20 sierpnia Żywot świętego Bernarda, opata

(Żył około roku Pańskiego 1120)

Święty Bernard, rodem Francuz, przyszedł na świat w miasteczku Fontana położonym w Burgundii, roku Pańskiego 1091, w dziedzicznym zamku ojca swego hrabiego Tescelina. Matka jego Aleta spokrewniona była z panującymi książętami burgundzkimi. Był on trzecim z siedmiorga ich dzieci, a wychowanie jego powierzono duchownym w Chatillon.

Skupienie ducha, nieposzlakowana skromność, pokora, posłuszeństwo i wielka pobożność, i oto cnoty, którymi od dzieciństwa się odznaczał. Chociaż sumiennie przestrzegał czystości myśli i żywota, zdarzyło się pewnego razu, iż upodobawszy sobie panienkę szlacheckiego rodu, spojrzał na nią pożądliwym okiem. Zdybawszy się na grzechu, pobiegł do pobliskiego stawu, a przerąbawszy lód, skoczył w przeręblę i tak długo w niej pozostał, póki nie nadbiegli ludzie, którzy wyciągnęli go z wody pół martwego. Kilkakrotne pokusy zalotności i lekkomyślności wywołały w nim silne postanowienie schronienia się w zacisze klasztorne. Zamiarowi jego stawili silny opór ojciec, rodzeństwo i krewni, ostatecznie jednak ulegli jego nieugiętej woli. Wraz z nim wstąpili do klasztoru jego starsi bracia, wuj i dwudziestu czterech młodzieńców należących do najświetniejszych rodzin, między nimi święty Stefan. Przy pożegnaniu rzekł najstarszy brat do młodszego: „Bądź zdrów, miły braciszku. Ty teraz będziesz panem zamku i wszystkich włości do niego należących”. Chłopczyna odpowiedział z płaczem: „Jak to, wy bierzecie sobie Niebo, a mnie zostawiacie ziemię? O! jak niesprawiedliwy jest taki podział!” Po kilku latach wstąpił i on do zakonu.

Bernard poddał się bezwarunkowo całej surowości reguły zakonnej i tak dalece opanował swe zmysły, że nic nie zdołało zerwać jego styczności z Bogiem.

Liczba zakonników wzrosła tym czasem do tego stopnia, że trzeba było zakładać nowe klasztory. Opat Stefan, otrzymawszy od hrabiego Hugona smutną i posępną „Dolinę goryczy”, posłał tam dwudziestopięcioletniego Bernarda z dwunastu zakonnikami, z poleceniem, aby na tym pustkowiu założył klasztor. Trudne to było zadanie; zakonnicy krwawo i w pocie czoła pracować musieli, ażeby z nieurodzajnej ziemi wydobyć liche pożywienie dla mieszkańców klasztoru, a chleb, który jedli, był tak czarny i twardy, że goście bawiący w klasztorze płakali ze wzruszenia, widząc ich nędzne pożywienie. Opat Bernard umiał jednak podwładnych zakonników natchnąć takim duchem miłości i zadowolenia, że „Dolina goryczy” zamieniła się niezadługo na „Dolinę jasną” (Clairvaux – Clara valis). Zewsząd zbiegali się ciekawi, pragnący poznać ich żywot pełny mozołów i trudów, i doszło nawet do tego, że wielu rodziców strzegło pilnie swych synów i zakazywało im chodzić do Clairvaux, z obawy, aby zwabieni świętym przykładem Bernarda nie wstąpili do nowicjatu.

Po kilku latach liczył klasztor siedmiuset księży zakonnych, pomiędzy którymi byli książęta, hrabiowie, wojownicy, uczeni, artyści, a nawet rodzony ojciec Bernarda; nadto prośby o przyjęcie tak się mnożyły, że w ciągu kilkunastu lat powstało po różnych krajach sto sześćdziesiąt nowych klasztorów.

Niezmierna ta praca utrudzała wprawdzie młodego opata, wszakże nie życzył sobie innego wypoczynku nad przechadzkę po samotnym lesie, gdzie w cieniu szumiących jodeł zatapiał się w myślach o Bogu, wołając: „O błoga samotności, o samotna błogości!”.

Święty Bernard

Święty Bernard

Sława Bernarda rozeszła się i rozbrzmiewała po wszystkich krajach, a połowa Europy, słysząc o jego mądrości i dzielności ducha, zasięgała jego rady. Udawali się do niego świeccy i duchowni, królowie i papieże, książęta i biskupi, powierzając mu najtrudniejsze i najzawilsze sprawy.

W świecie chrześcijańskim panował wtedy smutek i strapienie, albowiem Anaklet II, poparty przez przemożne stronnictwo, strąciwszy ze Stolicy Piotrowej prawowitego papieża Innocentego II, siał ziarno niezgody i wzniecał krwawe rokosze. Święty Bernard przebiegł wtedy całe Niemcy, Francję i Włochy, i piorunującą wymową i powtarzającymi się co dzień cudami przy chorych, kalekach i zatwardziałych grzesznikach tyle dokazał, że Innocentego II wszędzie jako prawowitego papieża uznano. Podróże jego podobne były do triumfalnego pochodu; z okolic na milę i więcej odległych zbierał się lud na uroczyste jego przyjęcie; wszyscy pragnęli go widzieć, słyszeć, ucałować stopy jego, a wszelkie jego starania, ażeby się uchylić od tych zaszczytów, były daremne. Szczęśliwszy był w swym stanowczym wymawianiu się od godności kościelnych, jakie nań zlać chciano. Uwolniony od wszystkich wrócił wkrótce do swej ubożuchnej celi.

Około tego czasu nadeszła ze Wschodu złowroga wiadomość o zdobyciu twierdzy Edessy przez Saracenów i niebezpieczeństwie grożącym Jerozolimie, więc papież Eugeniusz III polecił Bernardowi, ażeby zachęcił wiernych do nowej wyprawy krzyżowej. Święty opat usłuchał rozkazu i kazaniami, które prawił, wzbudził w całej Francji niezmierny zapał dla świętej sprawy. Trudniej poszło mu w Niemczech, gdzie się srożyło prześladowanie żydów. Sam cesarz Konrad III nie miał wielkiej chęci do udziału w wyprawie, ale na usilne prośby Bernarda zwołał sejm do Spiry. Bernard udał się tam przez Szwajcarię, działając w drodze liczne i wielkie cuda. W Spirze przyjęto go ze czcią i uwielbieniem, niezliczone tłumy ludu towarzyszyły mu przez wystrojone wieńcami i kwiatami ulice do kościoła katedralnego, gdzie nań czekał cesarz, legaci papiescy i książęta rzeszy niemieckiej. Gdy wchodził do świątyni, duchowieństwo zaintonowało hymn „Witaj Królowo”, którego nuta tak rozrzewniła Bernarda, jako gorącego czciciela Maryi, że przy końcu hymnu potężnym głosem zaśpiewał: „O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!” Potem tak serdecznie przemówił do zgromadzonych i tak żarliwie zachęcał ich do świętej walki, że cesarz na głos się rozpłakał i przypiął sobie krzyż na piersiach; za jego przykładem poszli książęta i hrabiowie. Nieszczęśliwy koniec wyprawy, spowodowany wiarołomstwem Greków, niezgody hetmanów i bezkarnością ciurów, sprawił Bernardowi wiele zmartwienia, zwano go bowiem fałszywym prorokiem, zarzucano mu wyludnienie miast i wysłanie na zgubę 200.000 ludzi. Bernard milczał, modlił się i cierpiał: później dopiero wymknęły mu się przy jakiejś sposobności słowa: „Jeżeli ludzie koniecznie szemrać muszą, niechże raczej szemrzą przeciw mnie, aniżeli przeciw Bogu”.

Święty ten zakonnik zdziałał także wiele cudów, największym z nich był jednakże on sam, albowiem zbiedzony, chorowity mnich, miał świat na swoje rozkazy, śmiało ganił nadużycia i nieporządki wobec monarchów, papieży, biskupów i książąt, kierował według swej woli masami ludu, zapalał je do czci Boskiej, uciszał uniesienia i namiętności, a nigdy nie przekroczył granic nakazanych pokorą. Ogień poświęcenia i ofiarności zbyt rychło strawił jego słabe siły, a piękna jego dusza uleciała w Niebo w roku 1153. Papież Aleksander III zaliczył go do Świętych i pozwolił na publiczną jego cześć w roku 1174.

Liczne jego pisma znamionuje szlachetna prostota i serdeczność, dzięki którym nadano mu zaszczytny przydomek „Doktora miodopłynnego”, a papież Pius VIII przyznał mu tę nazwę w imię Kościoła powszechnego.

Nauka moralna

Ileż to razy słyszymy z ust oziębłych katolików słowa: „Nie mogę więcej czynić dla zbawienia duszy, ani też nie mogę częściej chodzić na Mszę i do Komunii świętej, i nie mogę w niedziele i uroczystości słuchać kazań i nauk, bo nie mam czasu. Moje prace i zajęcia nie pozwalają na to”. Jeżeli ktokolwiek na świecie mógłby się tłumaczyć i uniewinniać w ten sposób, to chyba jedyny Ojciec święty, który ma na głowie sprawy całego Kościoła, rozkrzewionego po wszystkich częściach świata. Bernard napisał też list w tej sprawie do papieża Eugeniusza III, dawniejszego ucznia swego, który tutaj podajemy w dosłownym brzmieniu:

„Mój Eugeniuszu, przemawiam do Ciebie z czcią i szacunkiem, który Ci się należy jako głowie Kościoła, ale zarazem z tak szczerą przychylnością, z jaką przemawiać winien ojciec miłujący Twą duszę. Żałuję Cię, że masz tyle zajęcia i wierzę, że Cię to smuci i trapi, że nie możesz więcej oddawać się nabożeństwu i że doznajesz przeszkód w pobożnym rozpamiętywaniu. Ale jeśli przy natłoku rozlicznych zatrudnień nie pamiętasz o sobie, jeśli nie zostawiasz sobie czasu na rozmowy z Bogiem, nie zapominaj o tym, ile przez to doznajesz spustoszeń w duszy, ile zatwardziałości stąd powstaje, ile szkód stąd ponosisz. Cóż mi to za życie, udzielać posłuchań od rana do wieczora, przyjmować i odczytywać prośby, godzić zwaśnione stronnictwa, słuchać ich skarg i zażaleń, sprawdzać akta kościelne i wygotowywać listy apostolskie! Gdyby to przynajmniej było we dnie tylko, ale i noce nie są wolne od tych zatrudnień. Na Boga żywego, do czegóż ma doprowadzić takie życie? Gdzież tu podobieństwo pomyśleć o własnej duszy w zamęcie prac tak licznych i różnorodnych? Jeśli tak dalej całkowicie oddawać się będziesz podobnym zajęciom, jeśli nie zostawisz ani chwili czasu dla siebie, wtedy ostygnie w Tobie wszelka pobożność, myśl Twoja odwyknie od wznoszenia się ku Niebu, zobojętniejesz dla duszy swej i zajdziesz tam, dokąd zajść nie myślisz. Zapytasz mnie „dokąd?” Oto stwardnieje Twe serce, z twardym sercem zasiadać będziesz na stolicy Piotra jak zatwardziały faraon. Wiem, że sam to widzisz i opłakujesz niekiedy gorzko niepokoje, połączone z dostojeństwem, które piastujesz; ale daremne będą łzy, daremne utyskiwania i westchnienia Twoje, jeśli nie ulżysz sobie zajęcia i nie poprawisz się. Odpowiesz mi może: „Tego uczynić nie mogę, gdyż urząd mój na to nie pozwala i cały świat spoczywa na mych barkach; moją powinnością jest trzymać bramę Niebios otwartą dla katolików, niewiernych i innowierców, a to wymaga nieustannej troskliwości i pracy”. Słusznie i sprawiedliwie, mój Eugeniuszu! Ale pamiętaj o tym, że i sam dla siebie bramę Niebios winieneś trzymać otwartą! Jeśli troszczysz się o wszystkich, winieneś się troszczyć i o siebie, i to najpierw o siebie. Na cóż Ci się przyda zyskać wszystkich, a zgubić siebie? Cóż Ci pomoże, otworzyć Niebo dla wszystkich, a zamknąć je dla siebie?” – Niechże sobie zapamiętają te słowa wszyscy, którzy „nie mają czasu”, aby się modlić!

Modlitwa

Boże, któryś św. Bernarda wyniósł do takiego stopnia świętości, spraw to łaskawie, abyśmy w ślady jego wstępując, nigdy nie zapomnieli, jak wysokie jest nasze przeznaczenie i abyśmy nigdy nie zapominali o Bogu i zbawieniu duszy naszej. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


Komentarze są zamknięte.