moją bezbożność, nikczemność i małoduszność! Już nie tylko nie nakłaniam cię, abyś wielkorządcy słuchał dla uwolnienia się od mąk, które cię jeszcze czekają, lecz owszem proszę cię i błagam, nie odstępuj Chrystusa, chociażby cię w kawałki poszarpano. Oświadczam ci zarazem, iż sama za najszczęśliwszą bym się poczytała, gdybym mogła odpokutować mój upadek śmiercią za wiarę, i wraz z tobą pozyskać koronę męczeńską. Co więc mam czynić, aby tego dostąpić?” – „Droga Mauro! – odpowiedział jej na to uradowany Tymoteusz – pociecha, jaką mi sprawiasz tym co mówisz, zatarła w mojej pamięci wszystko, co wycierpiałem. Dziękujmy Bogu za łaskę, którą nas obdarza, i trwajmy stale w Jego wyznaniu. Nie ma czasu do stracenia. Idź do wielkorządcy i oświadcz mu, że nie tylko nie chcesz mnie przywodzić do oddania czci bożkom, lecz sama jesteś gotowa ponieść największe męki dla Chrystusa”. To przeraziło Maurę: „Nie śmiem żywić nadziei – rzekła do męża – abym się na to zdobyła. Może lepiej zaczekać, aż mnie powołają?”, lecz Tymoteusz przypomniał jej, że nie na siebie samą ale na łaskę Chrystusa liczyć powinna, pomodlił się z nią, pobłogosławił ją, a Maura, poszedłszy do wielkorządcy, wręcz mu oświadczyła, że żałuje tego, co za jego radą uczyniła, ponieważ także jest chrześcijanką i gotowa ponieść śmierć i męki za wiarę.

    Zdziwiony tym Arian przypisywał według zwyczaju pogan tę nagłą zmianę w Maurze czarnoksięskiej sztuce Tymoteusza, a chcąc ją od śmierci zachować, rzekł do niej: „Widać, że mąż twój jest czarnoksiężnikiem. Posłuchaj więc mojej rady i pozostaw go w jego szalonym uporze; jego już nic nie opamięta, musi śmierć ponieść, ciebie natomiast, jeśli oddasz cześć naszym bogom, wydam za mąż za jednego z wodzów wojsk cesarskich, z którym będziesz żyła szczęśliwie i będziesz jedną z pierwszych pań tego kraju”. Maura odpowiedziała mu na to z oburzeniem, że jeśli jej męża zamordują, to nie będzie miała innego oblubieńca jak Chrystusa, w którego Królestwie niebieskim ma nadzieję niedługo połączyć się ze swoim ukochanym Tymoteuszem. Arian wpadł w wściekłość i kazał jej odciąć palce, ale Maura dziękowała Bogu, żywiąc nadzieję, że przez tę mękę odpokutuje lekkomyślność, jakiej się dopuszczała, gdy rąk używała do przystrajania swojego ciała. Następnie kazał ją Arian wrzucić w kocioł wrzącej wody, lecz Święta, jakby najmniejszego nie czuła bólu, prosiła Pana Boga, aby ten ukrop obmył jej duszę z wszelkich skaz grzechu, i wyszła z kotła żywa i zdrowa. Wielkorządca, uderzony tym cudem, chciał świętą Maurę po tej katuszy odprawić do domu, lecz inni urzędnicy ostrzegli go, że tym sposobem złamałby swój obowiązek i rozzuchwaliłby chrześcijan. Zaniepokojony Arian, chcąc się oczyścić w ich oczach, kazał lać na świętą Męczenniczkę wrzącą siarkę ze smołą. Barbarzyństwo to zgrozą przejęło nawet pogan, lecz Maura szydziła z tej katuszy, jakby jej wcale nie czuła. Wtedy Arian wydał wyrok, aby oboje świętych małżonków rozpięto na krzyżu i pozostawiono na nim aż skonają, chyba żeby zgodzili się na oddanie czci bożkom.

    Rozpięci na krzyżach, wisieli na nich przez kilka dni, a w ciągu tej strasznej męki razem się modlili i dodawali sobie siły. Na koniec poleciwszy się Panu Bogu, prawie w jednej chwili oddali w Jego ręce ducha. Ponieśli śmierć męczeńską dnia 18 grudnia około roku Pańskiego 304. W późniejszych czasach zbudowano w Konstantynopolu na przedmieściu Pera wspaniały kościół pod ich wezwaniem, z czego wnosić można, że tam ich ciała zostały przeniesione.

    Nauka moralna

    Czy namawiając męża do porzucenia oporu, nie dopuściła się Maura ciężkiego grzechu? Jej chęci były wprawdzie dobre, gdyż pragnęła ocalić Tymoteusza, ale pozory często mylą. Ten, kto drugiego namawia do grzechu, albo mu daje dobrowolnie i umyślnie do niego sposobność, dopuszcza się zgorszenia. Dopuściła się go Maura, boć przecież jako chrześcijanka powinna była wiedzieć, że nie godzi się jej zabijać męża na duszy, by go ocalić cieleśnie; powinna była wiedzieć, że większa miłość należy się Bogu niż mężowi.

    Święci Tymoteusz i Maura

    1) Zgorszenie jest wielkim grzechem. Poświadcza to sam Pan Jezus u świętego Marka, mówiąc: „Biada zgorszycielowi! Kto jednego z tych małych, co we Mnie uwierzyli, zgorszy, temu lepiej by było przywiązać kamień młyński do szyi i wrzucić go w morze”. Gorszyciela nazywa Pan Jezus wprost szatanem. Przebaczył Piotrowi, gdy Go się wyparł, ale uniósł się gniewem przeciw niemu, gdy Go Piotr chciał odwieść od pójścia na mękę do Jerozolimy. Słusznie złajał go gromkimi słowy: „Odstąp ode Mnie, szatanie, gorszysz Mnie!” Jeśli Pan Jezus nazywa szatanem ulubionego Piotra, który z miłości i przywiązania pragnął Go uchronić od śmierci krzyżowej, jakże nazwać takiego, który umyślnie do złego namawia? Każdy gorszyciel, każdy podżegacz do złego, jest rzeczywiście wrogiem i przeciwnikiem Boga, gdyż stara się przyprawić o wiekuistą zgubę dusze, którym Bóg przelewem swej krwi przenajświętszej chciał zapewnić wieczne szczęście i zbawienie. Często jest on nawet gorszy od szatana, bo swą złość stara się okryć płaszczykiem cnoty i uczciwości.

    2) Iluż mamy gorszycieli i jak częste jest zgorszenie! Iluż mamy takich, którzy plugawymi i bezwstydnymi słowy, bluźnierstwami i bezbożnością starają się szerzyć zgorszenie? Okazują oni swoje moralne zepsucie ubiorem, szerzą książki polecające rozpustę i wszeteczeństwo, wieszają po ścianach obrazy wywołujące rumieniec wstydu na licach i otwierają swe domy pijakom, szulerom, bezbożnikom i szydercom z wiary i religii. Zgorszenie sieją przełożeni, którzy zamykają oczy na nadużycia podwładnych, zgorszenie sieją rodzice ślepi na wady i zdrożności dzieci, nauczyciele zbyt pobłażający uczniom. Jak mało mamy naśladowców Tymoteusza, a jak wielu naśladowców Maury, która przynajmniej swym dalszym postępowaniem i męczeńską śmiercią powetowała wyrządzone zło!

    Modlitwa

    Boże, któryś świętych Tymoteusza i Maurę, Męczenników Twoich, wzajemnym przykładem wytrwałości w wierze świętej utwierdzić raczył, spraw łaskawie, prosimy, abyśmy jedni drugich i słowem i przykładem do cnoty zachęcając, za ich pośrednictwem wszyscy razem w Niebie chwalili Cię na wieki. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 18 grudnia Żywot świętego Wunibalda, opata

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Żył około roku Pańskiego 760)

    W roku 722, po śmierci króla angielskiego Ryszarda w mieście Luce we Włoszech, synowie jego Wunibald i Wilibald puścili się w drogę do Rzymu, pomodlili się u grobu świętych apostołów, a potem rozstali się. Wilibald wybrał się do Jerozolimy do Grobu Chrystusa Pana, a Wunibald pozostał w Rzymie, gdyż już od dawna czuł w sobie niepowstrzymany pociąg do stanu duchownego. Przyjąwszy niższe święcenia postanowił wrócić do Anglii, gdzie pobożna matka i siostra Walburga powitały go z wielką radością. Mimo to niedługo między nimi zabawił; zatęskniwszy bowiem za Rzymem, postanowił wrócić do tego miasta Męczenników Pańskich, aby w murach klasztornych wieść życie zakonne. Towarzyszyło mu w tej podróży kilku znajomych i krewnych. Gdy już niejaki czas kosztował słodyczy samotności klasztornej, przybył niespodzianie do Rzymu wuj jego, Bonifacy, i wezwał go, aby mu towarzyszył do Niemiec i wziął udział w nawracaniu pogan. Posłuszny Wunibald udał się do Turyngii, a wyświęcony na księdza zawiadywał siedmiu nowo utworzonymi parafiami.

    Już kilka lat pracował w winnicy Pańskiej, gdy go doszła wieść, że brat jego Wilibald został biskupem eichstadzkim. Przeniósłszy się do jego diecezji, zamieszkał w puszczy heidenheimskiej, pełnej dzikich zwierząt. Towarzyszyło mu tam kilku mężów zamiłowanych w samotności i gorliwych w szerzeniu światła Ewangelii. Ściąwszy kilkaset drzew, wystawili sobie kościół i chatki. Tak powstał klasztor, a nauki zakonników tak podziałały na okolicznych mieszkańców, że wyrzekli się bałwochwalczych przesądów. Pierwszym opatem klasztoru heidenheimskiego został Wunibald.

    Po śmierci matki sprowadził św. Wunibald swą siostrę Walburgę do siebie. Święta dziewica przybyła w orszaku trzydziestu towarzyszek, po czym udała się do Wilibalda, który wtedy bawił w Turyngii. Przybywszy do niego, zwierzyła mu się, iż wraz z towarzyszkami pragnie poświęcić się służbie Bożej w klasztornym odosobnieniu. Wunibald wystawił jej klasztor, który wkrótce stał się błogosławieństwem dla całej okolicy, ale gdy Święty osiadł w Heidenheimie, Walburga przeniosła się za nim do tej miejscowości, aby i tam zbudować schronienie dla dziewic, które by chciały porzucić świat i oddać się wyłącznie służbie Bożej. Trzeba wiedzieć, że klasztory były wówczas jedynymi krzewicielami oświaty, szerzycielami wiary, przybytkami nauk i sztuk, a nadto przytułkami niewinności i cnoty. Stamtąd wychodzili głosiciele Ewangelii, a przykład i żywe słowo mnichów wydobywały biednych pogan z pęt bałwochwalstwa i błota niemoralności. Mnisi trzebili lasy, uprawiali rolę, pod ich gościnnym dachem znajdował wędrowiec przytułek i pożywienie, grzesznik pociechę i pojednanie z Bogiem. Bez klasztorów nie mógłby był ówczesny Kościół rozwinąć tak błogiej działalności, gdyż zakonnicy byli najdzielniejszymi jego pracownikami. Wunibald wraz z Walburga wyświadczał owym krajom przez zakładanie klasztorów niesłychane dobrodziejstwa. Nie odstraszały go od tej zbożnej pracy żadne niebezpieczeństwa. Jedna z zakonnic, która skreśliła jego żywot, pisze o nim: „Ani groźby złych, ani obłudne słowa pochlebców nie zdołały go sprowadzić z prostej drogi. Niezachwiany w wierze, śmiało wyrzucał niewiernym niedorzeczność bałwochwalstwa. Był wszystkim dla wszystkich, litościwym dla uciśnionych, miłosiernym dla ubogich, łagodnym dla posłusznych. Miłością zjednywał sobie serca, bo tylko ten, kto miłuje, znajdzie chętne ucho i chętne serce”.

    Liczne podróże po Bawarii podkopały wreszcie zdrowie Wunibalda i przyprawiły go o wiele różnych chorób, które znosił z podziwu godną cierpliwością. Chociaż słaby, puścił się pod koniec roku 760 do Fuldy, aby się tam pokrzepić rozmową ze św. Bonifacym i jego bracią. Tam trzy tygodnie przeleżał na łożu w ciężkich cierpieniach, ale w końcu przyszedł do siebie na tyle, że mógł wrócić do domu. Przed śmiercią odwiedził go brat Wilibald i spędził z nim cały dzień na modlitwie i budujących rozmowach.

    Nazajutrz zebrał Wunibald wszystkich braci zakonnych i upominając ich, wzniósł oczy ku Niebu, mówiąc: „W ręce Twoje, Panie, oddaję ducha mego”, po czym zasnął w Bogu dnia 18 grudnia 760 roku, licząc lat 60.

    Nauka moralna

    Wunibald, potomek rodu królewskiego, umarł jako biedny mnich. Wzgardziwszy bowiem znikomą ziemską koroną, zamienił ją na wiekuistą, mającą wartość nieprzemijającą.

    Przypatrzmy się bliżej, czym jest świat, a wzgardzimy nim, bo nie warto zbytnio się do niego przywiązywać. Świat lekceważył i nienawidził Chrystusa, więc jakże można starać się o jego względy. Pan Jezus uczył słowem i przykładem, jak mamy unikać pochwał świata, gdy mówił: „Strzeżcie się, abyście dobrych uczynków waszych nie czynili dla pochwał ludzkich; niech nie wie lewa. ręka o jałmużnie, której udziela prawa. Jeżeli się modlimy, wnijdźmy do mieszkania i niech tylko sam Pan Bóg będzie świadkiem naszej modlitwy. Życie umartwione niech tak będzie ukryte, aby go ludzie z wycieńczonej twarzy nie poznawali”. Gdy spostrzegł w swych uczniach pewne zadowolenie, że ich ludzie uwielbiają z powodu cudów i kazań, zganił tę radość i powiedział, że w tym więcej potrzeba się bać niż cieszyć, i że taka próżność, która aniołów strąciła z Nieba, mogłaby i ich także wtrącić w to nieszczęście. „Świat poczytuje za wielkich tych, którzy drugimi rządzą; ale pomiędzy wami inaczej jest, bo większymi będą ci, którzy zajmują najniższe miejsca”. Wykazał Pan Jezus uczniom, że nie powinni pragnąć wielkości świata, ale chronić się przed nią. Pan Jezus uczył gardzić próżnością świata, gdy powiedział o sobie, że nie szuka własnej chwały, ale chwały Ojca niebieskiego. Jeżeli Jezus Chrystus chwałę swoją, jako człowiek, za nic poczytuje, to cóż mówić o chwale i wielkości wszystkich ludzi? Poniósł Zbawiciel śmierć sromotną wobec ludzi, – narodził się ubogi w stajence, Boskie swe cnoty i talenty przez lat trzydzieści krył w ubogim domku, a spełniając Boskie swe posłannictwo na świecie, przybrał sobie dwunastu prostych mężów, nie mających wziętości u ludzi, a nadto rzadko przebywał w wielkich miastach, częściej pośród prostactwa.

    „Duch Pański nade mną, dlatego mię pomazał, abym opowiadał Ewangelię ubogim” (Łuk. 4,18). Gdy cuda czynił, nakazywał, aby nikomu o tym nie mówiono, a gdy Go ogłaszali królem, uciekał przed tą chwałą. Chrystus był godny wszelkiej chwały, gdyż ona duszy Jego zaszkodzić nie mogła, ale czynił to dla naszego przykładu, jak mamy gardzić tym wszystkim, co jest ze świata, a duszy naszej łatwo szkodzi.

    Modlitwa

    Boże, udziel nam za przyczyną świętego Wunibalda tej łaski, abyśmy czas tej naszej pielgrzymki ziemskiej świątobliwie spędzili i mogli się dostać do przybytku wiekuistego szczęścia, gdzie sławić będziemy Twą dobroć i miłosierdzie, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 17 grudnia Żywot świętej Pelagii, pokutnicy

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (żyła około roku Pańskiego 457)

    Pewnego razu zgromadziło się w Antiochii kilku biskupów przed bramą kościoła św. Juliana, Męczennika, aby się naradzić w sprawach kościelnych. Był też pomiędzy nimi dawniejszy pustelnik, biskup Nonus, którego prosili, aby wygłosił jakąś zbawienną naukę. Podczas jego mowy przejeżdżała tamtędy w licznym orszaku sług i służebnic niewiasta podejrzanej sławy, znana w Aleksandrii jako tancerka i śpiewaczka. Biskupi odwrócili od niej oblicze, Nonus zaś, ujrzawszy ją, poszedł do swej gospody, padł na twarz i bijąc się w piersi, rzekł: „Panie i Zbawicielu mój, wybacz mi w swym miłosierdziu. Ta grzesznica daleko staranniej zdobi swe ciało, aniżeli ja swą duszę. Jakżeż się ośmielę stanąć kiedyś przed Tobą! Jak się przed Tobą wytłumaczę! Biada mi, że śmiem stawać przed Twym ołtarzem, a nie przynoszę tak czystej duszy, jak wymagasz. Ta grzesznica postanowiła podobać się ludziom i na to się wysila; ja natomiast przyrzekłem podobać się Tobie, a jednak dotychczas o to nie dbałem. Nie godzi mi się przeto polegać na swych dobrych czynach, lecz jedynie na Tobie”.

    Gdy nadeszła niedziela, udał się święty Nonus do głównego kościoła, gdzie na prośbę biskupa Antiochii wygłosił tak piękne kazanie, że lud skruszony bił się w piersi i gorącymi łzami opłakiwał swe grzechy.

    Święta Pelagia

    Dziwnym trafem znalazła się między słuchaczami także owa lekkomyślna białogłowa. Wzruszona do żywego, szlochała i nie mogła się utulić w płaczu. Po nabożeństwie kazała wywiedzieć się dwom sługom, gdzie biskup mieszka, a gdy jej wskazali dom i ulicę, napisała do świętego Nonusa list następującej treści: „Słyszałam, że Bóg Twój nie zstąpił na ten świat dla sprawiedliwych, lecz aby zbawić grzeszników. Słyszałam, iż uniżył się do tego stopnia, że nie gardził nawet celnikami i jawnogrzesznikami, że On, przed którego obliczem drżą cherubinowie, przestawał z biednymi grzesznikami. Chociaż ty, panie, nie widziałeś własnymi oczyma Jezusa Chrystusa, jesteś jednak prawdziwym Jego sługą i uczniem. Będąc nim rzeczywiście, o czym nie wątpię, nie pogardź tą, która się spodziewa przez Ciebie poznać Zbawiciela i stać się kiedyś godną oglądania Jego oblicza”.

    Św. Nonus dał jej następującą odpowiedź: „Kimkolwiek jesteś, wiedz, ze Bóg zna ciebie, twe czyny i twe zamysły. Nie waż się kusić mnie, gdyż jestem tylko człowiekiem, chociaż służę Bogu. Jeśli rzeczywiście dążysz do Boga, zbawienia i wiary prawdziwej a chcesz mnie odwiedzić, mam u siebie innych biskupów, w których przytomności cię przyjmę. Sam na sam nie chce się z tobą widzieć”. Zaledwie Pelagia otrzymała tę odpowiedź, pobiegła do Nonusa, rzuciła mu się wobec zgromadzonych biskupów do nóg i zawołała: „Idąc za przykładem swego Pana i Zbawiciela, zlituj się nade mną panie i ochrzcij mnie. Jestem niezgłębioną otchłanią złości i grzechów”. Święty odrzekł: „Przepisy Kościoła nie pozwalają ochrzcić nierządnicy, jeśli nie dostarczy poręczenia, że porzuci występne życie”. Pelagia objęła nogi świątobliwego męża, oblała je obfitym łez potokiem i otarłszy je włosami, rzekła: „Zdasz przed Bogiem rachunek za mą duszę, jeśli mi odmówisz chrztu świętego i nie uczynisz mnie oblubienicą Chrystusa, gotową Mu uczynić ofiarę ze swej duszy”.

    Wszyscy obecni biskupi i kapłani dziwili się jej słowom i gorącej wierze. Wzruszeni, posłali diakona św. Rufina do miejscowego biskupa z wiadomością o tym wypadku i prośbą o diakoniskę, która by była obecna przy akcie chrztu świętego. Uradowany biskup przysłał natychmiast czcigodną matronę Romanę, wdowę. Zastawszy Pelagię na klęczkach, dodała jej Romana otuchy i radziła, aby się wyspowiadała ze swych grzechów. Na to odpowiedziała jej Pelagia: „Zbadawszy gruntownie me serce, nic w nim dobrego nie widzę, lecz same tylko nieprawości. Liczba mych grzechów jest większa niż piasku w morzu. Mam tylko nadzieję w nieskończonym miłosierdziu Boga, że spojrzy na mnie łaskawie i zdejmie ze mnie ciężar mych grzechów”.

    Biskup ochrzcił ją i udzielił jej sakramentu bierzmowania, a chociaż szatan przez trzy dni strasznie jej dokuczał i starał się ją oplatać swymi sidłami, wszakże Pelagia odpędzała pokusy znakiem krzyża świętego i zwycięsko się im oparła. Trzeciego dnia oddała biskupowi całe swoje mienie, perły, klejnoty i wszystkie swe szaty z prośbą, aby je rozdał pomiędzy ubogich, a służebnice obdarzyła wolnością, mówiąc: „Pospieszcie wyrzec się świata i jego powabów, abyśmy się kiedyś w Niebie ujrzeć mogły”.

    Ósmego dnia przywdziała twardą i ostrą włosiennicę, opuściła Antiochię i przeniósłszy się do Jerozolimy, wystawiła sobie na Górze Oliwnej nędzny szałas. Po kilku latach prosił Rufin swego świętego biskupa, aby mu pozwolił odwiedzić w Jerozolimie Grób św. Biskup chętnie udzielił mu żądanego zezwolenia z następującym zleceniem: „Bracie, gdy przybędziesz do Jerozolimy, zapytaj o pustelnika Pelagiusza, który żyje tam od kilku lat w odludnym miejscu; staraj się z nim spotkać, a on ci udzieli niejednej dobrej rady”. Przybywszy do świętego miasta odprawił Rufin swe modły i udał się do Pelagiusza, którego pustelnię na Górze Oliwnej łatwo znalazł. Gdy zapukał, wyszła do niego Pelagia, wszakże Rufin nie poznał jej, gdyż przyodziana była w męskie szaty, a urodziwa jej postać wskutek ciągłych postów i umartwień całkowicie się zmieniła. Poznawszy Rufina, zapytała go: „Skąd przychodzisz, bracie?” Zapytany odpowiedział, że przychodzi z polecenia świątobliwego biskupa Nonusa, na co mu Pelagia odpowiedziała: „Proś go, aby się za mnie modlił, gdyż jest mężem szczerze świątobliwym”. Rufin wrócił do Jerozolimy i odwiedził tamtejszych zakonników, którzy nie mogli się dość nachwalić pustelnika Pelagiusza. To skłoniło go do powtórnych odwiedzin, wszakże daremnie pukał i wołał, nikt mu bowiem nie odpowiadał. W końcu wybiwszy okienko zajrzał do chatki i spostrzegł Pelagię leżącą bez duszy na podłodze, pobiegł przeto do miasta i ogłosił, że Pelagiusz skonał. Zakonnicy zbiegli się do chaty i wynieśli zmarłego, aby go pochować, i wtedy przekonali się, iż mniemany mnich był niewiastą. Kościół obchodzi pamięć świętej pokutnicy Pelagii dnia 8 października.

    Nauka moralna

    Chrzest odprawiano w pierwszych wiekach Kościoła w osobno do tego przeznaczonych kaplicach, do których schodziło się po kilku stopniach. Na najniższym z nich zanurzał biskup wraz z ojcem chrzestnym w święconej wodzie tego, który miał odebrać chrzest święty. Powtarzało się to zanurzanie po trzykroć, tj. w Imię Ojca, w Imię Syna i Ducha świętego. Gdy nowoochrzczony wyszedł z wody, namaszczano go krzyżmem świętym, po czym przywdziewał białe szaty, które po ośmiu dniach zdejmował i starannie chował. Białe szaty miały oznaczać czystość serca, uzyskaną przez chrzest święty, z którą nowy chrześcijanin miał stanąć przed Bogiem w dniu Sądu ostatecznego. Święta Pelagia nosiła te szaty, chrzest święty zmazał wszelkie jej grzechy, a duszę jej uczynił przybytkiem Ducha świętego. Czystość tę zachować miała Pelagia aż do śmierci przez surową pokutę. Modlitwa, posty, samotność, były orężem, którym zwalczała nagabywania wroga, pragnącego ją skusić do złego.

    Chrześcijanie! Już jako niemowlęta otrzymaliśmy niewinność przy chrzcie świętym. Czy ją jeszcze posiadamy? Czyśmy jej nie skalali i nie postradali wskutek grzechu śmiertelnego? Jeśli ją jeszcze posiadamy, chowajmy starannie ten klejnot nieoceniony. Walczmy mężnie i wytrwale przeciw nieprzyjaciołom, hamujmy się, miejmy na wodzy żądze ciała. Jeśliśmy stracili, nadwerężyli, pokalali tę szatę nieocenioną, wielką rzeczywiście ponieśliśmy stratę, ale nie rozpaczajmy. Jeszcze mamy jedną szatę, szatę pokuty; można ją oczyścić we łzach żalu, ozdobić dziełami dobroczynności, odzyskać umartwieniem ciała, podejmowanym z miłości ku Bogu, któregośmy obrazili. Wytrwajmy w pokucie aż do chwili zgonu, a gdy przyodziani tą szatą staniemy przed Bogiem, znajdziemy laskę u Niego.

    Modlitwa

    Święta pokutnico Pelagio, módl się za nami przed tronem Boga, aby nas raczył obdarzyć prawdziwym żalem za grzechy i prawdziwym duchem pokuty. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 16 grudnia Żywot świętej Adeli, cesarzowej

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Żyła około roku Pańskiego 999)

    Adela była córką Rudolfa II, króla Burgundii. Wyrósłszy na dziewicę jaśniejącą nie tylko niepospolitymi wdziękami, ale i anielską niewinnością, wyszła za Lotariusza, króla Włoch. Niedługo potem Berengariusz, margrabia Ivrei, pozbawił jej męża życia, po czym zagarnął koronę włoską i zażądał od młodej wdowy ręki dla swego syna. Adela odrzuciła z oburzeniem to żądanie, za co Berengariusz kazał ją uwięzić i obchodzić się z nią jak ze zbrodniarką. Nagłą tę zmianę znosiła Adela z poddaniem się woli Bożej, wiedziała bowiem, że Bóg w swoim czasie przywróci jej wolność, jakoż niedługo potem jej kapelan Marcin ułatwił jej ucieczkę do warownego zamku Kanossy. Tym czasem wieść o jej utrapieniach doszła cesarza Ottona I. Cesarz wyruszył przeciw Berengariuszowi, wyswobodził Adelę z oblężonej Kanossy i pojął ją za żonę.

    Szczęśliwe małżeństwo pobłogosławił Bóg czworgiem dziatek, które jednak wszystkie pomarły, oprócz najmłodszego syna Ottona II. Gdy wyszedł z lat dzieciństwa, dalsze jego wychowanie i wykształcenie poruczyła Adela sławnemu Brunonowi, arcybiskupowi kolońskiemu, po czym oddała się modlitwie i dziełom miłosierdzia. Surowa, oszczędna, nieubłagana dla siebie, okazywała wielką dobroć względem biednych, chorych i uciśnionych. Nadto hojnie uposażała kościoły i założyła kilka klasztorów dla młodzieży męskiej i żeńskiej, aby szerzyć oświatę chrześcijańską i ściągnąć na kraj i rodzinę błogosławieństwo Niebios.

    Święta Adela

    W roku 962 towarzyszyła mężowi do Włoch, i otrzymała wraz z nim z rąk papieża Jana XII koronę cesarską. Zaszczycona najwyższą godnością, jaką ziemia dać może, pozostała skromną i pokorną. Mąż przypuszczał ją do udziału w rządach, gdyż odznaczała się bystrością i przezornością. Wpływu swego używała na korzyść i dobro Kościoła katolickiego, popieranie oświaty i tworzenie dobroczynnych zakładów. Dokumenty klasztoru świętego Maurycego w Wallis, Maria-Einsiedeln, Peterlingen w Waadt, biskupstw lozańskiego i genewskiego w Szwajcarii, a nadto wiele niemieckich i włoskich dokumentów fundacyjnych wymienia ją wyraźnie jako współfundatorkę. Najpiękniejszy dowód zacności duszy złożyła, powoławszy na swój dwór dwie córki swego zawziętego wroga Berengariusza, którymi zajęła się jak rodzona matka. W roku 973 śmierć wydarła jej drogiego małżonka, a na tron wstąpił młody Otton II. Dopóki młody, dwudziestoletni władca szedł za radami matki, rządził szczęśliwie, ale gdy pojął za żonę grecką księżniczkę Teofanię, szczęście go opuściło. Zarozumiała bowiem Greczynka i podli pochlebcy, nienawidzący pobożną Adelę, tak dalece opanowali serce Ottona, że zapomniawszy o czci należnej matce zaczął jej ubliżać, dokuczać, aż wreszcie skazał ją na wygnanie.

    Z westchnieniem: „Boże, Ty znasz miłość moją, Ty mnie nie odepchniesz! Zesłałeś na mnie ten cios, abym z miłości dla dziecka nie zapomniała o Tobie!” opuściła Adela progi domowe, usuwając się z oczu prześladowców i udała się do brata swego Konrada, króla Burgundii.

    Otton II stracił teraz wszelki szacunek u poddanych, a Teofania stała się przedmiotem powszechnej nienawiści. Wszystko poczęło się burzyć, w całym cesarstwie wszczął się nieład i zamieszanie, toteż gdy w jakiś czas potem Majolus, opat kluniacki, stanął śmiało przed cesarzem, zarzucił mu jawne zgorszenie, że on, zwierzchnik narodu zobowiązany do przestrzegania przykazań Bożych, tak haniebnie pogwałcił cześć winną matce, i zagroził mu gniewem Bożym, Otton okazał serdeczny żal, przeprosił pokornie obrażoną matkę i oddał jej rządy Włoch.

    W trzy lata później Otton II zmarł. W imieniu jego nieletniego syna Ottona III rządziła Teofania, ale jej duma i widoczna niechęć do Adeli zraziła do niej wszystkich poddanych. Niepowściągliwa w słowach cesarzowa odezwała się pewnego razu do jednej ze swych dworek: „Niechaj tylko pożyję choćby z rok jeszcze, a Adela nie będzie miała piędzi ziemi, nad którą by panowała”, ale gdy w tym samym jeszcze roku wybrała się do Włoch, w drodze zmarła. Otton III i magnaci prosili Adelę, aby ujęła ster rządów, na co się zgodziła i rządziła w imieniu wnuka dopóty, dopóki nie doszedł do pełnoletniości. Potem odsunęła się od spraw publicznych, aby się przygotować na śmierć. Raz tylko jeszcze wychyliła się ze swej samotni, aby przywrócić zgodę między swym bratankiem Rudolfem III, władcą Burgundii, a zbuntowanymi panami. Wracając, umarła w klasztorze Selz, 6 mil od Strassburga, dnia 16 grudnia 999 roku.

    Nauka moralna

    „Szczęśliwy jest, kto jest zadowolony”, mówi przysłowie. Zapytajmy teraz:

    1) Kto jest zadowolony na wielkim świecie? Łatwiej tu wynaleźć odpowiedź, aniżeli osobę, o którą chodzi. Szczęśliwy jest, kto ma wszystko czego pragnie. Potrzeba więc, aby wszystko, co rozpocznie, udawało mu się i wiodło według myśli, aby mu nic nie stawało na przeszkodzie i nie zakłócało spokoju jego duszy. Oprócz tego trzeba, aby nie obawiał się, że to, co posiadł i osiągnął, mógłby kiedykolwiek utracić. Taki tylko człowiek słusznie mógłby się nazwać szczęśliwym i zadowolonym, ale teraz zapytajmy: „Gdzie znajdziemy takie dziecko szczęścia oprócz aniołów i Świętych w Niebie?

    2) Każdy prawdziwy katolik jest już tutaj na ziemi takim dzieckiem szczęścia, a przynajmniej może nim być, byle by tego szczerze chciał i pragnął, wie bowiem z niezachwianą pewnością, że wszystko, co się w nim, z nim i wokół niego dzieje od początku do końca życia – z wyjątkiem grzechu – jest rozporządzeniem mądrości, dobroci, woli Boga, że wszystko, co i jak Bóg chce, jest dla niego najlepsze i najodpowiedniejsze. Chrześcijanin katolik miłuje Boga całym sercem, całą duszą, z wszystkich sił, i jedno tylko ma życzenie: „Niechaj się dzieje wola Twoja jak w Niebie, tak i tu na ziemi”, a wypowiadając to życzenie, godzi się na to, co w każdym czasie i o każdej porze najlepszy i najmędrszy Ojciec gotów na niego zesłać. Wskutek tej zgody swojej woli z wolą Bożą posiada wszędzie i zawsze to wszystko, czego sobie życzy i jak sobie życzy. Jest więc rzeczywiście szczęśliwy i zadowolony, a w tym stanie zadowolenia prawdziwym dzieckiem szczęścia. Słusznie przeto święta Adela, lubo ze zranionym sercem, dziękować mogła Bogu za swój smutek, ponieważ czuła się zespolona z Bogiem jednością woli.

    Modlitwa

    Miłościwy Jezu, udziel nam tej łaski, abyśmy z miłości ku Tobie godnie umieli nosić krzyż utrapień naszych. Odejmij od nas wszelką niecierpliwość i małoduszność, natchnij nas męstwem i siłą pójścia tymi drogami, którymi i Ty chodziłeś. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 15 grudnia Żywot świętej Krystyny, służebnicy

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Żyła około roku Pańskiego 342)

    Dawni dziejopisarze nie podają nam żadnych szczegółów o pochodzeniu, kraju rodzinnym i młodości Krystyny. Tyle nam tylko wiadomo o kolejach jej życia, że porwana przez rozbójników, sprzedana została jako niewolnica w służbę u jednego z książąt Gruzji na Kaukazie. Los jej był srogi, musiała bowiem nie tylko ciężko pracować, ale doznawała rozmaitych zniewag, obelg i dokuczliwości. Siłę czerpała jedynie z łaski Bożej i z nadziei wiecznej nagrody w Niebie, z wiernego wypełniania swych obowiązków i z gorącej modlitwy. Skromność, ofiarność, uprzejmość i uczynność jej względem czeladzi służebnej, jako też jej czystość i moralność zjednały jej powszechny szacunek i zaufanie chlebodawców, którzy jej zacność uznawali i podziwiali.

    Gdy poganie pytali, dlaczego w ten sposób postępuje i znosi wszystko łagodnie i cierpliwie, odpowiadała: „Jestem chrześcijanką, a jako chrześcijanka jestem zobowiązana jak najwierniej służyć prawdziwemu Bogu”. Korzystając z sposobności, opowiadała ciekawym o Panu Jezusie, śmierci i życiu Jego, jako też o nauce i łaskach, jakie z Niego spłynęły na grzeszną ludzkość. Treść tych opowiadań robiła tak głębokie wrażenie na słuchaczach, że powtarzali innym, co z jej ust słyszeli.

    Święta Krystyna

    Było zwyczajem w Gruzji, że matki nosiły chore dzieci od domu do domu i pytały drugich, czy nie znają lekarstwa na tę chorobę. Pewnego razu przybyła do Krystyny niewiasta z chorym dziecięciem i pytała ją o radę. „Nie jest w mej mocy – odpowiedziała świątobliwa dziewica – uzdrowić twe dziecię, gdyż może to tylko Bóg mój i Zbawiciel, Jezus Chrystus, któremu służę”, po czym ułożyła niemowlę na swym twardym łożu, uklękła przy nim, pogrążyła się w gorącej modlitwie i kilkakrotnie wymówiła imię Jezus. Dziecię natychmiast odzyskało zdrowie, a cud ten tak się rozgłosił, że królowa, która wraz z synaczkiem od dawna była obłożnie chora, wezwała Krystynę, aby jej przywróciła zdrowie. Biedna służebnica nie usłuchała wezwania, wskutek czego królowa zdjęła pychę z serca, kazała się wraz z dzieckiem zanieść do Krystyny i sama ją prosiła o ratunek. Krystyna mocno się zakłopotała, bo nie uważała się za godną, aby żądać od Boga ponownego cudu, z drugiej jednak strony czuła litość dla monarchini. Po krótkim namyśle rzekła do chorej: „Jestem tylko biedną grzesznicą i wiem, że nikomu pomóc nie mogę, ale miej królowo zaufanie w Jezusie, który jest wszechmocny i miłuje cię. On cię wyleczy”. To rzekłszy, położyła chore dzieciątko na ziemi i uklękła do modlitwy. Wkrótce okrzyk radości przerwał jej pobożne modły, królowa bowiem i jej dziecię uczuli się zdrowymi.

    Uradowany król przysłał cudotwórczym drogocenne podarki i zapewnił ją o swej łasce, ale Krystyna zwróciła dary, mówiąc: „Bóg jest mym doczesnym i wiekuistym skarbem, więc jedna tylko nagroda zadowolić mnie zdoła. Niechaj król z całą swą rodziną przyjmie chrzest święty i uwierzy w Boga, który wspólnie z Matką Najświętszą przywrócił zdrowie jego małżonce i synowi”. Królowa oświadczyła, że usłucha tej rady, natomiast jej małżonek nie chciał tego uczynić, ale Bóg dobrotliwy spełnił gorące życzenie pokornej służebnicy.

    Zdarzyło się, że król na polowaniu znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie życia. Opuszczony przez towarzyszy, zawołał w strachu śmiertelnym: „Chrystusie, uwierzę w Ciebie, jeśli mnie ocalisz!” Zaledwie te słowa wymówił, znalazł ścieżkę, która z gęstych zarośli wyprowadziła go na bezpieczną drogę. Gdy przybył do domu, natychmiast posłał po Krystynę i poprosił ją, aby go obeznała z nową wiarą. Poczciwa służebnica usłuchała jego rozkazu, a Bóg tak widocznie błogosławił jej usiłowaniom, że rodzina królewska oświadczyła gotowość uwierzenia w Chrystusa.

    Krystyna żyła potem jeszcze kilka lat w cichym ustroniu i była dla wszystkich przykładem wszelkich cnót chrześcijańskich, póki jej Bóg nie powołał do swej chwały około roku 342. Naród czcił ją odtąd jako Świętą i patronkę.

    Nauka moralna

    Któż by się nie budował pobożnością biednej służebnicy Krystyny. Któż by się nie starał być jej podobnym? Pobożność bowiem polega na tym, abyśmy opierając się na nauce i łasce Jezusa Chrystusa, usposobieniem wewnętrznym i czynami na zewnątrz okazywali się rzeczywistymi czcicielami i sługami Pana Jezusa. Celem pobożności jest sam Bóg, więc pobożność, jak to widzimy u Krystyny, jest nader pożyteczna. Jest ona dla nas niewyczerpanym źródłem pociechy, o ile wiemy, że w całym życiu i istocie naszej, w darach przyrodzonych i nadprzyrodzonych jesteśmy zawiśli jedynie od Boga. On jest jedynym przewodnikiem naszym, On nam wskazał miejsce, stosunki, zajęcia i powołanie, przez które możemy w Jego oczach pozyskać zasługi. Czy jesteśmy sługami, czy książętami, czy wyrobnikami, czy mnichami, o to wcale nie chodzi, byle byśmy mieli niewzruszoną wiarę, że Bóg zawsze na nas patrzy, gdziekolwiek jesteśmy i cokolwiek czynimy. Ta niewzruszona wiara jest dla nas bodźcem, abyśmy wszystkie nasze myśli, zamiary i czyny na cześć Jego ofiarowali. Ona nas krzepi nadzieją, że Bóg nigdy nie odmówi nam swej łaski, a trudy, mozoły i prace nasze hojnie wynagrodzi. Czyż podobna użyć życia stosowniej i piękniej, niż w służbie Ojca niebieskiego?

    Pobożność jest także pożyteczna dla drugich. Jak słońce promieniami swymi wszystko ożywia, krzepi chorych, a zdrowym siły dodaje, tak i pobożność chrześcijańska, miłująca i chwaląca jedynie Boga. działa błogo i dobroczynnie na wszystkich bliźnich, zachęcając ich do naśladowania. Słusznie też mówi Pan Jezus: „Nie ukrywajcie światła swego przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre czyny i chwalili Boga, który jest w Niebiesiech”. Pomnijmy na świętą Krystynę, jak dobroczynnie oddziaływała jej pobożność na drugich, a nadto pomnijmy na nagrodę obiecaną przez Chrystusa: „Kto się do Mnie przyznaje wobec ludzi, do tego Ja się przyznam wobec Ojca niebieskiego”.

    Modlitwa

    Boże, natchnij mnie nienawiścią przeciw wszystkiemu, co sprzeciwia się Twojej świętej woli. Niechaj poznam i unikam grzeszności tego świata, a natomiast Tobie wiernie służę, gorliwie i wytrwale idąc drogą świętych Twoich przykazań. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 14 grudnia Żywot świętej Marii Franciszki od Pięciu Ran

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Żyła około roku Pańskiego 1791)

    Urodziła się Maria Franciszka w święto Bożego Narodzenia w Neapolu w roku i 1715. Ojciec jej, Franciszek Galio, był człowiekiem porywczym i skąpym, matka natomiast była łagodna, pobożna i uprzejma. Dziecię nie miało jeszcze lat czterech a już pragnęło modlić się, słuchać opowiadań o Panu Jezusie i o Królestwie niebieskim, jako też dzień i noc klęczało przed obrazem Ukrzyżowanego. W szóstym roku życia biczowała się do krwi i tęskniła za przystąpieniem do sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej. Gdy liczyła szesnasty rok życia, majętny i zacnego rodu młodzieniec począł się starać o jej rękę. Galio przyobiecał mu ją, nie pytając córki o zdanie, Maria jednak oświadczyła, że serce już oddała Boskiemu Oblubieńcowi i myśli wstąpić do III zakonu św. Franciszka, po czym padła do nóg ojcu i prosiła go o błogosławieństwo. Zawiedziony w swych nadziejach Galio wpadł w straszny gniew. Rzucił Franciszkę na ziemię, ochłostał namoczonym powrozem, a potem wtrącił ją do ciemnej komory i głodził przez dłuższy czas, ale Maria znosiła wszystko cierpliwie, a swój smutek ofiarowała Jezusowi.

    Nareszcie udobruchał się ojciec wskutek próśb córki i jej spowiednika i pozwolił jej przywdziać habit tercjarski według ściślejszej reguły Alkantarzystów, wraz z imieniem „Marii Franciszki od Pięciu Ran Chrystusowych”. Ponieważ zakonnice te nie miały własnego domu i klauzury, Franciszka mogła się nadal trudnić w swym mieszkaniu wyrabianiem wstążek. Chociaż dużo czasu spędzała na modlitwie, zarabiała o wiele więcej od swych sióstr, gdy jednak wskutek choroby zaczęła mniej zarabiać, ojciec zaczął się z nią znowu surowo obchodzić a w końcu przyszło do tego, że ją zupełnie wygnał. Maria modlitwą, postem i dziełami pokuty wzmacniała się w cierpliwości, czciła ojca i wspierała go według możności z otrzymanych jałmużn. Przyjęła ją teraz do siebie pewna pani, która jej zastępowała matkę przy bierzmowaniu, ale i tu czekało ją cierpienie, bo gdy jej mąż zaprowadził zmiany w zarządzie domu, pani sądziła, że stało się to z namowy Franciszki i zaczęła biedną dziewczynę szkalować i lżyć, a w końcu oskarżyła ją przed arcybiskupem. Śledztwo sądu duchownego, który ją uwolnił od wszelkiej winy, było dla niej tym przykrzejsze, że równocześnie Pan Bóg nawiedził ją niezwykłą oschłością ducha; mimo to wytrwała w modlitwie i pokucie. Pan Jezus obdarzył ją także łaską pięciu ran; kapłan Paschalis Ritti zeznał pod przysięgą: „Nie tylko oglądałem te rany na jej rękach i dotykałem ich, ale wkładałem w nie palce i przekonałem się, że przechodziły przez całe dłonie”. Później pokryły się te rany cieniutką błona, i były tylko wtedy widoczne, kiedy trzymała rękę pod światło. Z tymi nadzwyczajnymi łaskami spadały jednak na nią nowe upokorzenia i cierpienia. Były to bolesne choroby, które ją omal o śmierć nie przyprawiły, oraz obmowy i potwarze, wskutek których wytoczono jej proces. Trwał on lat osiem, ale ostateczny wyrok wykazał całkowitą jej niewinność.

    Miłość ku Bogu okazywała Franciszka szczególnie w miłości bliźniego, miała bowiem wielkie miłosierdzie dla dusz zmarłych, jako też gorąco miłowała chorych i ubogich. Wskutek gorących modłów do Pana Jezusa i Matki Bożej otrzymywała często znaczne kwoty, które obracała na wspieranie nędzarzy. Najchętniej pielęgnowała i opatrywała chorych na trąd i inne zaraźliwe choroby.

    Bogata w zasługi, spokojnie spoglądała na zbliżający się koniec swego żywota, chociaż ostatnia jej choroba była nader ciężka i bolesna. Gdy przyjęła ostatnie sakramenta święte, wpadłszy w zachwycenie, ujrzała w duchu wielki wspaniały krzyż. „Co za piękny krucyfiks! – wolała. – Najsłodszy Oblubieńcze, czyń ze mną, co chcesz. O Jezu, o miłości moja!”, po czym ogarnął ją strach śmiertelny, połączony z okrutnymi boleściami.

    Gdy nazajutrz rano ponownie przyjęła świętą Komunię, jej oblicze rozjaśniła niebiańska radość, a z jej piersi wydobył się okrzyk: „Patrzcie, idzie Maryja, droga Matka moja!” Kapłan udzielił jej ostatniego odpuszczenia, a chcąc się przekonać, czy jeszcze żyje, podał jej krucyfiks, mówiąc: „Mario Franciszko, ucałuj jeszcze raz stopy Zbawiciela, który za nas umarł na krzyżu!” Natychmiast uniosła na pół martwą głowę, przycisnęła zimne usta do stóp Chrystusowych i oddała Bogu ducha dnia 6 października 1791 roku. Z powodu licznych cudów papież Grzegorz XVI w roku 1843 zaliczył ją do Błogosławionych, a Pius IX w roku 1867 do Świętych Pańskich.

    Nauka moralna

    Jak wielka była miłość Franciszki do Chrystusa utajonego w Sakramencie Ołtarza, na to mamy mnóstwo świadectw sądownie stwierdzonych.

    Maria Felice, jej przyjaciółka i nieodstępna niemal towarzyszka, takie o niej daje świadectwo: „Gdy wchodziłyśmy do jakiego kościoła, a ja nie wiedziałam, gdzie spoczywa Najświętszy Sakrament (we Włoszech bowiem rzadko mieści się święte Cyborium w wielkim ołtarzu), jeśli przypadkiem nie paliła się wieczna lampa ani nie było innego znaku, Franciszka, choćby było jak najwięcej kaplic i bocznych ołtarzy, zawsze bez omyłki trafiała do ołtarza, w którym znajdowało się Ciało Pańskie, i w tak gorącej zatapiała się modlitwie, że traciła przytomność. Jeśli się gdzie odbywało czterdziestogodzinne nabożeństwo, tam od rana do późnego wieczora i ostatniego błogosławieństwa bez przerwy klęczała, nie biorąc nic do ust. Co dzień odwiedzała po kilka razy Przenajświętszy Sakrament. Jeśli tego nie mogła uczynić dla choroby lub innych przeszkód, wtedy obrócona w stronę któregokolwiek kościoła w duchu odprawiała te odwiedziny. Często ja i inni byliśmy świadkami, jak z twarzą rozpłomienioną unosiła się w powietrzu. Nierzadko też widywano ją w porze nocnej, jak ze wzniesionymi ramionami zawisnąwszy w powietrzu, wzdychała zwrócona do kościoła: „Oblubieńcze mój, wesele mej duszy, życie i duszo moja! Czemuż nie mam serc wszystkich ludzi, aby Cię chwalić i wysławiać? Czemuż me serce nie jest płonącym ogniskiem miłości tak ogromnym jak świat cały, aby Cię godnie miłować?!”

    W nagrodę za tę miłość dał jej Pan Jezus łaskę, że od czasu pierwszej Komunii aż do śmierci prawie co dzień mogła przystępować do Stołu Pańskiego, mimo ciężkich i częstych obłożnych chorób. Cud ten poświadczył ks. Bianchi, któremu Pius IX w roku 1857 nadał zaszczytną nazwę „Czcigodny”. Kapłan ten był przez lat czterdzieści przewodnikiem jej duszy i na kilkakrotne zapytania złożył następujące zeznanie:

    „Czasem znikała mi na chwilę ta część Hostii świętej, którą przy słowach {{Pax Domini}} wpuszczałem w kielich; później dowiedziałem się, że anioł przynosił ją chorej Marii do łoża boleści. Zdarzyło się także, że po Podniesieniu znikał mi nagle kielich z ołtarza, a niewidoma ręka znów go po krótkiej chwili przede mną stawiała”.

    Modlitwa

    Jezu Chryste, Panie nasz! któryś świętą Marię Franciszkę, dziewicę, między innymi darami uczynił przedziwną we wzgardzie świata, spraw miłościwie, prosimy, abyśmy za jej pośrednictwem wzgardziwszy wszystkim, co ziemskie, o Niebo tylko się starali. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 13 grudnia Żywot świętej Łucji, panny i Męczenniczki

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Żyła około roku Pańskiego 304)

    Imię tej dziewicy wymienione jest w Kanonie Mszy świętej obok św. Agaty, Agnieszki i Cecylii, a Kościół obchodzi jej pamięć krótko przed Bożym Narodzeniem, przypominając wiernym, że do żłóbka Dzieciątka Jezus powinni przystępować nie tylko z wiarą, ale także z czystym sercem, bez którego nikomu do Boga zbliżyć się nie wolno. Łucja jest jedną z trzech gwiazd chrześcijańskiej Sycylii. Miasto Syrakuzy czci ją podobnie jak miasto Katania Agatę, a Palermo Rozalię.

    Była ona jedynaczką bogatej, chrześcijańskiej wdowy Eutychii z Syrakuz i otrzymała od niej staranne wychowanie. Wzrastała w bojaźni Bożej i powzięła taką odrazę do życia światowego, że w tajemnicy przed matką ślubowała panieństwo, a nadto wyrzekła się wszelkich, nawet dozwolonych przyjemności życia. Gdy dorosła, zaczął się starać o jej rękę pewien znakomity rodem i zdolnościami młodzieniec pogański. Matka Łucji chętnie go widziała, toteż Łucja nie śmiała mu okazać niechęci, a tylko starannie unikała wszelkiego zbliżenia, zdając całą sprawę na wolę Bożą.

    Tymczasem Eutychia ciężko zachorowała, a lekarze daremnie przez cztery lata starali się ją uleczyć. Gdy pewnego razu kapłan w kościele przeczytał Ewangelię o uleczeniu chorej na biegunkę niewiasty, pełna ufności Łucja tak się odezwała: „Kochana matko, bądź dobrej myśli; jeśli szata Pana Jezusa zdoła uleczyć chorych, jakże by nie mieli tego uczynić Święci, którzy krew i życie swe dla Niego oddali, i których Chrystus miłuje jako swych przyjaciół i braci? Podejmijmy zatem pielgrzymkę do grobu św. Agaty w Katanii, gdzie już tylu cierpiących doznało pociechy na ciele i duszy, a ja ufam, że Pan Bóg przywróci ci zdrowie”.

    Obie niewiasty wybrały się zaraz w drogę i długo klęczały przy grobie Świętej, aż wreszcie Łucja usnęła. We śnie ujrzała św. Agatę otoczoną aniołami, przemawiającą do niej tymi słowy: „Siostro Łucjo, czemuż domagasz się ode mnie tego, co sama wyświadczyć możesz swej matce? Wiara twoja pomogła ci, ponieważ Eutychia już odzyskała zdrowie. Przez ciebie zasłyną Syrakuzy, gdyż dziewictwo jest miłym Chrystusowi mieszkaniem”. Przebudziwszy się, Łucja rzekła z radością: „Matko, matko, wyleczona jesteś z niemocy! Błagam cię teraz, abyś mi więcej nie wspominała o ziemskim narzeczonym, a posag, którym chciałaś mnie opatrzyć, daj mi teraz dla mego niebieskiego Oblubieńca!” Matka odrzekła: „Spadek po ojcu gotowam natychmiast złożyć w twoje ręce. Czyń z nim, co ci się podoba, ale swój majątek zatrzymam i będę nim zarządzać dotąd, dopóki mi Bóg żyć pozwoli. Po mojej śmierci będzie on twoją własnością”. „Ależ, matko! – odparła Łucja – gdy się Bogu daje tylko to, czego w chwili zgonu z sobą zabrać nie można, natenczas ofiara taka nie jest Mu tak miła, jak oddanie tego, czego jeszcze za życia użyć można. Daj przeto, póki żyjesz, Chrystusowi choć w części to, co posiadasz i zacznij już teraz dzielić się z Nim spadkiem, który mnie przeznaczasz”.

    Święta Łucja

    Eutychia pozwoliła w końcu Łucji zachować panieństwo i dawać hojne jałmużny. Dziewica chętnie skorzystała z tego polecenia i sprzedawała grunty, kosztowne naczynia, złote naramienniki i naszyjniki, a uzyskane ze sprzedaży pieniądze rozdzielała między ubogich i biedne wdowy. Po jakimś czasie młodzieniec, który się starał o jej rękę, oburzony tym rzekomym marnotrawstwem, oskarżył ją przed namiestnikiem Paschazjuszem o wyznawanie wiary chrześcijańskiej. Paschazjusz natychmiast wezwał Łucję i kazał jej złożyć ofiarę bogom rzymskim. Przy tej sposobności wywiązała się pomiędzy nimi następująca rozmowa:

    Łucja: „Wspieranie wdów i sierot, zostających w niedoli, jak to robiłam przez trzy lata, jest ofiarą miłą Bogu. Teraz już nie mam nic do rozdania, sama więc siebie ofiaruję, prosząc Boga, aby raczył przyjąć mą ofiarę”.

    Paschazjusz: „Mów takie brednie chrześcijanom, nie mnie. Straciłaś swój majątek z rozpustnikami!”

    Łucja, z powagą i godnością: „Majątku dobrze użyłam, a od pokalania duszy i ciała Bóg dobrotliwy ustrzec mnie raczy”.

    Paschazjusz: „Zamilkniesz, gdy cię każę ochłostać!”

    Łucja: „Powiedziałam tylko to, czym mnie natchnął Duch święty”.

    Paschazjusz: „A zatem Duch św. mówi przez ciebie?”

    Łucja: „Tak jest. Ludzie czyści i niepokalani są przybytkami Boga i mają w sobie Ducha świętego”.

    Paschazjusz: „Każę cię zawieść do domu nierządnic, tam cię odstąpi Duch święty”.

    Łucja: „Ciało nie skala się, jeśli duch się na to nie zgodzi. Każdy gwałt zadany mi wbrew woli podwoi zasługę mego dziewictwa”.

    Paschazjusz kazał wykonać swoją pogróżkę, ale gdy Łucję chciano wywlec z izby sądowej, żadna siła nie mogła jej ruszyć z miejsca. Widzowie zaczęli się śmiać z bezradności Paschazjusza, a ten, pałając gniewem, kazał panienkę obłożyć słomą i drzewem, zlać to wszystko olejem, żywicą i smołą, a następnie podpalić. Płomienie nie tknęły Łucji, a ona donośnym głosem zawołała: „Prosiłam Pana Jezusa, aby mi ten ogień nie szkodził, wiernym odjął obawę cierpień, a niewiernych powstrzymał od naigrawania i obelg”. Nareszcie znaleźli się niegodziwcy, którzy przebili mieczem świętą Męczennicę. Stało się to dnia 13 grudnia roku 304.

    Nauka moralna

    Przeciwnicy Kościoła katolickiego gorszą się, jak wiadomo, wzywaniem Świętych i pojąć nie mogą, jak można ich błagać o wstawienie się za nami do Boga. Żywot św. Łucji dowodzi, że zwyczaj ten datuje się od więcej, niż 1.600 lat. Widzieliśmy, jak Łucja zachęcała matkę, aby przy grobie świętej Agaty błagała o przywrócenie zdrowia. Wiara w skuteczność wstawiennictwa Świętych Pańskich jest zupełnie słuszna i usprawiedliwiona, gdyż:

    1) Mają oni wielkie znaczenie u Boga. Święci są niejako uprzywilejowanymi współpracownikami w sprawie zbawienia wiernych. Jak w przyrodzonym, tak i w nadprzyrodzonym porządku rozdziela Bóg swe dobrodziejstwa przez pośredników; wolą Jego jest, abyśmy sobie wzajemnie byli zobowiązani za dobrodziejstwa, które On nam świadczy; Bóg pragnie nas połączyć wspólnym węzłem miłości, który nas z Nim jednoczy. Mógłby nas bezpośrednio darzyć życiem, atoli mądrość Jego wolała zlać tę moc na naszych rodziców. Mógłby On sam nakarmić ubogiego, wyleczyć chorego, Douczyć prostaczka, ale zdał ten obowiązek na bogacza, lekarza, nauczyciela. Tak przeto z woli i zrządzenia Bożego mogą się ludzie tysiącznymi węzłami wdzięczności nawzajem zobowiązywać, a węzły wdzięczności wytwarzają wspólną miłość. Pan Jezus stał się człowiekiem z miłości ku nam, ale udziela nam, daleko więcej łask za pośrednictwem swoich apostołów, sług i wiernych. Święty Piotr mówi do chromego, stojącego w drzwiach świątyni: „Nie mam złota, ni srebra, ale daję ci to co mam; w Imię Jezusa Nazareńskiego wstań i chodź!”

    2) Święci miłują nas. Kościół katolicki nie uznaje nikogo za świętego, kto się nie odznaczył czynną miłością bliźniego, kto nie miał starania o biednych i chorych, utrapionych i grzeszników, kto nie wspierał wdów i sierot. Póki Święci bawili na tej ziemi, najmilszym ich zajęciem było pozyskiwać bliźnich dla Boga i wieczności dobrodziejstwami i dbałością o ich cielesne i duchowe dobro. Zajęcia tego nie wyrzekli się i w Niebie; cieszą się przeto, gdy widzą grzesznika pokutującego. Można zastosować do Świętych, co prorok Zachariasz widział w swym objawieniu, jak anioł Pański błagał: „Panie Zastępów, dopókiż nie raczysz się zlitować nad Jerozolimą i miastami judzkimi, na które zagniewany jesteś?” – Nadto można do Świętych zastosować słowa Rafała archanioła: „Gdyś się wśród łez modlił, zaniosłem twe modły do Pana”. Składajmy przeto łzawe modły swoje w ręce Świętych; oni je złożą u storo tronu Najwyższego i Wszechmocnego Boga i przyniosą nam pociechę i porękę, że Bóg próśb naszych wysłuchać raczy.

    Modlitwa

    Wysłuchaj nas Boże i Zbawicielu nasz i spraw miłościwie, abyśmy obchodząc pamiątkę św. Łucji, Dziewicy i Męczenniczki Twojej, w uczuciach pobożności nabierali wzrostu. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 12 grudnia Żywot świętej Otylii, ksieni

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Żyła około roku Pańskiego 720)

    O kilka mil od Strassburga widać na wysokiej górze ruiny zamku i klasztoru żeńskiego Hohenburg. Założycielem tego Klasztoru był książę alzacki Adalryk. Pobożna jego małżonka Berwinda powiła mu około roku 662 córeczkę, ale dziecię było niewidome i brzydkie. Dumny i popędliwy Adalryk widział w tym wstyd dla swego domu i chciał dziecię zabić. Przestraszona matka powierzyła je służebnej, a po roku krewnej w klasztorze Palmę. Tu ochrzcił dziewczątko Eberhard, opat klasztoru i nadał jej imię Otylia. Po chrzcie odzyskało dziecię wzrok i wypiękniało.

    Pod troskliwą opieką zakonnic rosła Otylia nie tylko w latach, ale i w nauce i cnocie i stała się wkrótce miłą i nadobną dziewicą. Tęskniąc do rodziców i braci, pragnęła ich odwiedzić, ale zawzięty ojciec zabronił jej powrotu. Gdy matka nic nie mogła wskórać, poprosiła Otylia swego brata Hugona, ulubieńca Adalryka, aby przebłagał ojca. Ten uczynił co mógł, ale uporu ojca przełamać nie zdołał. Sądząc, że osobiste zjawienie się córki więcej podziała na ojca, aniżeli prośby i błagania, i że widok odepchniętej a cudem Boskim uleczonej i kwitnącej panienki obudzi w sercu Adalryka miłość ojcowską, wprowadził Hugon potajemnie ukochaną siostrzyczkę do zamku. Czyn ten przypłacił niestety życiem, a Otylia z boleścią serca musiała wrócić do klasztoru.

    Ochłonąwszy z gniewu i opamiętawszy się, począł książę żałować zbrodniczego czynu i pozwolił córce wrócić do domu, ale kazał jej pełnić obowiązki prostej służebnicy. Otylia pokornie podziękowała za pozwolenie powrotu i znosiła poniżenie z tak pobożną cierpliwością, że nareszcie zmiękczyła serce ojca i wpłynęła na całkowitą jego zmianę. Po tym zwycięstwie przyszły jednak na nią inne utrapienia. Czar jej wdzięków i bogactwa ojca skłoniły wielu młodzieńców do ubiegania się o jej względy. Książę Adalryk sprzyjał jednemu z nich i namawiał córkę, aby mu oddała rękę, ale Otylia przeszedłszy długą i twardą szkołę cierpień i poznawszy próżność uciech światowych, umiłowała Chrystusa i uczyniła ślub, że Jemu poświęci dziewictwo i całe swe życie.

    Święta Otylia

    Adalryk zapłonął gniewem, a chcąc złamać opór córki strącił ją znowu do rzędu służebnic. Niedługo potem spotkał ją gdy szła do chorego. Kiedy zapytał, gdzie idzie, Otylia odparła: „Niosę choremu trochę mąki jęczmiennej, aby się miał czym posilić”. Wzruszony Adalryk rzekł: „Kochana córko! Wszystko ci wynagrodzę”. Około roku 680 darował jej zamek Hohenburg i zamienił go na klasztor żeński, po czym osiadł na pokucie przy jej boku i umarł przykładną śmiercią, pojednany z Bogiem i ludźmi, dnia 20 lutego roku 690.

    Ponieważ Hohenburg był pierwszym żeńskim klasztorem w Alzacji, a rozgłos cnót Otylii daleko się rozchodził, nie dziw, że wiele panien z najpierwszych rodzin wstępowało do zakonu, tak że wkrótce liczył 130 mniszek. Otylia stała na ich czele jako ksieni i kochająca matka, i budowała je więcej własnym przykładem, aniżeli nauką i napomnieniami. Dużo czasu poświęcała modlitwie i czytaniu Pisma świętego. Surowa dla siebie, dla drugich była łagodna i miłosierna. Pokarmem jej był chleb owsiany, napojem woda, łożem niedźwiedzia skóra, poduszką kamień, a jej miłość ku Bogu i ofiarność dla podwładnych nie miała granic. Reguła, według której rządziła klasztorem, była prawdopodobnie benedyktyńska, którą w jedenastym wieku zastąpiła reguła świętego Augustyna.

    Ponieważ chorym, kalekom i osłabionym trudno było wychodzić na górę, wystawiła Otylia u stóp Hohenburga wielki szpital dla ubogich, chorych i pielgrzymów, oraz kościół. Później założyła, obok kościoła klasztor dla starszych zakonnic, aby im dać sposobność do ćwiczenia się w dziełach miłosierdzia. Wielkim tym zakładem zarządzała mądrze i oględnie; sama schodziła codziennie przez wiele lat na dół, aby opatrywać chorych, świadczyć dobrze ubogim, a Bóg wynagradzał jej te starania stokrotnymi łaskami. Szczególną cześć i wdzięczność okazywała Otylia św. Janowi za odzyskanie wzroku przy chrzcie świętym. Pod jego wezwaniem wystawiła na Hohenburgu kościółek z malutką celką, gdzie niejedną godzinę spędzała w samotności na modłach i rozmyślaniach.

    Gdy Bóg objawił jej bliski koniec życia pełnego cierpień i zasług, zwołała siostry zakonne do kaplicy świętego Jana i udzieliła im ostatnich upomnień, po czym wpadła w zachwycenie. Nie widząc w ukochanej matce oznak życia, zaczęły zakonnice rzewnie płakać i całować jej głowę i ręce. Obudzona tym Otylia z żalem zawołała: „Ach! dlaczego przerwałyście mi błogi spokój i spoczynek? Za sprawą łaski Bożej byłam u świętej Łucji, dziewicy, i doznawałam takich rozkoszy, jakich język nie wypowie, oko nie widziało, a ucho nie słyszało!” Potem przyjęła Komunię świętą i spokojnie zasnęła 13 grudnia roku 720. Cuda przy jej grobie dzieją się po dziś dzień. Szczególniejszej od niej pomocy i ulgi doznają chorzy na głowę i oczy.

    Nauka moralna

    Gdy św. Otylia przyszła na świat, była niewidoma i brzydka. Obie te ułomności są niejako obrazem stanu każdego człowieka przy urodzeniu.

    Przy akcie chrztu świętego odradzamy się skutkiem łaski Bożej, tj. występujemy z szeregu istot grzesznego Adama, a wstępujemy do Królestwa Chrystusowego. Przez urodzenie otrzymaliśmy życie naturalne, staliśmy się członkami ludzkości; przez akt sakramentalnego odrodzenia uzyskujemy żywot nadprzyrodzony, stajemy się członkami Kościoła Chrystusowego, mistycznego Ciała Pana Jezusa. Święty Paweł w liście swym do Galatów mówi w rozdz. 3, wierszu 27: „Bo wszyscy, którzy w Chrystusie zostaliście ochrzczeni, oblekliście się w Chrystusa”.

    Przy akcie chrztu świętego otrzymaliśmy nadto łaskę usprawiedliwienia, tj. wskutek zasług Chrystusa Pana oczyściliśmy się z winy i kary grzechu pierworodnego, a jeżeli kto przyjął chrzest św. w wieku późniejszym, oczyścił się z winy i uwolnił od kary za grzechy osobiste. Oprócz tego pozyskaliśmy łaskę uświęcającą, obejmującą w sobie cnoty wiary, nadziei i miłości. Nikt, żadne pióro nie zdoła opisać ważności i wielkości tej łaski, skutkiem której stajemy się synami Boga Ojca, Boga Syna i Boga Ducha świętego, dziedzicami Królestwa niebieskiego, braćmi i współspadkobiercami Jezusa Chrystusa. W Niebie i w wieczności poznamy całą wartość nadprzyrodzonego, od Boga pochodzącego żywota. Kto umiera zaraz po chrzcie, ten staje się uczestnikiem tego szczęścia natychmiast, nie zdziaławszy jeszcze nic dobrego na świecie.

    Chrzest święty wycisnął także na duszy naszej niezatarte znamię, że jesteśmy dziećmi Boga i uczestnikami Chrystusa. Znamię to uprawnia nas do wszystkich łask i przywilejów chrześcijanina katolika, tj. do przyjmowania innych sakramentów, uczestniczenia w Mszy świętej i odpustach kościelnych; ale zarazem zobowiązuje nas do zachowywania przepisów i pełnienia obowiązków nakazanych przez Kościół, jak np. modlitwy, posty i jałmużny. Korzystajmy przeto skwapliwie z tych łask chrztu św. i idźmy za przykładem św. Otylii, która niech będzie orędowniczką naszą.

    Modlitwa

    O Boże, zechciej nas opatrzyć czujnością i wstrzemięźliwością wzroku, abyśmy tym zmysłem nie grzeszyli. Za przyczyną świętej Otylii racz sprawić, abyśmy byli wolni nie tylko od ślepoty cielesnej, ale i od wszelkich chorób duszy, wywołanych nadużyciem wzroku. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 11 grudnia Żywot świętej Leokadii, panny i Męczenniczki

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Żyła około roku Pańskiego 303)

    Święta Leokadia, Męczenniczka, będąca w wielkiej czci w Hiszpanii, pochodziła z tegoż kraju z miasta Toledo, z bardzo znakomitej i zamożnej rodziny. Przyszła na świat przy końcu trzeciego wieku; ponieważ rodzice jej byli wzorowymi chrześcijanami, więc od najmłodszych lat ćwiczyli ją w cnotach, co im przychodziło z wielką łatwością, gdyż Leokadia, od kolebki łaskami Boskimi uposażona, w tym tylko miała upodobanie, co się odnosiło do chwały Bożej. Modlitwa, czytanie ksiąg pobożnych, uczęszczanie do kościołów i spełnianie uczynków miłosierdzia, były jej najulubieńszymi rozrywkami. Sławna w całym mieście z wielkiej urody, obdarzona niepospolitymi zdolnościami, a dzięki zamożności rodziców jak najstaranniej wychowana, mogła świetnie zabłysnąć w światowym życiu, stroniła jednak od zabaw światowych i żyła w wielkim odosobnieniu. Dziewicza skromność, malująca się w jej postawie, i wielkie dla ubogich miłosierdzie jednały jej szacunek nawet u pogan, których podówczas jeszcze mnóstwo było w Toledo.

    Tak więc Leokadia żyła w domu rodziców jak zakonnica, kiedy przybył do Toledo Dacjan, wielkorządca cesarski w Hiszpanii, przysłany tam przez Dioklecjana i Maksymiana z najsurowszym rozkazem powstrzymania szerzącej się w tym kraju wiary chrześcijańskiej i zmuszenia do odstępstwa od niej tych, którzy już ją przyjęli. Był to człowiek znany w całym państwie ze swego barbarzyństwa i zawziętości na chrześcijan. Gdy objął rządy w Hiszpanii, zaczął od najokrutniejszego prześladowania wiernych, i do którego tylko miasta przybywał, zaraz wznosił rusztowania z narzędziami do torturowania. Wnet więzienia zapełniono chrześcijanami, a krew świętych Męczenników lała się strumieniami.

    Przyjechawszy do Toledo, kazał na nowo ogłosić wyroki cesarskie i pod karą śmierci zakazał oddawać czci innemu Bogu jak bożkom pogańskim, po czym kazał sobie podać najdokładniejszy spis wszystkich, o których można było przypuszczać, że wyznają wiarę Chrystusową. Gdy mu go podano, na pierwszym miejscu ujrzał imię Leokadii, zapytał przeto, dlaczego na czele wszystkich innych wymieniono jakąś młodą dziewicę. Odpowiedziano mu, że zrobiono to dlatego, że Leokadia jest córką najznakomitszej rodziny w Toledo, której przodkowie piastowali w tym kraju wysokie urzędy, a przy tym osobą wysoko wykształconą i powszechnie poważaną, wskutek czego jej wpływ jako chrześcijanki jest szczególnie szkodliwy dla religii pogańskiej. Dacjanowi przyszło na myśl, że gdyby Leokadię przywiódł do porzucenia wiary chrześcijańskiej, to walnie zachwiałby w męstwie innych wyznawców, kazał ją przeto niezwłocznie zawezwać do siebie.

    Zawiadomiona o tym Leokadia przewidywała co ją czeka, upadłszy przeto na kolana w swojej domowej kapliczce, ponowiła ślub dziewictwa, który już dawno uczyniła, ofiarowała Panu Jezusowi życie swoje, a poleciwszy się w szczególny sposób Najświętszej! Pannie, do której od najmłodszych lat miała wielkie nabożeństwo, udała się do pałacu wielkorządcy. Dacjan przyjął ją bardzo uprzejmie i rzekł do niej: „Wiem z jak znakomitego rodu pochodzisz i jak wysokie zasługi dla kraju położyli twoi przodkowie. Wiele mi także mówiono o twoich osobistych zaletach, z powodu których wszyscy mieszkańcy tego miasta mają dla ciebie wielki szacunek. Zamierzam donieść o tobie cesarzowi, aby cię wezwał na swój dwór, gdzie będziesz mogła wyjść za mąż odpowiednio do swojego wysokiego urodzenia. Wprawdzie niektórzy oskarżyli cię przede mną, że jesteś chrześcijanką, lecz poczytałem to za oszczerstwo i nie chciałem im wierzyć. Nie mogę bowiem przypuścić, aby osoba twojego stanu i tak starannie wykształcona, dała się wciągnąć do sekty, na którą każdy uczciwy człowiek patrzy z obrzydzeniem i która w całym państwie jest najsurowiej zakazana”.

    Święta Leokadia, spokojnie wysłuchała tej przemowy, a wiedząc do czego zamierza Dacjan, odpowiedziała: „Wdzięczna ci jestem za mniemanie jakie masz o mnie, i za pochwały, jakie oddajesz mojej rodzinie. Lecz wielce mnie też zasmuca niekorzystne uprzedzenie, jakie masz do chrześcijan i te pogardliwe słowa, jakich używasz, mówiąc o naszym wyznaniu. Moim zdaniem tylko ci dla tej religii nie mają szacunku, którzy jej nie znają, bo sam zdrowy rozsądek powinien każdemu powiedzieć, że tylko chrześcijańska religia jest prawdziwą religią. Tak zwani bogowie cesarstwa, to bożyszcza urojone. Trzeba całkiem postradać zdrowe zmysły, aby upatrywać bóstwo w tych istotach, które pogaństwo bogami ogłasza. Jedynie nauka chrześcijańska przywodzi nas do poznania tej najwyższej Istoty, która jest prawdziwym Bogiem wszechmocnym i nieśmiertelnym. Według jej zasad prawdziwa szlachetność, o którą powinniśmy się ubiegać, nie zależy od świetnych przodków i dawności rodu, lecz od wiernej służby temuż Bogu. Najwyższym zaszczytem dla człowieka jest wiernie Mu służyć”. Potem dodała jeszcze: „Co do mnie, innego Boga nigdy nie uznam, gdyż jestem chrześcijanką i chcę nią pozostać do śmierci”. Dacjan, widząc, że łagodne środki, do jakich zrazu się uciekł, zadając gwałt swojemu zwykłemu okrucieństwu, na nic mu się nie przydadzą, wpadł w złość i rzekł do Leokadii: „Nędznico, niegodnaś rodu, z którego pochodzisz!”, a potem, zwracając się do katów, których zawsze miał przy sobie, krzyknął: „Ponieważ ona uznaje się za służebnicę Galilejczyka, który umarł haniebnie na krzyżu, niech i ona spadnie do rzędu niewolnic!” i kazał jej kijami połamać kości, ale święta Leokadia nie okazała podczas tej katuszy najmniejszej boleści. Potem kazał ją tyran odprowadzić do więzienia, gdyż chciał zadać jej później jeszcze straszniejsze katusze. Gdy ją prowadzono, widziała chrześcijan, którzy płakali nad nią. „Mili bracia – rzekła do nich – nie płaczcie, ale raczej dziękujcie Panu Bogu za łaskę, jaką mi daje, że mogę cierpieć za Jezusa Chrystusa, mojego Boskiego Oblubieńca, i proście Go, aby mnie do końca nie opuszczał”.

    Święta Leokadia

    Zamknięta w ciemnej piwnicy przez czas dość długi, Leokadia dzień i noc błogosławiła Pana, i więzienie swoje poczytywała sobie za większe szczęście, niż gdyby mieszkała w najpyszniejszym pałacu. Trzymano ją tak przez kilka miesięcy, nie pozwalając jej z nikim się widzieć, ani nie wzywając jej na nowe badania, jakby zupełnie o niej zapomniano. Tylko jeden z dozorców więziennych, który jej, przynosił nędzny posiłek i był dla chrześcijan dość przychylny, rozmawiał z nią niekiedy i donosił jej, że prześladowanie chrześcijan coraz bardziej się szerzy. Między innymi dowiedziała się od niego, jakich okrucieństw dopuszczali się poganie nad św. Eulalią w pobliskim mieście Merydzie. Ucisk Kościoła przejął Leokadię świętą zgrozą, ale i żywym pragnieniem poniesienia śmierci męczeńskiej, toteż upadłszy na kolana z najwyższą gorącością ducha błagała Boga, aby i ją to szczęście jak najprędzej spotkało. Nie mając przy sobie krzyża ani żadnego wizerunku świętego, palcem zrobiła na twardym kamieniu znak Krzyża i ten pozostał cudownie wyryty jakby żelaznym dłutem. Na widok tego cudu wpadła w zachwycenie i w tejże chwili skonała. Umarła dnia 9 grudnia roku Pańskiego 303.

    Z biegiem czasu stanęły w mieście Toledo aż trzy Kościoły pod jej wezwaniem, jeden w miejscu, gdzie był dom, w którym mieszkała, drugi gdzie było jej więzienie, a trzeci nad jej grobem. Tu zdarzył się za króla Receswinda następujący cud: W dzień świętej Leokadii św. Ildefons, ówczesny biskup toledański, po sumie, którą celebrował, otoczony licznym duchowieństwem modlił się przed jej grobem. Nagle marmurowe wieko grobowca samo się podniosło i ukazała się św. Leokadia, a zwróciwszy się do świętego biskupa, rzekła: „Błogosławionyś ty Ildefonsie, że masz tak wielkie i serdeczne nabożeństwo do Najświętszej Panny, Matki Boga, i żeś tak dzielnie i skutecznie bronił Jej chwały i Jej niezrównanych przywilejów przeciwko Jej nieprzyjaciołom. Ukochany przez Maryj? synu, nie ustawaj w Jej czci i pobudzaj wszystkich do oddawania jej Królowej Nieba i ziemi, a za to miej nadzieję, że zawsze otrzymasz to, o co prosić będziesz przez Jej wszechwładne pośrednictwo”. Na te słowa wszyscy padli na twarze, a Ildefons rzekł do świętej Leokadii: „O święta Dziewico! Która wzgardziwszy życiem dla miłości Boga, panujesz z Nim za to na wieki w Niebie. O błogosławione miasto, w którym się urodziłaś i które uświęciłaś swoim męczeństwem, wejrzyj, na nie, i przybytków niebieskich, w których się znajdujesz, wesprzyj pośrednictwem swoim i swoich współziomków i króla, którzy tak nabożnie obchodzą święto twoje”. Po tych słowach św. Leokadia zaczęła powoli wstępować do grobu, a św. Ildefons, wziąwszy miecz od króla, odciął kawałek welonu, którym była okryta, dla zachowania go na pamiątkę tak wielkiego cudu. Welon ten wraz z mieczem królewskim przechowuje się dotąd ze czcią w skarbcu owego kościoła w Toledo.

    Nauka moralna

    Święta Leokadia, zamknięta w więzieniu, nie mając żadnego świętego wizerunku przed oczyma, palcem cudownie wyryła na kamieniu znak krzyża świętego. Starajmy się, abyśmy przez żywe nabożeństwo do Chrystusa na krzyżu dla nas umarłego, wizerunek krzyża świętego ciągle w pamięci i w sercu mieli wyryty.

    Św. Piotr apostoł mówi, że Chrystus dlatego tak dużo za nas cierpiał, abyśmy szli krwawymi Jego śladami; przez Mękę swoją daje nam przykład i uczy, że życie nasze doczesne jest cierpieniem, a drogi jego są naznaczone śladami łez naszych, ale Męka Jezusa Chrystusa udziela nam obfitych łask, że nasze krwawe ścieżki stają się jedyną naszą słodyczą, po których idąc, zdążamy do bramy Niebios. Ojciec Jego niebieski pokazuje Go przybitego do krzyża, mówi do każdego chrześcijanina: Patrz na ten wizerunek, wystawiony na górze Kalwarii, i wyraź Go na sercu swoim. Nie będziesz zaliczony do mieszkańców Nieba, jeżeli w cierpieniach nie będziesz podobny Chrystusowi ukrzyżowanemu; On bowiem na krzyżu wysłużył ci krwią swoją przeznaczenie do Nieba, aby zaś Męka Chrystusowa cię zbawiła, potrzeba, abyś w niej położył swą ufność i połączył swoje małe krzyżyki z Jego ciężkim krzyżem.

    Modlitwa

    Świętej; Leokadii, Dziewicy i Męczenniczki Twojej, prosimy Panie, niech modlitwy i zasługi nas wspierają, aby ta, która za wyznanie Imienia Twojego więzienie i śmierć poniosła, swoim pośrednictwem od wiecznego więzienia nas uchowała. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i z Duchem świętym króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 10 grudnia Uroczystość Przeniesienia Domku Loretańskiego

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Nastąpiło około roku Pańskiego 1294)

    Święto cudownego przeniesienia z Palestyny do Włoch mieszkania Matki Boskiej, w którym za sprawą Ducha świętego Syn Boży przyjął ciało ludzkie w Jej przeczystym łonie, postanowione zostało w roku Pańskim 1632, na pamiątkę owego wielkiego cudu, którego taka jest historia:

    Wiadomość, która się rozeszła przy końcu XIII wieku, że Ziemia święta, zdobyta przez muzułmanów, na nowo stracona została dla chrześcijan, ciężkim smutkiem napełniła wszystkie prawowierne dusze, lecz pod tę samą porę inna wieść pocieszyła wiernych i rozweseliła wszystkich, a szczególnie czcicieli Matki Bożej: oto święty domek z Nazaretu, w którym Maryja za sprawą Ducha świętego poczęła Syna Bożego, przeniesiony został cudownie na rękach anielskich z kraju zajętego przez wrogów Chrystusowych na ziemie zamieszkałe przez chrześcijan.

    Stało się to około roku Pańskiego 1294. Po zawojowaniu Palestyny mahometanie zburzyli wspaniały kościół, który cesarzowa Helena wybudowała w Nazarecie na cześć Matki Boskiej, zaczem i błogosławiony domek Maryi, który się w środku tego kościoła znajdował, byłby wkrótce uległ temu samemu losowi, kiedy Pan Bóg kazał aniołom swoim przenieść go stamtąd do Dalmacji, zamieszkałej przez wiernych chrześcijan, Dnia dziesiątego maja w roku wyżej wymienionym, wkrótce po północy, domek nazaretanski znalazł się na brzegach morza Adriatyckiego i przez ręce anielskie złożony został pomiędzy miasteczkami Tersak i Fiume, na wzgórzu zwanym pospolicie Rannika. O wschodzie słońca ujrzało z podziwieniem kilku mieszkańców tej okolicy jakiś budynek na miejscu, na którym nigdy nie było żadnego domu ani chatki. Ten nadzwyczajny wypadek wnet się rozgłosił w całej tej krainie, zbiegli się przeto zewsząd ludzie, ciekawie przyglądając się tajemniczemu przybytkowi, zbudowanemu z małych czerwonych cegiełek, spajanych rodzajem wapna nieznanego w tym kraju. Podziwiali kształt jego przypominający wschodnie domy, a szczególnie nikt pojąć nie mógł, w jaki sposób stoi, umieszczony na wierzchu ziemi bez żadnych fundamentów. Wewnątrz znaleźli wysoką izbę kształtu podłużnego czworoboku. Sufit, nad którym była mała dzwonniczka, był drewniany, malowany na niebiesko i podzielony na kilka części, na których gdzie niegdzie rozsiane były złocone gwiazdy. U dołu ścian wmurowane były kamienne naczynia różnego kształtu. Mury grubości około łokcia, niekształtnie prowadzone, w niektórych miejscach chybiające linii, miały powłokę z grubego tynku, na którym wymalowane były główne tajemnice Boskiego macierzyństwa Maryi. Drzwi dosyć szerokie w bocznej ścianie umieszczone, stanowiły jedyne wejście do tej jakby kapliczki. Po prawej stronie było wąskie okno, naprzeciw niego wznosił się ołtarz z wielkich kamieni czworobocznych, a nad nim stał krzyż greckiego kształtu, z wizerunkiem Pana Jezusa, malowanym na płótnie a przyklejonym do drzewa, na którym znajdował się napis: „Jezus Nazareński, Król Żydowski”.

    Najświętsza Maryja Panna Loretańska

    Przy ołtarzu stała niewielka szafeczka, bardzo prostej roboty, przeznaczona na naczynia domowe dla ubogiej rodziny. Znaleziono w niej kilka małych talerzyków, jakich na wschodzie używają matki do karmienia dzieci. Po lewej: stronie był rodzaj kominka, mającego u wierzchu framugę rzeźbioną, kończącą się u dołu kolumnami także rzeźbionymi, a u wierzchu łukiem, w którym wiązało się pięć księżyców. Tamże umieszczony był posąg cedrowy, przedstawiający Najświętszą Maryję Pannę, stojącą i trzymającą Dzieciątko Jezus na ręku. Dzieciątko z Boskim wyrazem twarzyczki, prawą rączkę miało wzniesioną jakby do błogosławieństwa, a w lewej trzymało kulę ziemską. Cały posąg, w chwili gdy go ujrzano po raz pierwszy, przykryty był czerwoną zasłoną w kształcie wielkiej sukni, sięgającej po szyje Jezusa i Maryi.

    Mieszkańcy okolicy donieśli o tym dziwnym domku swemu biskupowi Aleksandrowi, który właśnie śmiertelnie zapadł na zdrowiu. Nazajutrz zebrała się wokół domku jeszcze większa liczba ludzi, robiąc rożne wnioski dla wytłumaczenia sobie tajemnicy, gdy wtem najniespodziewaniej stanął pomiędzy nimi biskup Aleksander, i to zupełnie zdrowy.

    Jak się okazało, wiadomość o cudownym pojawieniu się domku natchnęła biskupa nadzwyczajnym pragnieniem oglądania go własnymi oczyma; przeniósłszy się tedy myślą do stop wizerunku Matki bożej w domku, polecił się Jej szczególnej, opiece, prosząc Ją o zdrowie. W tej samej chwili ujrzał Maryję w gronie aniołów zstępującą z Nieba, która zbliżywszy się do niego, tak przemówiła: „Synu mój, wezwałeś Mnie i oto przybywam, aby cię poratować i wyjawić ci tajemnicę, którą pragnąłeś oglądać. Wiedz zatem, że domek, przeniesiony teraz do twojej diecezji, jest tym samym, w którym się urodziłam i wychowałam. W nim po zwiastowaniu Gabriela archanioła za sprawą Ducha św. poczęłam Syna Bożego; w nim więc Słowo stało się Ciałem. Po moim wniebowzięciu apostołowie poświęcili przybytek pamiętny tak głębokimi tajemnicami, i za największą pociechę poczytywali sobie odprawianie w nim Mszy świętej. Ołtarz, przeniesiony wraz z domkiem moim, był urządzony przez św. Piotra apostoła. Krzyż umieścili inni apostołowie, a posąg cedrowy wyrzeźbił św. Łukasz Ewangelista, który ożywiony wielkim przywiązaniem do mnie, wyraził na nim moje podobieństwo tak doskonale, jak to człowiek tylko mógł uczynić. Domek ten, umiłowany od Boga, przez tyle wieków czczony w Galilei, ponieważ teraz narażony tam był na zniewagę od niewiernych, z Nazaretu przeniesiony został tutaj. Nie masz w tym żadnej wątpliwości, gdyż sprawcą tego cudownego zdarzenia jest Bóg, który wszystko może. Chcąc, abyś, stał się najwierniejszym świadkiem i apostołem tego cudu, uzdrawiam cię, a powrót twój do zdrowia po ciężkiej i śmiertelnej chorobie niech przekona wszystkich o niezawodności tego, co ci powiedziałam”.

    Od tej pory tłumy pobożnych pielgrzymów przychodziły oddawać cześć owemu przybytkowi, najświętszemu z ziemskich, bo w nim narodziła się i wychowała Ta, z której miało przyjść na świat zbawienie, i w nim za sprawą Ducha świętego w Jej łonie Syn Boży stał się człowiekiem, aby nas odkupić. Domek przebywał w owym miejscu tylko trzy lata. Dnia 10 grudnia roku Pańskiego 1294 mieszkańcy okolic miasta Recanati we Włoszech ujrzeli wśród nocy nad brzegami Morza Śródziemnego światłość niebieską i usłyszeli w górze śpiewy anielskie. Potem zobaczyli wśród tej światłości domek nazaretański, który znowu unoszony na rękach aniołów w ich oczach umieszczony został wśród gęstego laurowego lasu tam rosnącego. Według podania stała tam dawniej świątynia pogańska, a że las ten był złożony z drzew laurowych, więc miejsce to nazywano Lauretum.

    Po ośmiu miesiącach domek został cudownie przeniesiony nieco dalej na posiadłość braci Anticich, a stąd dnia 7 września roku 1925 na miejsce obecne. Z biegiem czasu powstało przy nim znaczne miasteczko, zwane Loretto. W środku tego miasta wznosi się wspaniała bazylika, wybudowana z darów papieży i pobożnych pielgrzymów. Święty domek znajduje się w obrębie jej murów, stanowiąc jakby osobną kaplicę.

    Najściślejsze roztrząsanie dowodów, przekonywujących, że jest to niezawodnie domek Matki Bożej z Nazaretu, podejmowane przez kilku papieży, nie zostawia żadnej pod tym względem wątpliwości. Dziś dowodzą nam już tego bulle apostolskie, jako też cześć nadzwyczajna, oddawana temu przybytkowi od tylu wieków przez wszystkich wiernych, a nadto niezliczone mnóstwo zaszłych tamże cudów i obfitość łask niebieskich, które w tym świętym przybytku codziennie wypraszają sobie pobożni pielgrzymi do tego miejsca przybywający. Papież Innocenty XII wyznaczył na pamiątkę tego cudownego przeniesienia osobne święto dla diecezji ankońskiej, do której należy Loretto. Uroczystość tę obchodzą również niektóre diecezje w wielu innych krajach.

    Nauka moralna

    Przenieśmy się na chwilę w duchu do świętego domku. Jest on malutki i niepozorny, ściany jego proste, niepobielane, złożone z kamieni czerwonawej barwy, a widne tu i ówdzie szczeliny świadczą o starożytności mieszkania. W domu tym mieszkała w Nazarecie „Błogosławiona między niewiastami” i mówiła do schylającego się przed Nią ze czcią największą anioła: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według słowa Twego”. Kórzmy się przed świętą tajemnicą, według której druga osoba Boska w Maryi przywdziała postać i naturę człowieczą i rozważmy następujące dwa szczegóły:

    1) Miasteczko Nazaret nie miało żadnego znaczenia u żydów; żaden z proroków nigdy w nim nie przemieszkiwał, a domek Józefa i Maryi należał do najuboższych w tej nieznanej mieścinie. Jednorodzony Syn Boski wybrał to miejsce, aby w ludzi wpoić najpierwszą i najpotrzebniejszą każdemu cnotę: pokorę i pogardę wielkości ziemskiej. Idźmy za przykładem Zbawiciela, umiłujmy ustronia, w których nic nas odwodzić nie będzie od Jezusa i Maryi, w których Wszechmocny hojnie na nas zleje swe dary.

    2) Nazaret znaczy w hebrajskim języku „kwiat”. Pan Jezus jest kwiatem wszystkiego dobrego. Wszakże sam mówi o sobie: „Ja jestem kwiatem polnym i lilią roślin”. Jak kwiatom ojcem jest ożywiające słońce, a matką ciemne łono ziemi, tak Panu Jezusowi Ojcem jest Bóg w Niebie, a Matką Panna łaski pełna. Trafnie zauważył przeto św. Bonawentura: „Słuszne było, iż kwiat (Jezus) począł się w kwiecie i przez kwiat był pielęgnowany, tak jak było słuszne, że chciał się stać człowiekiem w wiosnę, w porze kwiatów”. Zważmy nieskończoną miłość Chrystusa, który pragnie zamieszkać w sercach naszych, i jeśli Syna Bożego przyjąć pragniemy, bądźmy kwiatami niepokalanej czystości, wydającymi zapach wonny i miły.

    Modlitwa

    Boże, któryś dom Najświętszej Maryi Panny przez tajemnicę Wcielenia Słowa najmiłościwiej uświęcić raczył, spraw łaskawie, prosimy, abyśmy od przybytków grzeszników oddzieleni, godnymi się stali być mieszkańcami Twojego domu wiecznego. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 9 grudnia Żywot świętego Piotra Kanizjusza, Doktora Kościoła

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (żył około roku Pańskiego 1597)

    Piotr przyszedł na świat w mieście Nymwegen w Holandii w roku 1521. Pochodził z szlacheckiego i znakomitego rodu de Hondt’ów. Jako chłopiec odznaczał się pobożnością i wielkimi zdolnościami. Uczęszczał do szkół w Kolonii i słynął między współuczniami nie tylko z wielkiej bogobojności, ale i z rozległych wiadomości w filozofii, prawie i teologii. Ojciec obmyślił dla niego nader korzystne małżeństwo, ale Piotr oświadczył, że uczynił ślub czystości, pragnie poświęcić się służbie Bożej i słuchać nauk teologicznych. Przysposobiwszy się do stanu duchownego gorącą modlitwą, wstąpił do zakonu Jezuitów.

    Już w czasie nowicjatu był żywym przykładem prawdziwej pilności i pełnił bez przerwy dzieła miłosierdzia względem biednych i chorych. Po śmierci ojca spadł na niego wielki majątek, ale on nie zatrzymał dla siebie ani grosza, lecz wszystko oddał na cele dobroczynne.

    Po złożeniu ślubów i otrzymaniu święceń kapłańskich podzielił cały swój czas między naukę, kazania, katechizacje i słuchanie spowiedzi. Licząc zaledwie 26 lat, wysłany został jako uczony teolog na sobór trydencki, gdzie podziwiano jego pokorę i naukę. Wskutek próśb księcia bawarskiego Henryka IV powołano go na uniwersytet w Ingolsztadzie na profesora teologii. Kazania jego niezadługo zyskały taki rozgłos, że żaden kościół nie zdołał w swych murach pomieścić natłoku słuchaczów, musiał tedy prawić pod gołym niebem. Niezadługo zakwitła wszechnica ingolsztadzka pod jego rektoratem, a profesorowie złożyli w archiwum miejskim dokument pełen pochwały i wdzięczności dla swego przewodnika.

    Po trzech latach pracy w Ingolsztadzie udał się Kanizjusz na skutek próśb cesarza Ferdynanda I do Wiednia, gdzie go czekały niesłychane trudy, zagęściły się już bowiem w tym mieście nowinki protestanckie, kilka klasztorów świeciło pustkami, a księży prześladowano i znieważano; przyszło nawet do tego, że od dwudziestu lat nie było święceń duchownych, a przeszło 300 parafii było bez duszpasterzy.

    Słynny kaznodzieja miewał początkowo 8 do 10 słuchaczów. Nie zniechęciło go to bynajmniej, a niezadługo wybuchła zaraza, która przyspieszyła jego zwycięstwo. Miłosierdzie i ofiarność, jaką okazał w tych dniach smutku wobec błędnowierców, starczyła za najjaśniejszy dowód, po której stronie prawda. Zaufanie do niego wzrastało z dnia na dzień, a w wychowaniu młodzieży mógł się pochlubić jak najobfitszym owocem. W gorliwości o wiarę podejmował najuciążliwsze misje. Trudy te nagradzały mu liczne nawrócenia odszczepieńców na łono Kościoła.

    Ferdynand I prosił po trzykroć w Rzymie, ażeby Kanizjusza mianowano biskupem wiedeńskim, ale wszystkie jego starania rozbiły się o pokorę Piotra i opór św. Ignacego Loyoli. Piotr podejmował wprawdzie rozmaite prace należące do biskupa, ale dochodów biskupich nie tknął.

    Święty Piotr Kanizjusz

    Wybrany prowincjałem jezuitów w Niemczech, musiał jechać do Pragi, aby tam założyć kolegium. W Pradze przywitano go kamieniami i błotem; nawet przy ołtarzu nie był bezpieczny od zniewag. Za tę nienawiść odwzajemniał się miłością i tym dokazał, że prześladowcy zawstydzili się, zaprzestali napaści, a po pewnym czasie nawet niektórzy zagorzalcy zaczęli oddawać swoich synów do szkół jezuickich, dwóch zaś najznakomitszych pastorów luterskich wróciło na łono Kościoła. – Z Pragi, w której przez dwa lata pobytu zaszczepił ducha katolickiego, wrócił Piotr do Bawarii, aby tam w kilku miastach założyć kolegia. I tutaj protestanci szkalowali go słowem i pismem, ale blask jego cnót, potęga kazań i miłość tak świetny odniosły tryumf, że wkrótce nawet nieprzyjaciele musieli go podziwiać, a życie katolickie znowu silnie zakwitło.

    Wracając z Rzymu, dokąd się był udał na wybór generała, założył w wielu miejscach kolegia jezuickie, a w innych żarliwie głosił kazania. W Insbrucku pełnił przez lat siedem obowiązki kaznodziei nadwornego, a licząc lat 60, chciał dokonać życia w zaciszu celi zakonnej. Tym czasem poprosił go nuncjusz papieski w Lucernie, aby przybył do Szwajcarii bronić katolicyzmu przeciw naukom Zwingliego i Kalwina, które się najwięcej szerzyły w kantonie fryburskim. Piotr usłuchał wezwania i jeszcze przez siedemnaście lat niestrudzenie pracował W służbie Kościoła. Co niedzielę i w świętą głosił kazania w kościele miejskim, a w dni powszednie jeździł po wsiach, aby i tam ożywić krzepnące życie religijne. Dożył też pociechy, że rada miejska fryburska zobowiązała się przysięgą, że utrzyma katolicyzm w kantonie, pomoże do założenia kolegium jezuickiego, i nie pozwoli na przyszłość osiadać w kraju innowiercom. Gdy już nie mógł więcej miewać kazań, gorliwie się modlił i pisał dzieła treści pobożnej, aż wreszcie Pan Bóg dnia 21 grudnia 1597 roku go powołał do chwały wiecznej. Ciało jego, słynące wielu cudami, znajduje się w kościele jezuickim we Fryburgu i jest dotychczas celem pobożnych pielgrzymek. Spomiędzy różnych jego pism najmniejszym, ale najwięcej rozpowszechnionym jest jego katechizm.

    Nauka moralna

    Święty Piotr Kanizjusz ułożył podczas swego pobytu w Wiedniu katechizm, w którym wyjaśnia w postaci pytań i odpowiedzi prosto i zrozumiale naukę wiary i obyczajów. Biskupi dali temu dziełku zatwierdzenie i zalecili je rodzinom i szkołom. Znajomość artykułów wiary, przykazań Boskich i sakramentów świętych jest najlepszym zabezpieczeniem od zarazy innowierstwa. Dlatego usilnie polecić należy:

    1) Chętne i częste odczytywanie katechizmu, jest on bowiem najlepszym drogowskazem i przewodnikiem na drodze żywota, zagrożonego tylu burzami, pokusami i różnorodnymi niebezpieczeństwami. Jak Rafał archanioł pod postacią młodzieńca towarzyszył w podróży młodemu Tobiaszowi, jak mu wskazywał, co ma czynić a czego unikać, i tak posłusznemu synowi zapewnił szczęście, tak i nas poucza przez katechizm Kościół katolicki, co mamy czynić, czego unikać, by zyskać szczęście wiekuiste. Katechizm, który nam wręcza ustanowiony przez papieża biskup, daje nam czystą, nieomylną naukę Chrystusa Pana; przemawia on do nas językiem Zbawiciela. Słuchając nauk katechizmu, słuchamy samego Jezusa; lekceważąc i odrzucając katechizm, lekceważymy i odrzucamy samego Zbawiciela. Czytajmy przeto katechizm z dobrą wiarą i ufnością, gdyż on jest naszym nieomylnym nauczycielem i wskazuje nam, czego potrzeba, aby żyć pobożnie i dobrze umierać.

    2) Rozczytujmy się często w katechizmie, bo przemawia on do nas językiem Boga. Jakiż język, jaka rozmowa może dla nas być korzystniejsza, przyjemniejsza i cenniejsza od rozmowy z Ojcem niebieskim? Pożałowania godny jest ten, kogo żywiej obchodzą nowinki i plotki gazeciarskie lub wynalazki i spekulacje giełdowe; ubolewać należy nad takim, kogo nudzi słowo Boże, zachęcające do cnoty, doskonałości i walki ze złym, uszlachetniające serca i dusze. Święty Jan mówi: „Kto z Boga jest, słucha słowa Bożego”. Z doświadczenia wiemy, jak tępa jest pamięć nasza dla prawd nadprzyrodzonych, jak mało staramy się wniknąć w ich treść i dokładnie je pojąć, jak łatwo te prawdy w naszej pamięci się zacierają w nawale trosk codziennych, doczesnych zajęć, domowych kłopotów i ustawicznych rozrywek. Dlatego też odświeżanie w pamięci tych prawd jest rzeczą konieczną i świętym obowiązkiem. Psalmista Pański słusznie przeto mówi: „Szczęśliwy mąż, który umiłował przykazania Boże i rozważa je dniem i nocą. Wszystko, co czyni, uda mu się”.

    Modlitwa

    Beże, który na obronę świętej wiary katolickiej uzbroiłeś świętego Piotra siłą cnoty i nauki, spraw za jego przyczyną, prosimy Cię pokornie, aby wszyscy innowiercy nawrócili się do prawdy, a wszyscy wierni silnie trwali przy prawdzie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 8 grudnia Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (Święto to ustanowione zostało około roku Pańskiego 1000)

    LEKCJA (z Księgi Przypowieści, rozdz. 8, wiersz 22-35)

    Pan mię posiadł na początku dróg swoich, pierwej niźli co uczynił z początku. Od wieku jestem ustanowiona i ze starodawna, pierwej niźli się ziemia stała. Jeszcze nie było przepaści, a jam już poczęta była; ani jeszcze źródła wód były wytrysnęły, ani jeszcze góry ciężką wielkością były stanęły, przed pagórkami jam się rodziła; jeszcze był ziemi nie uczynił, ani rzek, ani zawias okręgu ziemi. Gdy gotował Niebiosa, tamem ja była; gdy według pewnego prawa kołem otaczał przepaści, gdy Niebiosa utwierdzał w górze i ważył źródła wód, gdy zakładał morzu granice jego, a ustawę dawał wodom, aby nie przestępowały granic swoich: kiedy zawieszał fundamenty ziemi. Z Nim byłam, wszystko urządzając, i rozkoszowałam się na każdy dzień, igrając przed Nim w każdy czas, igrając na okręgu ziemi, a rozkoszą moją być z synami człowieczymi. Teraz tedy, synowie, słuchajcie Mnie: błogosławieni, którzy strzegą dróg Moich! Słuchajcie napomnienia, a bądźcie mądrymi, a nie odrzucajcie go. Błogosławiony człowiek, który Mnie słucha i który czuwa u drzwi Moich na każdy dzień, i pilnuje u podwojów drzwi Moich. Kto Mnie znajdzie, znajdzie żywot i wyczerpnie zbawienie od Pana.

    EWANGELIA (Łuk. rozdz. 1, wiersz 26-28)

    Onego czasu posłany jest anioł Gabriel od Boga do miasta galilejskiego, zwanego Nazaret, do Panny poślubionej, mężowi, któremu imię było Józef, z domu Dawidowego, a imię Panny Maryja. I wszedłszy anioł do Niej, rzekł: Bądź pozdrowiona łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławiony człowiek, który Mnie słucha i który

    * * *

    Kościół katolicki umieścił uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w pierwszych dniach nowego roku kościelnego i Adwentu. Tajemnicą, którą Kościół święty o tej porze tak mocno się zajmuje, jest spodziewane przybycie Mesjasza i ziszczenie proroctwa : „Otóż Dziewica pocznie i narodzi Syna, a imię Jego będzie Emanuel!” Przybycie Jezusa Chrystusa na ziemię jest trojakie i w trojaki też sposób się dzieje, jako też w trzech rozmaitych porach. Mówi o tym święty Bernard następującym sposobem: „W porze pierwszego przybycia przychodzi Pan Jezus cieleśnie i jako istota słaba, w drugiej duchowo i z potęgą, w trzeciej zaś pojawia się w całej chwale i majestacie swoim”. Zapowiedziany i oczekiwany Zbawiciel i wiekuisty Sędzia zostaje w ścisłym połączeniu z dziewiczą swą Matką, a co Bóg złączył, tego Kościół święty nie rozłączy. Z tego też powodu rozpoczyna tenże Kościół pierwszy tydzień Adwentu, stanowiącego przygotowanie do wielkiej uroczystości Narodzenia Chrystusa Pana, świętem Niepokalanego Poczęcia. Święto o którym mowa, jest jakoby jutrzenką i zapowiedzią pojawienia się wspaniałej tarczy słonecznej, która wspaniałym blaskiem oświeci drzemiące w ciemnej pomroce doliny. Szczęśliwa Matka-Dziewica obiecanego Mesjasza, której przyjście na świat musiało wyprzedzić Narodzenie Zbawiciela, sama w dniu dzisiejszym poczęta została. W poczęciu tym otrzymała stęskniona za Zbawicielem ludzkość najpewniejszą rękojmię, że przybycie Chrystusa Pana nie będzie czczym i złudnym marzeniem.

    Dwoje uczciwych i prawych Izraelitów Joachim i Anna, potomków królewskiego rodu Dawida, smuciło się, że Pan Bóg nie obdarzył ich potomstwem. Wszakże Najwyższy ulitował się nad ich nędzą, wysłuchał ich gorących modłów i obdarzył dziecięciem, owym białym, łagodnym gołąbkiem, zesłanym na ziemię jako zwiastun pokoju. Niepokalane Poczęcie Maryi jest zapowiedzią przyjścia na świat Chrystusa. Święta Anna nie tylko poczęła Najświętszą Maryję Pannę, ale poczęła Ją bez zmazy grzechu pierworodnego. Wiara ta była już dość wcześnie rozpowszechniona pomiędzy czcicielami Maryi, którym nie mogło się pomieścić w głowie, iżby istota wybrana przez Boga w celu zmiażdżenia głowy węża miała kiedykolwiek choćby na chwilę pozostawać w mocy szatana. Przekonanie to podzielali najuczeńsi i najpobożniejsi mężowie pierwszych wieków chrześcijaństwa. Doktorowie i Ojcowie Kościoła nazywają Ją „Niepokalaną, bez zmazy poczętą, nietkniętą, niewinną, czystą, przybytkiem niewinności, podstawą świętości wyższą nad wszelką pochwałę i nad wszelki podziw”. Mówią o Niej, że jest świętszą od Świętych, od patriarchów, proroków, apostołów, świetniejszą od aniołów, czystszą od cherubinów i serafinów i chwalebniejszą od wszystkiego stworzenia. Nazywają Ją uosobieniem czystości, świętości i piękności; twierdzą nawet, iż niewinności Jej nie podobna rozumem pojąć, ani słowami odpowiednio określić.

    Nie dziw przeto, że ogromna większość wiernych nigdy o tym nie powątpiewała, iż Matka Boska istotnie bez grzechu poczęta została; nie dziw także, iż ludzkość pamiątkę tego poczęcia od dawna wielce uroczyście obchodziła. Ale z czasem pojawili się tacy, którzy ten artykuł wiary odrzucali, twierdząc, jakoby Maryja dopiero po poczęciu w żywocie matki pobłogosławiona została, tak jak święty Jan Chrzciciel. Zaledwie się te wątpliwości pojawiły, powstali wszędzie pobożni mężowie, którzy usilnie bronili prawdziwości Niepokalanego Poczęcia. Profesorowie na wszechnicach składali przed wprowadzeniem na urząd przysięgę, że w swych wykładach będą uważać ten artykuł wiary za niewzruszoną prawdę, a zakony Franciszkanów, Jezuitów i Redemptorystów w swych kazaniach zawsze i wszędzie dowodziły, iż Maryja zawsze wolna była nie tylko od pierworodnego, ale i wszelkiego innego grzechu i że bez zmazy poczęta została. Wiara w ten święty przywilej Najświętszej Panny coraz większe ogarniała koła i stała się z biegiem czasu powszechną, chociaż najwyższa powaga Kościoła, papież i sobory uroczyście jej nie ogłosiły i do wierzenia nie podały.

    Niepokalanie Poczęta

    Kościół wschodni, który był pierwszym spadkobiercą świątobliwych i pobożnych tradycji, obchodził już w wieku szóstym święto Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. W Kościele zachodnim najpierw zaliczyła je do świąt Hiszpania w wieku ósmym, w dziewiątym państwo neapolitańskie, a w jedenastym Anglia. Nadto św. Anzelm bardzo gorliwie się starał o rozpowszechnienie tego święta, a sobór powszechny zaprowadził je w Niemczech w roku 1049.

    Wreszcie począł się cały świat katolicko-chrześcijański domagać od Stolicy świętej, ażeby powszechne mniemanie o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny podniosła do godności artykułu wiary, obowiązującego wszystkich wiernych pod karą utraty zbawienia. W roku 1849 ogłosił przeto papież Pius IX pod datą 2 lutego encyklikę, w której wyraźnie wypowiada co następuje: „Dziwiono się powszechnie, czemu Kościół święty i Stolica Apostolska nie przyznała dotychczas Najświętszej Dziewicy tego zaszczytu przez uroczyste ogłoszenie dogmatu, którego się wszyscy. pobożni wierni tak usilnie i tęsknie domagają”.

    Następnie zapytał Ojciec św. wszystkich biskupów całego katolickiego świata o ich zdanie w tej mierze. Gdy zaś biskupi ze wszystkich pięciu części świata stwierdzili zgodnie swą wiarę w Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny i wyrazili życzenie, aby papież jako najwyższy Ojciec i Nauczyciel chrześcijaństwa tę wiarę jako naukę i dogmat kościelny uroczyście ogłosił, wtedy dnia 8 grudnia roku 1854 powstał czcigodny następca Piotra świętego, otoczony pięćdziesięciu trzema kardynałami, czterdziestu trzema arcybiskupami, stu biskupami i niezliczoną ilością wiernych i wśród głośnych okrzyków radości obwieścił katolickiemu światu dogmat: „Że nauka twierdząca, iż Najświętsza Dziewica Maryja w pierwszej chwili poczęcia swego wskutek szczególnego daru i łaski wszechmocnego Boga i ze względu na zasługi Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, była zachowana i wolna od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest objawiona przez Boga i winna stanowić dla wszystkich wiernych silny i niewzruszony artykuł wiary”.

    Powtarzamy tu raz jeszcze, że papież tym uroczystym obwieszczeniem nie ustanowił nowego artykułu wiary, lecz prastarą i odwieczną naukę jako objawienie pochodzące od Boga uroczyście ogłosił.

    Przy tej sposobności oddał jak najpiękniejszy hołd Przeczystej Dziewicy zakon św. Franciszka z Asyżu, który przez lat czterysta podejmował tak wielkie zachody, aby wyjednać dla Królowej Niebios ten wspaniały triumf. Oto kiedy Ojciec święty Pius IX świetnym diademem ukoronował obraz Niepokalanej w bazylice św. Piotra, zbliżyli się dwaj reprezentanci serafickiego patriarchy. Jeden z nich, generał Bernardynów, podał mu gałązkę lilii ze srebra; drugi, generał franciszkański, takąż gałązkę róż rozkwitłych. Lilie i róże są bowiem kwiatami Matki-Dziewicy, obrazem Jej czystości i miłości; srebro przypomina łagodny połysk księżyca, który bierze swe światło od słońca.

    Za czasów panowania Ojca świętego Leona XIII wyniesiona została uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny do godności święta uroczystego z wigilią.

    Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu
    Najświętszej Maryi Panny w roku 1854 przez Ojca świętego Piusa IX

    W dniu 8 grudnia roku Pańskiego 1904 minęło pięćdziesiąt lat od chwili, w której papież Pius IX ogłosił jako artykuł wiary katolickiej tę prawdę, iż Przeczysta Matka Boża została poczęta w łasce uświęcającej, czyli że nigdy nie podlegała zmazie grzechu pierworodnego. Cały świat katolicki obchodził uroczyście w tym czasie nadzwyczajny jubileusz, który Ojciec święty Pius X licznymi nadał odpustami.

    Nauka moralna

    Dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny streszcza w sobie dwa dogmaty zasadnicze nauki katolickiej, a to: o Bóstwie Pana Jezusa i o skłonności człowieka do złego wskutek grzechu odziedziczonego po pierwszych rodzicach. Stąd bowiem, że Maryja Panna miała być Matką Boga, potrzeba było koniecznie, aby była wolna od skazy grzechu pierworodnego, i Ona też tylko sama jedna pomiędzy ludźmi stanowi w tym wyjątek. Słaba wiara w Bóstwo Zbawiciela i zapoznanie następstw grzechu pierworodnego są głównym źródłem wszystkich istniejących za naszych czasów błędów religijnych. Podziwiajmy więc miłosierdzie i mądrość Pana Boga, który właśnie w tym czasie chciał mieć ogłoszonym dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, aby w ten sposób w umysłach wiernych ożywić pamięć tych właśnie prawd, które jawnie lub skrycie często były zaprzeczane.

    Cieszmy się więc tym przywilejem Najświętszej Panny, a obrawszy Ją sobie za szczególniejszą patronkę w całym naszym życiu, naśladujmy Ją, strzegąc się grzechu każdego; skoro zaś szatan z pokusami prześladować nas zechce, uciekajmy się do Maryi, jako dzieci do Matki, a ta błogosławiona Dziewica weźmie nas w swą opiekę i doda nam łaski do zwyciężenia pokus.

    Młodzieniec pewien przyszedł do o. Zucchi w Rzymie, aby go prosić o radę – był bowiem w rozpaczy o zbawienie swoje, a to dlatego, że nie czuł dość siły, aby się pozbyć grzesznego nałogu, z którym mu pewne potępienie groziło. Kapłan, zlitowawszy się nad nim, polecił mu odmawiać codziennie krótką modlitewkę do Najświętszej Panny, tudzież wzywać Jej pomocy w każdej pokusie. Ucieszył się młodzieniec z tej rady i postanowił najsumienniej ją wypełnić. Wkrótce też doznał jej cudownego skutku. Na wezwanie Maryi uciekał szatan, a błogi spokój ze szczerym obrzydzeniem grzechu wstępował do serca młodzieńca. W cztery lata później przybył on znowu do Rzymu, prosząc o. Zucchi o spowiedź świętą, a gdy ten, dziwując się jego zupełnej odmianie, zapytał, co za przyczyna tego, odpowiedział młodzieniec: „Ojcze, to ta krótka modlitewka do Najświętszej Panny tak cudowną we mnie odmianę sprawiła”. Brzmi ona jak następuje:

    Modlitwa

    O Pani moja, o Matko moja! Tobie się cały ofiaruję, i abym udowodnił i okazał moje ku Tobie nabożeństwo, poświęcam Ci dzisiaj oczy moje, usta moje, uszy moje i serce moje i całego siebie zupełnie. Ponieważ zatem jestem Twoim (Twoją), o dobra Matko – przeto strzeż mnie i broń mnie, jako rzeczy i własności swojej. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 7 grudnia Żywot świętego Ambrożego, arcybiskupa i Doktora Kościoła

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (żył około roku Pańskiego 397)

    Święty Ambroży urodził się w Trewirze w roku 340. Ojciec jego był namiestnikiem, zawiadującym wielką częścią Włoch, Hiszpanią, Francją i Niemcami. Gdy umarł przedwcześnie, matka udała się do Rzymu, skąd była rodem, i poświęciła się całkowicie wychowaniu trojga dzieci. Ambroży był z nich najmłodszym i odznaczał się nadzwyczajnymi zdolnościami i niewymowną słodyczą charakteru. Już jako młody uczeń zasłynął z głębokiej nauki, porywającej wymowy i wielkiego talentu poetyckiego. Jako adwokat miał w trybunałach rzymskich tak wielkie powodzenie, że po kilku latach mianowano go namiestnikiem Górnych Włoch i przeznaczono mu na rezydencję Mediolan.

    Gdy po śmierci biskupa Auksencjusza duchowieństwo wraz z ludem przystąpiło do wyboru następcy, powstały między arianami a katolikami zawzięte spory, grożące rozlewem krwi. Usłyszawszy o tym, pobiegł Ambroży do zgromadzonych wyborców i tak dobrotliwie zachęcał ich do porządku i zgody, że wszystkich rozrzewnił. Nagle odezwało się jakieś dziecko: „Ambroży biskupem!” Zgromadzeni spojrzeli po sobie ze zdumieniem, spory przycichły, a po chwili odezwał się jednomyślny okrzyk katolików i arian: „Tak jest, Ambroży będzie naszym biskupem!”, ale namiestnik uciekł z kościoła, wzbraniając się przyjąć ofiarowaną godność. Gdy noc zapadła, uciekł do Pawii. Szedł przez całą noc, ale gdy świtać poczęło, stanął ku swemu wielkiemu zdumieniu przed bramą Mediolanu, gdzie pochwycony został przez lud i zaprowadzony do namiestnikowskiego pałacu. Stamtąd już go nie wypuszczono, dopóki cesarz Walentynian nie zatwierdził jego wyboru na biskupa.

    Ambroży przyjął tedy chrzest święty, otrzymał święcenia duchowne i konsekrowany został na biskupa dnia 7 grudnia roku 374. Natychmiast oddał znaczny swój majątek na ubogich i kościoły, zaprowadził w swym pałacu jak najskromniejsze życie i pościł co dzień aż do wieczora, wyjąwszy soboty i niedziele. Gdy mu ze względu na zdrowie odradzano tak surowe posty, odpowiedział z uśmiechem: „Z obżarstwa już niejeden poszedł w ziemię, z postu nikt jeszcze!” Niestrudzenie pracował dla dobra diecezji i powierzonych sobie owieczek, a noc poświęcał modlitwie, sypiając tylko kilka godzin. Co niedzielę głosił kazania tak wymowne i przekonywujące, że nawet światowo usposobieni ludzie z największą uwagą ich słuchali. Nade wszystko zalecał dziewictwo i czynił to z taką gorliwością, że wiele matek wstrzymywało córki od słuchania jego kazań, obawiając się, aby nie nabrały wstrętu do małżeństwa i nie ślubowały dozgonnego panieństwa. Pokoje jego były dla każdego otwarte; ktokolwiek potrzebował pociechy, rady lub pomocy, śmiało do niego przychodził, niezapowiadany przez służącego. Mimo niesłychanego nawału pracy znalazł tyle czasu, że napisał kilkanaście dzieł naukowych, mających po dziś dzień wielką wartość.

    W roku 377 pustoszyli Goci Trację i Ilirię i sprzedawali ludzi tamtejszych w niewolę. Ambroży zachęcał biskupów i świeckich, aby wykupywali tych biedaków. Sam przyświecał im dobrym przykładem, łożąc na wykup ostatni grosz, topiąc aparaty kościelne i wybijając z nich pieniądze, aby ocalić dusze jeńców. Wskazując na znaczną ilość wykupionych, mawiał z radością: „Oto prawdziwe złoto, mające wartość niezmienną, oto złoto Chrystusowe, które oswobadza od śmierci!”

    Cesarzowa Justyna, matka cesarza Walentyniana II, zawzięta arianka, nienawidziła wielkiego Ambrożego i używała pieniędzy, kłamstwa i intryg, aby go pozbawić znaczenia u wiernych, ale wszelkie jej usiłowania były bezskuteczne. W końcu namówiła syna, aby się stanowczo domagał wydania jednego z kościołów katolickich dla arian. Święty Ambroży odpowiedział: „Świeckie pałace należą do ciebie, cesarzu, i ty jeden nimi rozporządzać możesz. Kościoły jednakże są przybytkami Bożymi, do których nie masz prawa. Jeśli mimo to zapominasz, że jesteś monarchą katolickim, nie zapomnę ja, że jestem biskupem tego wyznania. Nie zdradzę owczarni Chrystusowej i nie wydam kościoła Bożego fałszerzom wiary. Jeśli chcesz mego majątku, zabierz go; jeśli żądasz mego życia, jest w twojej ręce, ale umrę u stóp ołtarza, w obliczu powierzonej mi trzody”. Nadaremnie kazał cesarz otoczyć kościół żołdactwem, gdyż wierny lud pilnował przez kilka dni swego pasterza. W końcu cofnął cesarz straż, obawiając się rewolucji, ale cesarzowa matka nie wstydziła się nająć skrytobójców, którzy mieli pozbawić życia świątobliwego biskupa, jednakże Bóg zniweczył jej występne zamysły.

    Święty Ambroży zabrania cesarzowi Teodozjuszowi wstępu do kościoła

    Walentyniana II zrzucił potem z tronu jego wódz Maksym, ale cesarz wschodni Teodozjusz Wielki pobił Maksyma na głowę, osadził Walentyniana na tronie i pozostał we Włoszech trzy lata. Gdy pewnego razu chciał zasiąść w prezbiterium kościoła mediolańskiego, jak to zwykł był czynić w Konstantynopolu, Ambroży nie dopuścił do tego i kazał mu zająć miejsce między ludem, mówiąc: „Purpura jest oznaką cesarza, nie kapłana”. Odtąd nawet i w Konstantynopolu nie cisnął się Teodozjusz między duchowieństwo, lecz stał między ludem. Gdy go patriarcha Nektariusz prosił, aby zasiadł w prezbiterium, odpowiedział cesarz: „Za późno poznałem, jaka zachodzi różnica między biskupem a cesarzem. Zawsze otoczony pochlebcami, teraz dopiero poznałem męża, który śmiał mi otwarcie powiedzieć prawdę. Jednego tylko znam, co godzien być biskupem, a jest nim Ambroży”.

    W roku 390 zamordowało pospólstwo w Tessalonice namiestnika cesarskiego. Teodozjusz za karę chciał wyciąć w pień wszystkich mieszczan, Ambroży wymógł jednak na nim, że tylko winnych miała spotkać zasłużona kara. Mimo to cesarz nie dotrzymał danego słowa i nakazał ogólną rzeź. Ambroży polecił wówczas Teodozjuszowi czynić jawną pokutę i obłożył go klątwą kościelną. Gdy Teodozjusz mimo to poważył się przyjść do kościoła, Ambroży zagrodził mu drogę pastorałem i rzekł poważnie: „Zdaje się, że i teraz, gdyś z gniewu ochłonął, nie uznajesz ogromu swej winy. Wysokie dostojeństwo, jakie piastujesz, nie daje ci poznać wielkości grzechu, jakiego się dopuściłeś. Spojrzyj na ziemię, z której wyszliśmy i do której powrócimy. Niechaj cię blask purpury nie czyni ślepym na ułomność ciała nią pokrytego. Jeden, jest Panem i Królem nas wszystkich, Bóg, stwórca świata. Czy ośmielisz się dłonie splugawione krwią złożyć do modlitwy? Czy poważysz się przyjąć Ciało Pańskie do ust, z których wyszedł rozkaz okropnej rzezi?” Cesarz chciał się tłumaczyć przykładem Dawida, który także ciężko zgrzeszył, ale Ambroży odparł: „Jeśli naśladowałeś Dawida w grzechu, naśladujże go i w pokucie”.

    Zamilkł Teodozjusz, pokutował przez osiem miesięcy, ukazał się w szacie żałobnej we drzwiach kościelnych, wyznał publicznie swoją winę, jak tego wymagały przepisy kościelne i ze łzami prosił Boga o przebaczenie. Wszyscy zgromadzeni wybuchnęli głośnym płaczem, widząc szczerość jego żalu, Ambroży zaś udzielił mu rozgrzeszenia pod warunkiem, aby ogłosił prawo, mocą którego wyroki cesarskie miały na przyszłość być wykonywane dopiero po miesiącu, i to po ponownym zatwierdzeniu. Prawem tym chciał zapobiec nadużyciom, pochodzącym ze zbytecznego pośpiechu. Odtąd okazywał mu Teodozjusz jak najgłębszy szacunek, w chwili zgonu przyjął ostatnie sakramenta święte z jego rąk, dał synom stosowne przestrogi i rzekł do Ambrożego: „Prawdy, których mnie nauczyłeś i których się starałem przestrzegać, winieneś wpoić teraz w moją rodzinę i utwierdzić w nich synów moich Honoriusza i Arkadiusza!” To powiedziawszy, skonał na ramionach Ambrożego.

    Gdy na Ambrożego przyszła chwila zgonu, Stylichon, zawiadujący zachodnim cesarstwem, zawołał: „Jeśli ten wielki mąż umrze, Włochy zginą”. Cały lud błagał na klęczkach Boga o życie ukochanego pasterza, a najznamienitsi dostojnicy zaklinali świętego biskupa, aby prosił Pana nad pany o przedłużenie swego żywota. Ambroży odpowiedział: „Żyłem tak między wami, że nie potrzebowałbym się wstydzić żyć jeszcze dłużej w waszym gronie, ale nie obawiam się śmierci, bo mamy dobrego Pana”. Gdy Basjan, biskup diecezji Lodi, modlił się razem z chorym, ujrzał Jezusa przy jego łożu, udzielającego mu pociechy, a święty Honorat, nie odstępujący umierającego, zdrzemnąwszy się cokolwiek, usłyszał nagle głos: „Wstańże i pośpiesz się. gdyż teraz odchodzi”. Ocknąwszy się ze snu, dał Komunię św. Ambrożemu, który przyjął ją ze złożonymi rękoma i wkrótce potem wyzionął ducha, dnia 4 kwietnia roku 397. licząc lat 57. Wschód i zachód długo nie mógł przeboleć straty tego wielkiego księcia Kościoła, który za życia i po śmierci słynął z rozlicznych cudów.

    Ambroży jest drugim pomiędzy czterema wielkimi Doktorami Kościoła zachodniego i najwznioślejszym twórcą hymnów kościelnych. Święte jego pienia odzywają się po dziś dzień w czasie nabożeństwa i należą do modłów odprawianych przez kapłanów.

    Nauka moralna

    Podajemy tu kilka myśli św. Ambrożego, tchnących jak najwyższą mądrością. Powinny one stanowić nieoceniony skarb dla każdego chrześcijanina-katolika:

    Nie dziw, że człowiek grzeszy, ale na naganę zasługuje ten, kto nie uznaje swych grzechów i nie upokarza się przed Bogiem.

    Łatwiej znajdziesz takich, co zachowali niewinność, aniżeli takich, co odpokutowali swe grzechy.

    Nie ma nic wznioślejszego, jak służyć Bogu.

    Jeśli sam się oskarżysz, nie potrzebujesz się lękać oskarżyciela.

    Krzyżujemy swe ciało, gdy stłumiamy i zwalczamy jego pożądliwości.

    Nic nie wyjednywa nam bardziej przychylności ludzkiej, jak miłosierdzie i uprzejma łagodność.

    Niczego nie powinniśmy się więcej uczyć, jak milczenia, a to dlatego, abyśmy się dobrze i należycie uczyli.

    Prawdziwa siła człowieka polega na tym, aby umiał zapanować sam nad sobą, powściągał swój gniew i nie dawał folgi swym żądzom.

    Człowiekiem jesteś, a jako człowiek wystawiony jesteś na pokusy, pokonywaj je przeto.

    Modlitwa

    Boże, któryś lud Twój świętym Ambrożym, wielkim sługą Twoim obdarzył, spraw łaskawie, prosimy, abyśmy tego, który był nam mistrzem życia duchownego na ziemi, zasłużyli sobie mieć przyczyńcą w Niebie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 6 grudnia Żywot świętego Mikołaja, biskupa

    Wysłany dnia: przez D.S.M.

    (żył około roku Pańskiego 300)

    Święty Mikołaj urodził się w mieście Patarze w Licji. Rodzice jego należeli do jednego z najznakomitszych rodów i słynęli z bogactw i pobożności, ale ponieważ Bóg nie dał im łaski potomstwa, pościli, czynili obfite jałmużny i modlili się ze łzami, ażeby im zesłał tę pociechę, chociaż już byli w dość podeszłym wieku. Wszechmocny wysłuchał ich modłów i dał im syna, który już w chłopięcym wieku zajaśniał pobożnością, umartwieniem i pokorną skromnością.

    Za zgodą rodziców wybrał sobie Mikołaj stan duchowny. Dowody bohaterskiej ofiarności złożył około roku 300, gdy straszna zaraza zabierała całe tysiące ofiar. Serce jego krwawiło się na widok przerażającej klęski, przeto smucił się wraz ze smucącymi, i według możności pomagał, pocieszał i przynosił ulgę nieszczęśliwym. Za wolą Bożą pozbawiła go owa zaraza rodziców. Wielki spadek po nich bez namysłu rozdzielił pomiędzy ubogich, a szczodrobliwość jego zasłynęła zwłaszcza w tym wypadku, gdy szlachecką pewną rodzinę ocalił od wpadnięcia w nędzę cielesną i duchowną. Zubożały ów szlachcic już się był zdecydował kupczyć wdziękami i urodą swoich trzech córek, gdy Mikołaj o tym strasznym zgorszeniu posłyszał. Przybiegłszy niezwłocznie, wręczył każdej z panien wysoką kwotę jako posag, dopomógł im do zamążpójścia i ocalił je od poniżenia.

    Gorąca pobożność i nabożeństwo do Męki Pańskiej skłoniły Mikołaja do przedsięwzięcia pielgrzymki do Jerozolimy. Podczas przeprawy do Palestyny zaskoczyła statek sroga burza, tak że wydawało się, że grozi mu nieuchronna zguba. Marynarze biadali w śmiertelnym przestrachu i błagali Mikołaja, spoglądającego na zachmurzone niebo, aby prosił Boga o ratunek. Nie zawiodło ich położone w nim zaufanie, wzburzone bowiem fale uspokoiły się i okręt ocalał. Odtąd uchodzi Mikołaj za patrona żeglarzy.

    Po odbyciu pielgrzymki zatęskniło serce jego, rozmiłowane w Chrystusie, do samotności i klasztoru, aby tam żyć i umierać w Bogu, ale objawienie Boskie kazało mu wrócić do Miry, gdzie umarł biskup i czyniono przygotowania do wyboru następcy. Duchowieństwo wraz z ludem modliło się o szczęśliwy wybór, a ponieważ wyborcy nie mogli się zgodzić, postanowili zdać sprawę na Opatrzność i tego osadzić na tronie biskupim, kto nazajutrz najrychlej przybędzie do kościoła. Przypadek zdarzył, że wracający podówczas z pielgrzymki Mikołaj, według swego zwyczaju wczas rano pośpieszył do kościoła, aby podziękować Bogu za szczęśliwy powrót. Wszyscy widzieli w tym wydarzeniu palec Boży, i Mikołaj mimo niechęci i oporu musiał osiąść na stolicy biskupiej. „Mikołaju – westchnął w pokorze – godność ta wymaga świątobliwszego żywota niż twój, a słowa twe tylko wtedy głód twej trzody zaspokoją, jeśli jej przyświecać będziesz przykładem wszelkich cnót”.

    Odtąd podwoił posty, czuwania nocne, dzieła pokuty i modły, gdy dochody nie starczyły mu na wspieranie żebraków i ubóstwa, sam zbierał dla nich jałmużny. Kazania jego słynęły z wymowy, a święty Chryzostom sławi go jako najpiękniejszy wzór pokory. We wszystkich sprawach duszpasterstwa zasięgał rady ludzi mądrych, nakazywał częste synody i kazał duchownym donosić sobie o wszystkich ważniejszych wypadkach zachodzących w diecezji, chciał bowiem wiedzieć o wszystkim i wszystko mieć na oku. Liczne były cuda, jakie zdziałał w czasie drożyzny, srogich nawałnic, u chorych i opętanych, nawet w jak największym oddaleniu. Eustachiusz, chciwy namiestnik, skazał był na śmierć kilku kupców, jedynie dlatego, aby się wzbogacić ich majątkiem. Już stali na rusztowaniu, już błyszczał miecz nad ich głowami, gdy wtem ukazał się Mikołaj, wydarł mordercze żelazo z rąk oprawcy, zganił Eustachiusza za niesprawiedliwość i ocalił niewinnych.

    Sława Mikołaja rozeszła się po całym świecie chrześcijańskim, a cześć jego była tak powszechną, że w czasie prześladowań za rządów Dioklecjana sędziowie pogańscy nie śmieli go skazać na śmierć za to, że był gorliwym chrześcijaninem, lecz poprzestali na wygnaniu go z miasta. Gdy na tron wstąpił Konstantyn, wrócił Mikołaj, zjednał wielu pogan dla Chrystusa i zamienił ich pogańskie świątynie na kościoły. Na soborze powszechnym w Nicei w roku 325 odznaczył się nauką i taką stanowczością, że mawiano o nim, iż sam Chrystus przez niego upokorzył dumę i zarozumiałość Ariusza. Zachorowawszy śmiertelnie, ujrzał otwarte Niebo i aniołów przy sobie, gotowych ponieść duszę jego do stóp Przedwiecznego. Umarł dnia 6 grudnia pomiędzy rokiem 345 a 352, licząc lat 65.

    Skoro tylko zgasł, zaczęto mu oddawać cześć należną Świętym Pańskim. Papież święty Grzegorz Wielki, wyznaczając w Rzymie kościoły stacyjne, zaliczył do nich także kościół św. Mikołaja in carcere (w więzieniu), w którym się jeszcze dzisiaj odbywa nabożeństwo w niedzielę pasyjną.

    Święty Mikołaj

    W roku 1087 przeniesiono zwłoki świętego Mikołaja do Bari we Włoszech dolnych, dokąd i teraz liczne odbywają się pielgrzymki. Jeszcze dzisiaj sączy się ze świętych kości balsamiczny olej i dzieją się tam rozliczne cuda.

    Nauka moralna

    Święty Mikołaj już w wieku chłopięcym wstrzymywał się w środy i piątki aż do zachodu słońca od pokarmu (Kościół wschodni nakazywał posty co środę i co piątek, zachodni co piątek i sobotę). Wnoszono stąd słusznie, że Bóg sobie szczególnie upodobał to dziecię i że je przeznaczył do wielkich rzeczy. Doświadczenie potwierdziło te domysły, Mikołaj był bowiem wielkim wobec Boga i wobec ludzi. Posty maluczkiego Mikołaja były oznaką szczególnego umiłowania Boga. Nie ma się też czemu dziwić, że matka nasza, Kościół święty, posty tak gorąco poleca i nakazuje.

    1) Posty są Bogu miłe. Wszakże ukochany Syn Jego, Pan Jezus, pościł przez 40 dni i nocy i dał nam tym samym przykład, jak mamy wielbić Boga i starać się Mu przypodobać. U Tobiasza św. czytamy słowa: „Modlić się, pościć, dawać jałmużny, jest lepiej, niż gromadzić złoto i srebro”. U świętego Mateusza czytamy, że posty nadają nam moc nad najgorszymi szatanami. „Tego rodzaju diabłów nie można się inaczej pozbyć, jak postem i modłami”. Pobożna wdowa Judyta pościła trzy dni, a Pan Bóg dał jej świetne zwycięstwo nad Holofernesem i nieśmiertelną sławę u ludu izraelskiego. Historia Estery uczy nas, że Bogu podoba się post dlatego, że uświęca ciało. Bóg nałożył pewien rodzaj postu już na pierwszych naszych rodziców w raju, zakazując im kosztować owocu z pewnego drzewa, a uczynił to dlatego, aby uświęcili swoją wolę posłuszeństwem, a ciało powstrzymywaniem się od skosztowania zakazanego jabłka. Przez post upokarzamy się wobec Boga, naśladujemy Chrystusa i oddajemy cześć Jego Męce.

    2) Posty są zbawienne. Prawdę tę głosi sam Kościół Boży w Prefacji Mszy świętej w czasie czterdziestodniowego postu i to w następujących słowach: „Słuszna i sprawiedliwa jest abyśmy Ci zawsze i wszędzie, wszechmocny i wiekuisty Boże, dzięki czynili, ponieważ postem ciała gładzisz grzechy, podnosisz ducha, rozdzielasz cnoty i nagrody w Imię Chrystusa Pana naszego”. Jest to powszechnym prawem, mającym wartość na ziemi i w Niebie. Płać, coś komu winien; dopuściłeś się krzywdy, wynagrodź ją; jeśli zgrzeszyłeś, odpokutuj grzech. Jeśli obrazę wyrządzoną Bogu sam na sobie karzesz, jeśli postem i umartwieniem odpokutujesz ją na własnym ciele, w takim razie przyrzekł ci Pan Bóg, że nie wzgardzi twym skruszonym i upokorzonym sercem i że ci dla twego żalu i pokuty wybaczy winę. Jeśli tę pokutę dobrowolnie podejmiesz, jeżeli wyprzedzisz sprawiedliwość Bożą dobrowolnym nałożeniem na siebie kary, Ojciec niebieski ulituje się nad tobą i zadowoli się daleko mniejszym zadośćuczynieniem, aniżeli go wymaga wielkość twego grzechu. Mieszkańcy grzesznej Niniwy pokutowali czterdzieści dni, a Bóg ocalił ich i zwolnił od zagrożonej zagłady. Wszakże i Pan Jezus pościł przez czterdzieści dni, aby swemu powołaniu należycie odpowiedzieć, aby przeciw szatanowi skutecznie walczyć, aby mężnie znosić cierpienia i męki krzyżowe. Wszyscy Święci naśladowali ten przykład dany przez Zbawiciela z jak najzbawienniejszym dla siebie skutkiem; potępieńcy tylko nie poszli za tym przykładem z wielką szkodą duszy swojej.

    Krzepmy się przeto wszyscy postem już to nakazanym, już też dobrowolnym do walki przeciw odwiecznemu wrogowi duszy naszej.

    Modlitwa

    Boże, któryś świętego Mikołaja, biskupa, niezliczonymi cudami uświetnił, spraw łaskawie, prosimy, abyśmy za jego zasługami i wstawieniem się od płomieni piekielnych uwolnieni byli. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.