16 sierpnia Żywot świętego Jacka, Wyznawcy

(Żył około roku Pańskiego 1257)

Święty Jacek, brat błogosławionego Czesława Odrowąża, urodził się około roku 1183 we wsi Kamień na Śląsku Opolskim. Początkowe nauki pobierał wraz z bratem w szkole katedralnej w Krakowie, po czym udali się na dalsze studia zagranicę, najpierw do Pragi, a potem, zapewne za radą swego stryja Iwona, na uniwersytet paryski, gdzie studiowali teologię i filozofię; stamtąd udali się do Włoch na uniwersytet boloński, na studia z zakresu prawa. Było to w latach 1209 i 1214. Zdobywszy stopnie akademickie powrócili do kraju i przyjęli z rąk biskupa krakowskiego błogosławionego Wincentego Kadłubka święcenia kapłańskie, a wkrótce potem otrzymali od niego kanonie przy katedrze krakowskiej.

W roku 1216 nastąpiły na krakowskiej stolicy biskupiej ważne zmiany: błogosławiony Wincenty Kadłubek zrezygnował z urzędu, a jego następcą został wybrany Iwon Odrowąż. Wybór był jednomyślny, mimo to jednak Stolica Apostolska odmówiła prośbie księcia i kapituły o przyjęcie rezygnacji błogosławionego Wincentego. Gdy i ponowna prośba nie odniosła skutku, w roku 1218 udał się do Rzymu celem ostatecznego załatwienia sprawy sam Iwon, zabierając z sobą obu synowców, Czesława i Jacka.

W tym samym mniej więcej czasie przybył do wiecznego miasta św. Dominik, aby w nim założyć dwa nowe klasztory swojego zakonu, męski i żeński. Zakon kaznodziejski istniał dopiero trzy lata, ale dzięki nowości idei św. Dominika i jej niezwykłej żywotności był przedmiotem gorącego zainteresowania wszystkich, którym dobro Kościoła prawdziwie leżało na sercu. Niemniej niż zasadniczy cel: kaznodziejstwo poświęcone obronie wiary i Kościoła, przykuwały ich uwagę środki, jakie obrał św. Dominik, opierając swój zakon na regule, która w przedziwny sposób łączyła życie wewnętrzne z czynnym, gdyż źródłem, z którego jego synowie duchowni mieli czerpać siłę do ratowania dusz pogrążonych w błędach przeciw wierze lub obyczajom chrześcijańskim, miała być modlitwa i rozmyślanie. Św. Dominik był tedy na ustach całego Rzymu, nie wyłączając dworu papieskiego i kardynałów. Szczególnie gorąco zajmował się nim i jego zakonem, kardynał biskup z Ostii Hugolin, późniejszy papież Grzegorz IX, dawny towarzysz i przyjaciel Iwona z lat studiów w Paryżu. Iwon odnowił tę zażyłą znajomość, toteż łatwo przyszło do tego, że wraz z swoim otoczeniem zaczął się gorąco zajmować zakonem dominikańskim, którego założyciel bawił właśnie w Rzymie. Reszty dokonało osobiste zetknięcie się z św. Dominikiem.

Św. Dominik, jak już wspomnieliśmy, przybył do Rzymu w sprawach swojego zakonu, ale jako gorliwy łowca dusz i tutaj, w stolicy chrześcijaństwa, nie zaniedbywał pracy dla Pana i płomiennymi kazaniami zapalał serca tysięcznych rzesz prawdziwą miłością Bożą. Pewnego dnia pośród słuchaczy jego natchnionych nauk znaleźli się także przybysze z dalekiej Polski, biskup Iwon i jego towarzysze. Iwon, do głębi przejęty potęgą jego myśli i pełen podziwu dla świętości jego, życia, postanowił sprowadzić do Polski założony przez niego zakon, wielkie jej z tego rokując korzyści. Inna, choć z tego samego źródła płynąca myśl zaczęła kiełkować w sercach jego synowców: porzucić świat, godności i bogactwa, porzucić wszystko, tak jak to zrobił Dominik, jak oni potomek znakomitego rodu, uczony, dostojnik Kościoła – i pójść za nim, stanąć w szeregach jego uczniów, których jedynym celem jest Bóg i ratowanie błądzących ludzkich dusz.

Pragnienia te wprowadzili w czyn pod wpływem niezwykłego zdarzenia, a mianowicie cudu zdziałanego przez św. Dominika, którego byli naocznymi świadkami. Było to w klasztorze św. Sykstusa, w dzień uroczystych obłóczyn pierwszych sióstr dominikanek. Wnętrze kościoła wypełniały tłumy ludu i liczne grono kapłanów, zakonników i dostojników Kościoła, z głębokim skupieniem uczestnicząc w ofierze Mszy św., którą odprawiał św. Dominik, gdy wtem do kościoła wpadł goniec, i przedarłszy się do sędziwego kardynała Stefana de Fosseneuve, doniósł mu o śmierci jego synowca, Napoleona Orsiniego, który spadłszy z konia zabił się na miejscu. Nieszczęśliwy starzec, usłyszawszy tę tragiczną wieść, zemdlał z żalu i boleści. Na pełne radości tłumy, zapełniające kościół padł cień żałoby. W chwilę potem wniesiono do kościoła mary, na których spoczywały zwłoki nieszczęśliwego młodzieńca, i złożono je u stóp ołtarza, przy którym św. Dominik składał Bogu bezkrwawą ofiarę. Odprawiwszy Mszę św., zbliżył się św. Dominik do mar, ukląkł przy nich i począł się modlić, po czym trzykrotnie włożył ręce na martwe ciało młodzieńca i przeżegnawszy je zawołał: „Napoleonie! w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa rozkazuję ci: wstań!”

Z piersi tłumu wydarł się nagle okrzyk trwogi i radości. Oto nieżyjący już od kilku godzin młodzieniec poruszył się i powstał, pełen sił i życia! Pośród uniesionej bezgranicznym zapałem rzeszy stał biskup Iwon, do głębi przejęty widokiem cudu, a obok niego klęczeli jego synowcy, Czesław i Jacek, pogrążeni w żarliwej modlitwie. W ich serca, dotąd szarpane sprzecznymi uczuciami, zstąpiła cisza. Pojęli, że głos, który odzywał się w ich duszach i nawoływał, aby poszli w ślady świętego męża, jest głosem Bożym.

Gdy wyszli z kościoła, biskup Iwo podszedł do św. Dominika i zaczął go prosić, aby przysłał kilku braci ze swego zakonu do Polski. Odpowiedź świętego obróciła w niwecz jego pragnienia i nadzieje. Młody, niedawno do życia powołany zakon za mało jeszcze liczył członków, a poza tym nie było wśród nich nikogo, kto by znał język polski. Gdy święty skończył, obydwaj bracia, Czesław i Jacek, upadli mu do nóg, prosząc o przyjęcie do zakonu, a za nimi dwóch jeszcze młodzieńców z orszaku biskupa Iwona, Herman, rodem Niemiec, i Henryk, Morawianin.

Po uroczystych obłóczynach w starożytnym kościele św. Sabiny, w którym po dziś dzień w nawie bocznej znajduje się stare malowidło przedstawiające to wydarzenie, rozpoczęli czterej kandydaci nowicjat. Trwał on krótko, gdyż św. Dominik, pochłonięty sprawami Kościoła i zakonu, w ciągłych podróżach i wędrówkach, nie miał czasu na długie, powolne urabianie duszy swoich uczniów. Były to jednak pierwsze lata istnienia zakonu, kiedy w jego szeregi wiodło ludzi jedynie prawdziwe powołanie, oparte na głębokiej wierze i pragnieniu apostolstwa, a św. Dominik miał dar przenikania ludzkich dusz. Ci, których przyjmował do grona swych uczniów, musieli na to zasługiwać w całej pełni i nie potrzebowali ani zawiłych, mozolnych studiów, ani osobliwych ćwiczeń duchownych, aby mogli godnie sprostać zadaniu. Tak było i z św. Jackiem oraz jego bratem Czesławem i towarzyszami. Kilka miesięcy, które spędzili w nowicjacie, wystarczyło, aby w ich sercach rozgorzał ogień prawdziwej, wszystko ogarniającej miłości Bożej, i aby nabyli cnót, które winny zdobić zakonnika, to też św. Dominik, nie czekając końca rocznej próby, pozwolił im złożyć śluby zakonne, i po czym uroczyście wyprawił ich do ojczyzny.

Podróżowali pieszo, starym rzymskim szlakiem wiodącym przez Tyrol i Karyntię, zatrzymując się często po drodze, aby głosić słowo Boże. Najdłużej, bo około pół roku, zabawili w Fryzaku, mieście leżącym w Karyntii, gdyż kazania ich wzbudziły w jego mieszkańcach taki zapał dla spraw Bożych, że postanowili zbudować klasztor, który wkrótce zapełnił się nowicjuszami. Św. Jacek wraz z bratem Czesławem i towarzyszami pozostali z nimi przez pewien czas, aby wzbudzić w nich ducha zakonnego, a gdy dokonali dzieła, św. Jacek, który był przewodnikiem ich drużyny, ustanowił przeorem nowego klasztoru jednego z towarzyszy, Niemca Hermana. Była to pierwsza placówka zakonu dominikańskiego na ziemiach niemieckich.

Dotarłszy do Moraw zatrzymali się znowu przez czas dłuższy w Ołomuńcu, gdyż pod wpływem ich nauk stało się tutaj to samo, co w karyntyjskim Fryzaku. Św. Jacek mianował przeorem klasztoru, wzniesionego przez mieszkańców Ołomuńca, Morawianina Henryka, po czym wraz z Czesławem ruszył w dalszą drogę do niedalekiej już Polski.

Wieści o ich apostolskich czynach dawno już były dotarły do Krakowa, toteż nie tylko biskup Iwon, który osobiście zetknął się z św. Dominikiem i jego uczniami, ale i książę oraz szerokie warstwy ludu pokładali w nich wielkie nadzieje i niecierpliwie oczekiwali ich przybycia; nic też dziwnego – jakkolwiek pokorni zakonnicy niemało byli tym zdumieni – że gdy zbliżali się do bram Krakowa, wyszedł na ich powitanie biskup Iwon wraz z duchowieństwem, książę w otoczeniu dworu, oraz ogromne tłumy ludu. Było to pod koniec r. 1219 lub z początkiem roku 1220.

Pierwszym ich pomieszkaniem i skromnym zaczątkiem klasztoru, który miał się stać domem macierzystym późniejszych licznych siedzib dominikańskich na ziemiach polskich, był drewniany dwór biskupi, w którym przebywali przez cztery lata, do 25 marca roku 1223, w którym to dniu uroczyście objęli dawny parafialny kościół św. Trójcy i klasztor wybudowany przez Iwona.

Lata, które zabrała Iwonowi budowa klasztoru i nowej świątyni parafialnej pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, zeszły błogosławionemu Czesławowi i św. Jackowi na gorliwej publicznej pracy apostolskiej i krzewieniu zasad życia zakonnego wśród stale rosnącej gromadki nowicjuszów. Zapał był wielki, mimo to jednak brak odpowiedniego pomieszczenia utrudniał im pracę i zmuszał ich do przebywania w Krakowie, jakkolwiek niwę tę przeorali już do głębi a w ich duszach płonęło pragnienie szerszej działalności. Rok 1223, w którym przenieśli się do nowo wzniesionego klasztoru, rozwiązał im ręce. Nadeszła godzina, w której mieli się rozstać. Błogosławiony Czesław udał się z kilku braćmi do Wrocławia, natomiast św. Jacek pozostał jeszcze jakiś czas w Krakowie, aby rozniecić życie zakonne w nowo wzniesionym klasztorze przy kościele św. Trójcy.

Święty Jacek

Święty Jacek

Dom ten, wzniesiony pod bacznym okiem obu świętych braci, urządzony był niezmiernie prosto i ubogo, stosownie do myśli św. Dominika, który Święty Jacek nauczał, że klasztor powinien ułatwiać zakonnikom modlitwę i rozmyślanie. Św. Jacek uczynił z tego skromnego schronienia wspaniałe ognisko miłości Bożej i wszelkich cnót, stając się dla swych uczniów żywym przykładem szczytnego pojmowania i spełniania obowiązków zakonnych. Zawsze pełen pokory, łagodności, miłości i pobożności, wiódł życie niezmiernie surowe i nad wyraz pracowite. Nie przyjąwszy celi, sypiał w krużgankach klasztornych lub w kościele na gołej ziemi, co noc – za przykładem św. Dominika – trzykrotnie się biczował, a w piątki i w wigilie świąt Najświętszej Maryi Panny i apostołów żywił się tylko chlebem i wodą. Nieprzyjaciel próżnowania, co dzień wygłaszał kazania, albo też pisał, spowiadał grzeszników i odwiedzał chorych, resztę zaś czasu trawił na modlitwie.

Pełen głębokiej czci dla Najświętszej Maryi Panny, był św. Jacek pierwszym krzewicielem modlitwy różańcowej w Polsce. Piękne to nabożeństwo przyjęło się z biegiem czasu w całym narodzie, w wszystkich stanach i warstwach: modlili się na różańcu biskupi i kapłani, szlachta i wieśniacy, królowie i magnaci, uczeni i prostacy. Jego znaczenie dla rozwoju życia religijnego w narodzie, nie tylko w czasach kiedy apostołował św. Jacek, ale i w znacznie późniejszych, było wprost ogromne, gdyż sztuka czytania znana była tylko nielicznym jednostkom, wskutek czego stałe obcowanie z prawdami wiary musiało się opierać nie na słowie pisanym, lecz na codziennym odmawianiu modlitw i rozpamiętywaniu żywota Pana Jezusa i Najświętszej Maryi Panny.

Obowiązki przeora klasztoru krakowskiego pełnił św. Jacek około rok, poczym z braćmi Florianem, Benedyktem i Godynem udał się na Ruś, do księcia kijowskiego Włodzimierza. Pomimo oderwania się Rusi od Kościoła powszechnego w wieku XII, katolicyzm, o ile chodziło o cudzoziemców nie był uciskany, a w znaczniejszych miastach istniały nawet kościoły łacińskie. Budowali je i utrzymywali kupcy przychodzący z Zachodu, mianowicie z Skandynawii, Niemiec, Polski i Węgier. Na Rusi północnej istniały świątynie łacińskie w Nowogrodzie, Ładodze, Smoleńsku i jak się zdaje w Połocku, Pskowie i Witebsku, a zachowane wiadomości świadczą, że przez jakiś czas, mianowicie w wieku XII, wywierały one pewien wpływ i na błędnowierczą ludność miejscową; np. w Nowogrodzie matki prawosławne nosiły niekiedy swoje dzieci na modlitwę do kapłanów łacińskich. O Rusi południowej nie mamy tak dokładnych wiadomości, ale i tu, zarówno na Rusi halickowłodzimierskiej jak i kijowskiej, było dużo kościołów katolickich, a w samym Kijowie, który swym bogactwem, wspaniałością i znaczeniem handlowym przewyższał niejedno z najświetniejszych miast Europy zachodniej i był głównym celem licznych wypraw kupieckich z Zachodu, istniało ich prawdopodobnie kilka, a co więcej stały klasztor przy kościele pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, obsadzony przez benedyktynów irlandzkich. W tym właśnie klasztorze, życzliwie przyjęty przez Irlandczyków, założył św. Jacek pierwszy konwent dominikański na ziemiach ruskich, który rozwinął szeroką działalność misyjną, obejmując nią nie tylko napływową ludność katolicką, ale i miejscową schizmatycką oraz pogan.

Było ich jeszcze podówczas w niższych warstwach społeczeństwa ruskiego dość dużo, i nawet w samym Kijowie, tuż pod bokiem księcia, dotąd czczono bożyszcza wydobyte z dna Dniepru, do którego je wrzucono za czasów chrztu Rusi, a więc przed z górą dwustu laty. Św. Jacek i jego towarzysze nawrócili ich w niedługim czasie, za co książę Włodzimierz pozwolił im zbudować pod Kijowem nowy kościół i klasztor. Święty Jacek pozostawił w nim Godyna, sam zaś przeniósł się na północ i przez jakiś czas nawracał mieszkańców Czernichowa, Smoleńska, Włodzimierza i Moskwy, a potem udał się na południe, do Kumanów czyli Połowców, dzikiego, wojowniczego i jeszcze zupełnie pogańskiego ludu, zamieszkującego ziemie nad dolnym Dnieprem aż po ujście Dunaju i południowo-wscho-dnie Karpaty. Być może, że polecenie udania się do nich otrzymał św. Jacek jeszcze na kapitule odprawionej w r. 1221 w Bolonii, bo jest wiadomość, że św. Dominik wyprawił stamtąd do Kumanów Pawła, rodem Węgra, Sadoka, który był potem przeorem klasztoru w Sandomierzu i tam z rąk Tatarów poniósł śmierć męczeńską, oraz kilku innych braci, nieznanych z imienia, wśród których mógł być również św. Jacek. Jego praca misyjna na Rusi i u Połowców trwała około pięć lat, bo w r. 1228 znajdujemy go już w Krakowie, w klasztorze św. Trójcy. Zakon kaznodziejski posiadał już wtedy kilka placówek na ziemiach polskich, bo oprócz krakowskiego i wrocławskiego istniały już klasztory w Sandomierzu, Gdańsku i Chełmnie, wskutek czego na kapitule w Paryżu w roku 1228 stworzono prowincję polską, która obejmowała Polskę, Czechy i Morawy. Pierwszym prowincjałem został Ślązak Gerard. Św. Jacek widocznie nie przyjął tego zaszczytnego urzędu, aby móc się oddać umiłowanej pracy misyjnej, za której teren obrał sobie teraz pogańskie Prusy, gdzie już od dłuższego czasu pracowały misje cysterskie. Działalność jego wśród pogan pruskich musiała wydawać obfite owoce, gdyż papież Grzegorz IX, pisząc do niego w roku 1233, mówił o niej w słowach pełnych zadowolenia i uznania. W roku 1238 opuścił św. Jacek Prusy i wraz z bratem Florianem powrócił do Krakowa, po czym po raz wtóry wyruszył do Kijowa, aby ratować tamtejszą misję, która zupełnie podupadła, gdyż książę Włodzimierz, z początku przychylny dominikanom, w roku 1233, idąc za podszeptem schizmatyckiego duchowieństwa, wygnał ich z granic swego państwa.

Tym razem jego pobyt w Kijowie trwał niecałe trzy lata, do straszliwego najazdu tatarskiego w r. 1240. Podanie mówi, że w chwili, gdy horda tatarska wdarła się do Kijowa, św. Jacek odprawiał Mszę św. Pojąwszy co zaszło, wyjął z tabernakulum Przenajświętszy Sakrament i zwrócił się ku drzwiom kościoła, gdy wtem od strony ołtarza, na którym stała alabastrowa figura Najświętszej Maryi Panny, usłyszał słodki głos: „Jacku, zabierasz Syna mego, mnie zaś tutaj zostawiasz?” Spojrzawszy na statuę, zasmucił się Święty i rzekł: „Matko moja, Ty wiesz, że nie zapomniałbym o Tobie, ale za słaby jestem, aby udźwignąć twój posąg!”, jednakże gdy Najświętsza Panna rzekła: „Weźmij mnie z sobą, a Syn mój ulży ci ciężaru”, bez wahania zdjął ciężką statuę z ołtarza i podążył do braci, po czym bez przeszkód przeprawił się wraz z nimi przez Dniepr i podążył do dalekiej ojczyzny. – Według odwiecznej tradycji alabastrowy posąg Najświętszej Panny, znajdujący się w kościele dominikańskim we Lwowie, ma być jakoby tym samym.

W czasie tego najazdu miało zginąć na Rusi śmiercią męczeńską dziewięćdziesięciu dominikanów. Była to pierwsza ofiara, jaką polscy synowie św. Dominika złożyli na ołtarzu miłości Boga i ojczyzny, nie daremna jednak, bo zastąpiły ich nowe zastępy misjonarzy, aby dalej pracować nad utwierdzeniem wpływów Kościoła rzymskiego i Polski na Rusi.

Gdy św. Jacek powrócił do Krakowa, był rok 1241, pamiętny w dziejach Polski pierwszym najazdem tatarskim, po którym w znacznej części południowej Małopolski zostały tylko trupy, ruiny i zgliszcza. Św. Jacek niesie teraz pomoc i pociechę ofiarom klęski, zaledwie jednak w kraju nastał spokój, zabiera się do nowego wielkiego dzieła misyjnego, którego podwaliny rzucił może już dawniej za czasów pobytu w Prusiech, a mianowicie do tworzenia placówek misyjnych wśród pogańskich Litwinów i Jadźwingów, ludu później wytępionego, zamieszkującego Podlasie. Obie te misje działały przez pewien czas, później jednak upadły wskutek niepomyślnych warunków politycznych.

Na kilka lat przed śmiercią miał się św. Jacek wybrać w nową, ostatnią już podróż, aby jeszcze raz odwiedzić wszystkie założone przez siebie klasztory i natchnąć je nowym zapałem dla świętej sprawy. Był już wtedy w podeszłym wieku, starany surowym trybem życia i ustawicznymi trudami, mimo to jednak duch apostolski gorzał w nim z niezmniejszoną siłą.

Podróż ta, z której powrócił dopiero tuż przed śmiercią, była jakby dopełnieniem jego apostolskiej działalności, którą prowadził niestrudzenie przez lat bez mała czterdzieści. Płomienny kaznodzieja, wielki zdobywca dusz, siewca klasztorów, duchowy ojciec olbrzymiego zastępu apostołów, rzutkością, przedsiębiorczością i niecofającą się przed niczym energią przerastał współczesne pokolenie, nic zatem dziwnego, że potomność osnuła wokół jego apostolskiej działalności mnóstwo legend, wymieniając pośród krajów, w których przebywał, tak odległe jak Szwecja i Norwegia, wybrzeża morza Śródziemnego, Astrachan, Mongolię, Chiny, Tybet, Indie i Persję. Jest rzeczą oczywistą, że przy ówczesnym stanie dróg i środków komunikacyjnych jeden człowiek nie byłby zdołał przebyć tak olbrzymich przestrzeni, ale i te podróże, które św. Jacek istotnie odbył, są aż nadto wymownym świadectwem jego apostolskiej gorliwości i rzutkości. Legendy te są bez wątpienia echem dalekich podróży, które przedsiębrali jego uczniowie, i stosunków, które utrzymywał z misjonarzami owych dalekich krain. Ślad ich zachował się w wiadomości, że w r. 1246 udzielał wyprawie dominikańskiej Ascelina, dążącej do Mongolii, informacji o stosunkach na Rusi, przez którą wiodła jej droga.

Drugim źródłem głębokiej czci, którą współcześni żywili dla św. Jacka, był dar czynienia cudów. Spełnił ich św. Jacek takie mnóstwo, że papież Klemens VIII w bulli kanonizacyjnej zaznaczył, iż niewielu świętych mogło się pochlubić tylu cudami, a w starych opisach jego żywota czytamy: „Którędy tylko św. Jacek przechodził, wynoszono tak jak za czasów Chrystusa na ulicę chorych, by się jeno ich dotknął, a byli uzdrowieni”, że zaś nie tylko wskrzeszał umarłych i uzdrawiał chorych, ale i na zdrowych czynił cuda – jednym przywracając utracony dobytek, innych ratując z niewoli i więzienia, był prawdziwym pocieszycielem strapionych i nieszczęśliwych, lekarzem chorych i ojcem ubogich.

Z ostatniej swej wędrówki wraca św. Jacek do Krakowa w połowie roku 1257, wiedziony przeczuciem, że nadchodzi koniec jego ziemskiego żywota. W zupełnej samotności, z dala od ludzi i ich spraw, przygotowuje się na śmierć, trawiąc czas na modlitwie i rozmyślaniu. 14 sierpnia, w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, opada go nagle śmiertelna niemoc, zwołuje przeto do swego łoża wszystkich braci zakonnych, aby się z nimi po raz ostatni pożegnać i zachęcić ich do gorliwego spełniania obowiązków zakonnych słowami św. patriarchy Dominika: „Pokorę zachowajcie, miłość wzajemną miejcie, dobrowolne ubóstwo dziedziczcie, czystości duszy i ciała z wielką pilnością strzeżcie, o zbawienie dusz ludzkich, rozszerzenie zakonu, rozmnożenie wiary św. między niewiernymi narodami z poświęceniem życia waszego starajcie się”.

Resztę dnia spędził na modlitwie, przygotowując się nad nadchodzącą uroczystość Najświętszej Maryi Panny, a gdy zadzwoniono na jutrznię, nie zważając na śmiertelną słabość, pospieszył wraz z braćmi do chóru. Odprawiwszy pacierze, uczuł, że go zaczynają opuszczać siły, wezwał przeto spowiednika i upadłszy przed nim za kolana odprawił spowiedź generalną, po czym w głębokim skupieniu ducha wysłuchał klęcząc Mszy św. i przyjął ostatnie sakramenta.

Zaopatrzony na drogę do wieczności pozostał w kościele do rannych pacierzy i odprawił je wraz z braćmi, po czym wziął w jedną rękę krzyż, a w drugą obraz Bogarodzicy, i całując je konającymi ustami, zawołał: „W ręce Twoje, Panie, oddaję ducha mego”. To rzekłszy, zasnął spokojnie w Bogu, 15 sierpnia roku 1257. Ciało jego, pochowane w kościele klasztornym, spoczywa tam do dziś dnia.

W tej samej chwili, kiedy św. Jacek skończył swój doczesny żywot, jego siostra stryjeczna błogosławiona Bronisława, przełożona klasztoru Norbertanek na Zwierzyńcu, ujrzała nad kościołem św. Trójcy wielką jasność, a pośród niej wspaniały orszak, na którego czele szła cudownej piękności pani, wiodąc za rękę zakonnika w dominikańskim habicie. Zdziwiona i zachwycona zapytała Bronisława „Kto jesteś, pani?” „Bronisławo, córko moja – usłyszała – jam jest Matka miłosierdzia, a ten, którego widzisz, to brat twój Jacek, mnie i Synowi memu wielce miłościwy, którego prowadzę do wiecznej chwały”. Podobne widzenie miał w dzień pogrzebu św. Jacka biskup krakowski Prandota i wiele innych osób, a gdy przy grobie świętego zaczęły się dziać niezliczone cuda, zakon dominikański rozpoczął starania o jego kanonizację. Wojny, zawikłania polityczne i zaburzenia religijne, szarpiące już to Polską, już też całym chrześcijaństwem sprawiły, że rzecz odwlokła się na długie wieki. Urzędowe starania o kanonizację św. Jacka rozpoczął król Zygmunt Stary w roku 1518, a już w roku 1523 wyznaczeni przez papieża Hadriana VI komisarze zabrali się do spisywania dowodów i przesłuchiwania świadków. Zakończono proces w roku 1526, po czym akta zaopatrzone w pieczęcie i podpisy, przesłano do Rzymu.

Akta te zaginęły już w roku następnym podczas plądrowania Rzymu przez wojska cesarza Karola V, ale na szczęście istniała kopia, którą z polecenia dominikanów krakowskich sporządził brat Walerian Sołecki z Warszawy. Gdy w r. 1589 wznowiono proces kanonizacyjny św. Jacka, tę właśnie kopię pierwotnego procesu przedłożyli dominikanie krakowscy w Rzymie. Zbadano ją gruntownie, a można to było uczynić tym skuteczniej, że w samym Rzymie znaleziono drugą kopię procesu z roku 1523. Posiadał ją Tomasz Treter, kanonik kościoła Najświętszej Maryi Panny za Tybrem. Rękopis ten pochodził z archiwum kardynała Karaffy, późniejszego papieża Pawła IV (1555-1559), który brał niegdyś czynny udział w procesie kanonizacyjnym św. Jacka. Porównanie obydwóch egzemplarzy okazało, że zostały przepisane z jednego oryginału.

Gdy w roku 1589 na nowo podjęto proces, wcielono do niego w całości wszystkie akta pierwszego procesu z roku 1523, a wraz z nimi i żywot św. Jacka, przepisany urzędowo w pierwszym procesie przez notariusza z starego rękopisu, który w tym celu wydali z skarbca katedry krakowskiej wicekustoszowie Stanisław ze Lwowa i Jan z Krosna. Oprócz żywotu mieściła się w rękopisie pierwotnego procesu księga cudów, spisanych z polecenia prowincjała dominikanów i przeora krakowskiego przez zakonników krakowskich: Wojciecha, bakałarza św. teologii, i Marka kantora. Cudów tych było 40, z lat 1516, 1517 i 1519.

Kanonizacja św. Jacka odbyła się w niedzielę Przewodnią po Wielkanocy roku 1549 (17 kwietnia). Przy tej okazji papież Klemens VIII (dawniej legat w Polsce, Hipolit Aldobrandini) wyznaczył do obchodzenia pamiątki błogosławionej śmierci Jacka dzień 16 sierpnia. W kilkanaście lat później papież Urban VIII postanowił, aby święto jego obchodzono w niedzielę po Wniebowzięciu Matki Boskiej; obecnie pacierze kapłańskie i msza św. o św. Jacku bywają odprawiane 17 sierpnia.

Nauka moralna

Z opisu żywota świętego Jacka widzieliśmy dokładnie, jak niestrudzona była gorliwość tego świętego zakonnika w krzewieniu wiary Chrystusowej. Od lat młodzieńczych do najpóźniejszej starości nie ustawał on w usiłowaniach nawracania pogan, głoszenia prawdy i w zabiegach o zbawienie dusz. Zastanówmy się teraz pokrótce, co my czynimy dla szerzenia Królestwa Bożego na ziemi i krzewienia wiary świętej na tym świecie. Może niejeden odpowie na to: „Nie jestem przecież księdzem, ten obowiązek na mnie nie ciąży”. Mylicie się, kochani bracia! Każdy z nas ma tę powinność, i to:

1)Z wdzięczności ku Bogu. Prawdziwa wiara, jaką nam głosi ustami sług Kościoła Jezus Chrystus i jaką w nas tenże Kościół odżywia i pielęgnuje udzielaniem sakramentów św. jest najpożądańszym i nieocenionym skarbem. Wiara ta nie jest naszą zasługą, lecz darem Bożym, który nam Pan Jezus wyjednał trudem, cierpieniem i męką. Wdzięczność nasza winna odpowiadać wielkości daru, a najmilszą Bogu odpłatą jest nasza żarliwość w naśladowaniu Chrystusa i pozyskiwaniu Mu zbłąkanych owieczek, których ocalenie sprawia w Niebie najwyższą radość. Wdzięcznymi uczniami Pana Jezusa okażemy się tylko wtedy, gdy według możności i sił naszych gorliwie będziemy się przykładać do krzewienia Ewangelii św. bądź modlitwą, bądź udziałem w pobożnych stowarzyszeniach, bądź ofiarą. Rozważmy, czy czynimy zadość tej powinności wobec dzieci, rodziny i sług, czy ich pouczamy, czy nakłaniamy ich do pilnego uczęszczania na nabożeństwa i uważnego słuchania kazań, czy dajemy im budujące książki do czytania, czy troszczymy się o misje ? Tylko tym sposobem może prawy chrześcijanin okazać wdzięczność Bogu za to, że go raczył uczynić członkiem Kościoła i uczestnikiem łask swoich.

2)Do krzewienia wiary zobowiązuje nas prócz tego dbałość o własne zbawienie. Duch święty mówi w Księdze przysłów: „Pozbądź się grzechów jałmużną, a zdrożności miłosierdziem względem ubogich”. Wiara jest najcenniejszym dobrem, nie masz przeto cenniejszej jałmużny, jak pomaganie bliźnim według sił i możności do przejęcia się wiarą. Obowiązek ten jest tym świętszy, że wiara jest niezbędnie potrzebna do zbawienia wiekuistego; bliźni pozbawiony wiary jest na zawsze stracony. Miłosierdzie względem ubogich jest tak ścisłą powinnością, że według słów samego Pana Jezusa tylko miłosierny może liczyć na miłosierdzie. A któż jest biedniejszy na tym świecie jak poganin, nie mający udziału w łasce Bożej i wystawiony na niebezpieczeństwo utraty zbawienia? Wzgląd przeto na własne zbawienie nakłada na nas obowiązek litowania się nad takimi biedakami, otwierania im oczu na prawdę i jednania ich dla Kościoła. Oby nas świetny przykład świętego Jacka zachęcił do naśladowania!

Modlitwa

Boże, który nas corocznie uroczystością świętego Jacka, Wyznawcy Twego, uweselasz, dozwól łaskawie, abyśmy czcząc jego chwałę, uczynki jego naśladowali. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.