DZIEŃ PIĄTY – JEZUS W POSZUKIWANIU KAPŁANA ZBŁĄKANEGO

DZIEŃ PIĄTY

JEZUS W POSZUKIWANIU KAPŁANA ZBŁĄKANEGO

I. Grzech śmiertelny Kapłana

Mam w swym Kościele wielu Kapłanów całkowicie oddanych mej miłości, zupełnie poświęcających się mej sprawie, którzy wraz ze mną stali się w pełnem znaczeniu ofiarą dla zbawienia dusz.
Rozproszeni po całym świecie, nieznani po największej części na ziemi, wzgardzeni i prześladowani, wiodą ci synowie wierni ciche, ale bohaterskie życie gotowi iść za mną aż na Kalwarję, aż na śmierć!
Znam ich wszystkich po imieniu. Są tu mą strażą honorową; będą w niebie mą koroną chwały.

Niestety! Czemuż tak się dzieje, że wśród mych Kapłanów spotyka się czasem synów niewierzących, którzy zbliżają się do mego Ołtarza z duszą czarną i zbrukaną?
Jakżesz bolesna jest dla mnie ta korona cierniowa, którą mnie wiją me własne dzieci, uprzywilejowani mego Serca!
A choćby na całym świecie był tylko jeden Kapłan grzesznik, to czyż bezecność ta nie byłaby aż nadto wystarczająca, aby wprawić w zdumienie niebo i ziemię, by przerazić szatanów w piekle!
Gdyż skarga moja doszła do nieba i wzruszyła ich serce!
Zaprawdę, zaprawdę mówię im: jeśli wrócą do mnie z pokornym żalem, zgładzę wszystkie ich nieprawości, a choćby ich dusza była czerwona jak szkarłat z powodu nadmiaru ich grzechów, wybielę ją jak śnieg.

O biedny Kapłanie zbłąkany, synu mych boleści, do ciebie się zwracam w szczególności. Nie gardź wołaniem swojego Ojca.
Jestem twym Bogiem, twórcą całego twego jestestwa. Dlaczego mi odpowiadasz, że mię nie znasz, żeś nie ode mnie nie otrzymał?
Jestem twym Bogiem, Zachowawcą twego jestestwa. Trzymam cię zawieszonego na nitce nad przepaścią. Mógłbym cię w jednej chwili strącić w przepaść piekielną… a ty obracasz czas, jaki ci dałem na upamiętanie na obsypywanie mię obelgami i policzkowanie!
Jestem twym Bogiem i źródłem twego życia i twej działalności. Ja wprawiam w ruch twe władze i zmysły, a ty nadużywasz wszystkich mych dobrodziejstw, aby mię obrazić, znieważać i wydzierać mi dusze!
Na Chrzcie św. obsypałem cię niezmierzonemu bogactwami, a ty trwonisz me dobra, aby zaspokoić niecną namiętność, odrzucasz mą hojność i wolisz zostawać w swej nędzy i nagości.
Uczyniłem cię swym bratem, przybranem dzieckiem Bożem, umiłowanym synem swej Matki, świątynią Trójcy św., dziedzicem nieba.
A ty wypędzasz haniebnie Boga ze swej duszy wyrzekasz się mnie, swego Zbawiciela, zapierasz się swej Matki, czynisz się dobrowolnie niewolnikiem szatana swego i mego wroga i gotujesz sobie w ten sposób świadomie męki piekielne.

Biedny mój synu! Tak wielce cię umiłowałem. Dlaczegóż więc mówisz bezczelnie: W czem pokazałeś mi miłość?
Wybrałem cię od wieków w tym samym czasie, w którym wybrałem swą Matkę, Królowę wszechświata, abyś mi dopomógł prowadzić nadal swe dzieło na ziemi. Wywyższyłem cię ponad Aniołów, czyniąc cię swym sługą, powiernikiem swej władzy pośrednikiem między Bogiem, a ludźmi, zbawcą dusz. A ty z taką perfidją, którejby się powstydził nawet sam szatan, przyjąłeś wszystkie me dary, a potem je zwróciłeś przeciwko mnie, aby niweczyć me Dzieło i wydzierać mi dusze!
Ośmielasz się codziennie mówić mi w oczy: „Nie będę ci służył, lecz zawrę przymierze z twym wrogiem i wydam mu dusze, odkupione twą Krwią”.
Gdybyś jeszcze grzeszył przez nieświadomość albo słabość. Ale przecież jesteś Kapłanem: wargi twe strzegą wiedzy. Grzeszysz świadomie w pełni światła ze złośliwością wyrafinowaną.
Grzeszysz mimo pacierzy, które odmawiasz codziennie, mimo Sakramentów, których udzielasz i które sam przyjmujesz, mimo wyrzutów sumienia i przestróg mej łaski.

Wychowałem cię i wykarmiłem jak syna, umiłowanego czule, przypuściłem cię do zażyłości z sobą, do swego stołu. Oddałem ci w spuściźnie wszystkie swe dobra i wszystkie swe władze, a ty mną wzgardziłeś!
Wzgardziłeś mem Wcieleniem, mą Męką, mą Eucharystją, podeptałeś me przykłady, nauki, obietnice i groźby.
I wystawiasz na próbę mą cierpliwość nawet z Świętem świętych, nawet przed mem Tabernakulum, nawet przy Ołtarzu, na którym się składam w ofierze twemi rękami.
O Kapłanie! Każdego poranku wyciągasz swe ręce świętokradzkie, aby się dotknąć brudnemi palcami Baranka bez zmazy. Gdy nie zdajesz sobie sprawy, że moja czystość nieskończona wzdryga się ze wstrętu za twoim dotknięciem?
Rozkazujesz mi codziennie, na mocy władzy, jaką ci powierzyłem, abym zstąpił w twe ręce i równocześnie grzechem swym godzisz we mnie, zabijasz niewinnego Abla na oczach mych aniołów przerażonych i mej biednej Matki zapłakanej.
O, jakżesz jesteś grzeszny i niewdzięczny i nieszczęśliwy!
Rozwiązujesz dusze, a zakuwasz w kajdany swoją.
Otwierasz niebo innym, a zamykasz sobie.
Dajesz życic wieczne, a sam się zabijasz.
I gdy mię tak zdradzasz, trwasz nadal przy mym boku, zażywasz mych dobrodziejstw, odbierasz cześć, jaką się otacza mych Kapłanów.
I choć się mnie zapierasz, zostajesz nadal mym sługą, spełniasz obowiązki należące do niego, zasiadasz do mego stołu bez rumieńca, a może bez wyrzutów.
Codziennie przy Ołtarzu całujesz mię zdradziecko, odprawiając Mszę św. sprzedajesz mię za nędzną zapłatę, wydajesz krew Sprawiedliwego; zawierasz układ z mym wrogiem szatanem, że mu zostawisz dusze, które ci powierzyłem.
O biedny Kapłanie! O ileż lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś się był nie narodził!

Lecz Synu mój, niechże zmięknie twe serce, póki jeszcze czas. Dopuść by wyrzuty przeniknęły twą duszę.
Kiedy konałem w Ogrodzie Oliwnym, widziałem cię, widziałem i twe grzechy tajemne i twe świętokradztwa i zasmuciłem się niemi aż do śmieci.
Kiedy rozdzierano me Ciało podczas biczowania, kiedy koronowano mą Głowę cierniem, kiedy mi pluto w twarz, widziałem cię, mój Kapłanie, jak zbliżasz się, aby mię uderzyć, obrzucić mię szyderstwami i rzucić mi w twarz obrzydliwe grzechy.
A na krzyżu, okryty krwią i ranami, konając z bólu i wzgardy, wodziłem jeszcze za tobą swym wzrokiem, spodziewając się do końca, że cię przyprowadzę do swych stóp.

Ach, powróć, synu marnotrawny, powróć do domu ojcowskiego! Proś o przebaczenie swego strapionego Ojca i wrócić do dawnej swej gorliwości.
Jeszcze jestem twym Zbawicielem, Dobrym Pasterzem gotowym wziąć na swe ramiona biedną zbłąkaną owieczkę.
Powróć, mój synu! Zawstydzisz piekło, ucieszysz Aniołów i Świętych, osuszysz łzy swej zbolałej Matki, zajmiesz na nowo swe miejsce od tak dawna opróżnione w mem Boskiem Sercu.

II. Śmierć Kapłana grzesznika

Biedny mój synu, uwikłany w ciernie grzechowe, nie obrażaj się, gdy widzisz, że szukam twej duszy obciążonej winą.
Za wiele mię kosztowała, abym miał ją tak łatwo wypuścić z rąk swoich.
Zostawiam dziewięćdziesiąt dziewięć owieczek swych wiernych i podążam za tobą w twym szalonym biegu przez urwiska i przepaście grzechu, spodziewając się, że kiedyś dogonię i wzruszę twe serce i przyprowadzę cię do owczarni.
Czyż ojciec nie ma prawa wzdychać za powrotem swego marnotrawnego dziecka? Któż może mu to wziąść za złe, że spogląda codziennie z niepokojem na widnokrąg w nadziei, iż wreszcie dostrzeże swego syna na drodze powrotnej?
Nie dziw się, że moja ręka nie przestaje zaprawiać goryczą wszystkich twych grzesznych uciech, aby ci je obrzydzić.
Zastanów się poważnie w mej obecności nad swemi rzeczami ostatecznemi i nad strasznym losem, który cię czeka, jeśli nie wrócisz skruszony do mego ojcowskiego domu.

Bóg ustalił chwilę twego skonu i tego kresu nie przekroczysz.
Śmierć będzie dla ciebie przejściem z czasu do wieczności, z przemijającego w niezmienne, z pozorów do rzeczywistości.
Wszystko wokoło ciebie zapowiada bliskość tej czarnej godziny. Cała przyroda, w której wszystko żyje, rozwija się, pochyla i zamiera: różne pory roku, wszystko przywodzi ci na pamięć, że wkrótce nadejdzie i dla ciebie smutna zima.
Dlaczego, mój biedny synu, usuwasz uparcie ze swej pamięci myśl o śmierci?
Gdybyś chciał, mógłbyś ją sobie jeszcze osłodzić.
Śmierć jest karą za grzech. Wkrótce zjawi się ze swym smutnym orszakiem niedomagań, słabości, cierpień cielesnych, niepewności sumienia i wątpliwości, tyczących się twej wieczności.
Dopiero kilka godzin, jak przymknąłeś powieki, a już przynoszą dla ciebie trumnę, zamkną ją pośpiesznie, przygwożdżą jej wieko, aby wstrętna woń twych zwłok nie była przykra dla żyjących i zakopią twe ciało w ziemi, robactwo rzuci się na nie, jako na swój łup.
O biedny Kapłanie! Jeśli chcesz mię kochać, osłodzę ci śmierć wspomnieniom mej Matki, stojącej pod krzyżem, mocą własnego konania na Kalwarji…, a wówczas nawet twe popioły będą wielbiły Boga.

Przyjdę w godzinie takiej, w której o tern nawet nie pomyślisz. Jak złodziej napada znienacka na przechodnia w ciemnościach nocnych, tak śmierć rzuci się na ciebie niespodziewanie, aby cię życia pozbawić.
Jak rybę bierze się na wędkę, a ptaka łowi się w sidła, tak i ty poczujesz się nagle w szponach śmierci.
Gdzie umrzesz? W domu, na ulicy, przy stole, na przechadzce, w kościele, przy ołtarzu, w podróży?
Jak umrzesz? Pojednany ze mną, albo w stanie potępienia, śmiercią przykrą czy spokojną, zaopatrzony przez Kapłana, w towarzystwie swych przyjaciół, czy swych najbliższych, albo sam i bez pomocy, przytomny, albo bez zmysłów, z wypadku, albo śmiercią naturalną?
Jaka będzie twa śmierć? Będzie prawdopodobnie echem twego życia.
Jeżeli uciekałeś przede mną za życia, czy mię będziesz szukał w chwili śmierci?
Jeżeli nie nagromadziłeś bogactw w młodości, to czy znajdziesz je w wieku podeszłym?
Jeżeli drzewo pochylało się aż do końca na stronę piekła, czy będzie mogło się zwrócić i upaść po stronie nieba?

Jeżeli pieczęć wyciśnięta na twych uczynkach nosi obraz szatana, czy będziesz ją mógł odmienić, ażeby jaśniało na niej imię Jezusa?
O, jakże smutną i straszną śmierć przygotowujesz sobie sam z zimną krwią!
Przylgnąłeś kurczowo do uciech ziemskich. Starość, zmarszczki i włosy białe nie mogły zagasić ogniska twych grzesznych pożądliwości.
Przywiązałeś się do pieniędzy, zaszczytów, wygód, uciech światowych, a tu trzeba wszystko opuścić.
Wybrałeś sobie jako swą cząstkę stworzenia, a one obracają się do ciebie plecami. Uciekałeś przed Stwórcą, a wpadasz w jego ręce.

Za życia odwracałeś oczy od swego niecnego postępowania. We wschodzącym blasku wieczności ukaże ci się ono w swej przeraźliwej brzydocie.
I na ten widok pokusy rozpaczy uderzą na ciebie ze wszystkich stron.
Długie życie było za krótkie, aby cię przyprowadzić do Boga. Jakżesz tych kilka chwil, które ci jeszcze zostają mogą wystarczyć do odnalezienia Go?
Za długiego życia nawrócenie wydawało ci się za trudne. Czyż będzie ono dla ciebie możliwe w czasie uciążliwego konania?
Nie żałowałeś za grzech, kiedy go jeszcze mogłeś popełnić. Jakżesz będziesz się nim brzydził prawdziwie teraz, gdy on sam ci się wymyka wbrew twojej woli?
Oblężony pokusami, znużony strasznemi wątpliwościami, otoczony szatanami, czyhającymi na swą zdobycz, grzeszny Kapłan rzuca się na łożu boleści, a słabość ciała wzrasta, rozum się przyciemnia, cierpienia się wzmagają, zamieszanie i niepokój zdwajają się z każdą chwilą, ciemności ogarniają jego duszę, a posępna zjawa śmierci majaczy przed jego oczyma.

O Kapłanie mój, jakżesz cię ukochałem! I ile razy zapraszałem cię do swych stóp, ale tyś mię odpychał.
Jednakowoż miłość ma ściga cię jeszcze i ścigać cię będzie aż do końca.
Nie mogę stracić bez smutku tego, którego mi Ojciec mój naznaczył na Kapłana.
Nie mogę patrzeć bez bólu, jak ginie dusza kapłańska; wszak ceną jej wykupu była najboleśniejsza moja Męka.
Synu mój, brama Sprawiedliwości mej jeszcze zamknięta; otworzę ją dopiero wtedy, gdy zmusisz mię do tego swym uporem w złem.
Brania Miłosierdzia mego wciąż na oścież, otwarta i zaprasza cię, abyś wstąpił.
Jakżesz mógłbyś znieść na swem łożu śmiertelnem mój ostatni, a bolesny wyrzut: „Przyjacielu mój, cóż złego ci uczyniłem, że zdradzasz mię aż do końca i porzucasz mię na zawsze!”

III. Sąd Kapłana zmarłego w niepokucie

Jak matka, którąby skazano na to, aby własnoręcznie spuściła topór, mający ściąć głowę syna jej ukochanego, podobnie i ja widziałbym się zmuszonym kiedyś wydać wyrok śmierci wiecznej na ciebie mój Kapłanie, do ostatka odpychający me przebaczenie.
Postanowiono, że kiedyś umrzesz, a potem będzie twój sąd.
Trzeba się będzie stawić przed swym Stwórcą, Bogiem nieskończonego Majestatu, nie przyodzianego już w litość i miłosierdzie, lecz w prawdę i nieubłaganą sprawiedliwość.
Widok twego Sędziego zagniewanego pogrąży cię w niewypowiedzianą trwogę. Jego wejrzenie zagniewane wyda ci się twardsze niż tysiąc piekieł.
Zdasz przed Nim rachunek z całego swego życia, od pierwszej chwili używania rozumu aż do ostatniego aktu dobrowolnego wykonania w ostatniej chwili życia.

Sąd twój będzie sprawiedliwy. To Bóg, Sędzia najwyższy wyda wyrok, twe własne sumienie go potwierdzi.
Szatan się zjawi, aby cię oskarżać i upomnieć się o swą zdobycz. «Nie umarłem za niego – powie – a przecież mi służył: słuszna, by do mnie należał na wieki».
Będą tam i dusze, zgubione z twej winy, ażeby domagać się sprawiedliwej pomsty. Ten Kapłan nauczył nas złego, uwiódł nas swemi złemi przykładami, wykopał pod stopami naszemi piekło; słuszna, by upadł w nie razem z nami.
Będzie tam twój i anioł-stróż, którego upomnieniami gardziłeś. Odsłoni twe obrzydliwe grzechy, jakich się dopuściłeś w jego obecności i będzie się domagał na ciebie zasłużonej kary.
Staniesz przed trybunałem może bez możliwości tłumaczenia się czemkolwiek, bez przyjaciół, bez obrońców.
Moja Matka chciała cię zbawić, widziała się jednak bezsilną wobec tego uporu; a teraz zmuszona jest odwrócić od ciebie swe macierzyńskie oczy.
Przyjaciele ziemscy opuścili. Nie znają losu, jaki cię czeka, a nawet ich modły nie wydrą cię z rąk Sprawiedliwości Bożej.
I ja sam, który cię tak błagam, abyś mnie nie zdradzał będę wówczas zagniewany i nieubłagany.
Ach, ileż, niespodzianek będzie w wielkim dniu rozrachunków!
Nie będzie tajemnicy, któraby wówczas odsłonięta nie była. Wszystkie złe myśli, grzeszne zamiary, świętokradztwa, wszystkie bezeceństwa okażą się w ten wielki dzień.
Za swego życia uważałeś się za pierwszego co dogodności, prawości,cnoty. Na sądzie mym będziesz ostatni, w tyle za najniegodniejszymi z mego ludu.
Kamień na kamieniu nie zostanie z twego życia kapłańskiego, z tego budynku, któryś tak troskliwie wznosił swą pychą i obłudą. Zburzę go aż do podwalin na oczach świata i rozpruszę daleko jego szczątki.
Życie twe było niepłodne i złe. Zajmowałeś niepożytecznie ziemię, jak zeschłe drzewo. Wyrwę je, rzucę na dno piekła, aby się tam spaliło.
A wówczas usłyszysz straszliwy wyrok: Idź precz ode mnie przeklęły – idź w ogień wieczny!
A ziemia otworzy się pod twemi stopami i wpadniesz w przepaść ognistą.
Kapłanie potępiony! Wypędziłeś za życia Boga ze swego serca, a teraz Bóg cię odrzuca daleko od siebie.
Wołałeś żyć tu bez swego Odkupiciela: będziesz żył na wieki wygnany od niego, ścigany jego nieskończonym gniewem.
Odrzuciłeś niebo i szczęście, jakie ci ofiarował, będziesz jęczał na zawsze w przepaści, gdzie panuje nieszczęście, gdzie niema ani porządku, ani harmonji, ani miłości, ale gdzie wieczna okropność i nienawiść bez granic.
Nadużywałeś czasu, jaki ci Bóg ofiarował. Czasu więcej nie będzie.
Odepchnąłeś myśl o wieczności, a ona przylgnie do ciebie jak szala, obleje cię jak bezkresny i bezdenny ocean i będziesz w niej zanurzony, jak kamień w przepaści.
Serce twe stworzone było, aby kochać swego Boga, a na dnie piekła będziesz mógł tylko nienawidzieć.
Będziesz nienawidził Boga, który cię stworzył, będziesz go nienawidził nienawiścią nieugaszoną, a nienawiść ta będzie cię gryzła i dręczyła wiecznie.
Będziesz nienawidził swego Odkupiciela, który cię wybrał na Kapłana, będziesz nienawidził wszystkich jego dobrodziejstw, wszystkich mąk jakie poniósł dla ciebie.
Będziesz nienawidził mej Matki Niepokalanej i mych Świętych i swych krewnych i dawnych przyjaciół.
Przedewszystkiem będziesz nienawidził samego siebie i wszystkich potępieńców i wszystkich czartów piekielnych.
A potępieńcy i szatani odwzajemnią ci się równą nienawiścią, deptać cię będą, dręczyć cię będą i nasycać na tobie, mój Kapłanie, tę nienawiść, jaką pałają do mnie.
Twe znamię kapłańskie będzie twą hańbą i twą karą na wieki wieków. Uczyni cię nawet wśród potępieńców przedmiotem wzgardy i odrazy.

Kapłanie mój, dlaczego mię zmuszasz, abym cię przeklął? Czyż nie umarłem dla ciebie w morzu udręczeń, w oceanie boleści?
Wróć, synu mój, wróć do mego Serca. Choćbyś nawet zgrzeszył jak Kain i Judasz, jeszcze gotów jestem ofiarować ci przebaczenie, aby ci zaoszczędzić kaźni piekielnej.
Moja Matka niebieska wstawiła się za tobą, jeszcze wstrzymuje ramię mej Sprawiedliwości wyciągnięte, aby cię uderzyć. Przyrzeka mi w lwem imieniu szczere nawrócenie.
Ach! Nie lekceważ sobie jej Serca macierzyńskiego!

do odsłuchania na kanale KuBogu

ORĘDZIE JEZUSA DO SWEGO KAPŁANA (MYŚLI REKOLEKCYJNE)
wydawnictwo oo. Redemptorystów Tuchów
IMPRIMATUR Wilno, dnia 28 października 1935 L569/35

To Orędzie Jezusa do swego kapłana poświęca autor Gwidonowi de Fontgalland, zmarłemu w r. 1925 w dwunastym roku życia.
Ów chłopczyk marzył o tem, by zostać kapłanem, lecz Jezus mu rzekł: „Będziesz moim aniołem”.

=> ORĘDZIE JEZUSA DO SWEGO KAPŁANA


Komentarze są zamknięte.