12 czerwca Żywot świętego Onufrego, pustelnika

(Żył około roku Pańskiego 350)

Przed chatą pobożnego pustelnika Pafnucego siedziało pewnego dnia kilkunastu braci i z uwagą słuchali świętych słów, które płynęły z jego ust, gdy wtem jeden z młodszych braci rzekł: „Ojcze, opowiedz nam jaką powieść!” Starzec skinął głową i tak zaczął: „Pewnego dnia uczułem chęć udania się na puszczę, aby tam odwiedzić świątobliwych pustelników i patrzyć jak żyją pełni pobożności. Wybrałem się w drogę, nie wziąwszy z sobą nic więcej jak nieco chleba i wody. Szedłem wiele godzin, nie spotkawszy człowieka, a tym czasem skończyła mi się żywność i zaczął mi dokuczać głód. Znużony położyłem się pod drzewem, dziękując w duchu Panu Bogu, że mnie dotąd utrzymywał przy siłach, gdy wtem usłyszałem kroki ludzkie. Obróciwszy się, spostrzegłem człowieka, z którego głowy spływał długi włos; biodra miał okryte liśćmi palmowymi, a w ręku sękaty kij. Przerażony schowałem się w pobliskim krzaku, ale ów człowiek zawołał: „Nie bój się mnie!” Ośmielony tymi słowy przybliżyłem się i padłem mu do nóg, on zaś rzekł do mnie głosem pełnym łagodności: „Wstań, jesteś Pafnucym, sługą Bożym, przyjacielem Świętych”. Powstałem, usiadłem obok niego na kamieniu i prosiłem go, aby mi powiedział, kim jest i skąd pochodzi, na co nieznajomy tak się odezwał: „Bracie kochany! Jestem Onufrym, synem księcia pasterzy z Abisynii. Kiedy miałem sześć lat, nieprzyjaciele zabili mi ojca. Mnie ocalił od śmierci pewien kupiec i zawiódł do jednego z klasztorów w Egipcie, gdzie dobrzy zakonnicy wychowali mnie w bojaźni i miłości Boga. Pewnego razu opowiadali mi dużo o życiu ojca Eliasza i o świętym Janie Chrzcicielu na puszczy. Opowiadanie to wywołało we mnie chęć naśladowania tych Świętych.

Wśród cichej nocy powstałem z łoża, zabrałem nieco chleba i jarzyny i opuściłem klasztor. Ufając w Bogu, udałem się na puszczę i błagałem Niebo o znak, gdzie mam obrać siedzibę. Nagle ujrzałem światło, które się powoli ku mnie zbliżało. Przerażony chciałem uciekać, ale ze światła wystąpił młodzieniec pięknej postaci i tak do mnie przemówił: „Nie bój się! Jestem twym Aniołem Stróżem! Bóg mi polecił, abym został przy tobie i towarzyszył ci na tej puszczy”.

Po czternastu godzinach drogi przybyliśmy do pięknej jaskini, z której wyszedł sędziwy starzec. Upadłem przed nim na kolana, jednakże nieznajomy podniósł mnie i rzekł: „Wstąp do tej jaskini i bądź mi bratem i towarzyszem w samotności”.

Uczyniłem jak sobie życzył i bawiłem u niego wiele dni, on zaś z wielką łagodnością pouczał mnie, jak mam unikać sideł szatana. Pewnego dnia rzekł do mnie: „Synu, zabierz się i pójdź ze mną. Winieneś teraz udać się w głąb puszczy i zamieszkać sam w jaskini, gdzie Bóg cię doświadczy, czy wykonasz Jego przykazania”. Usłuchałem i przez cztery dni szliśmy w głąb puszczy. Piątego dnia przybyliśmy do małej chatki, stojącej pod palmą daktylową i tutaj starzec powiedział mi, że to jest mieszkanie, które Opatrzność Boska mi przeznaczyła.

Pustelnik ów przebywał ze mną jeszcze trzydzieści dni i uczył mnie, jak się mam coraz więcej doskonalić. Potem polecił mnie w modlitwie Bogu, pobłogosławił mnie i ruszył z powrotem do swej jaskini.

Później odwiedzał mnie co rok i dawał mi ojcowskie napomnienia, jak mam wieść życie cnotliwe i skromne.

Gdy pewnego razu znów przybył do mnie, nagle pośród rozmowy padł na ziemię i skończył życie, a ja, pełen smutku, pochowałem ciało jego obok mej chaty. Odtąd żyłem zupełnie osamotniony na puszczy. Anioł codziennie zaopatrywał mnie w wodę i daktyle, a co niedzielę przynosił mi Przenajświętsze Ciało i Krew Pańską, tak jak i innym zakonnikom spędzającym żywot w samotności na puszczach”.

Po tych słowach zaprowadził mnie św. pustelnik Onufry na pagórek, pokazał mi okolicę i kazał mi udać się z sobą. Po sześciu godzinach przybyliśmy do chatki otoczonej drzewami palmowymi. Usiedliśmy na ziemi i zaczęliśmy rozmawiać o Piśmie świętym, ale Onufry spostrzegł, że jestem bardzo znużony i odezwał się do mnie: „Synu mój, widzę, że jesteś osłabiony głodem, wstań przeto i jedz. Oto masz pożywienie!” Obróciłem się i ujrzałem w pobliżu chleb i wodę w naczyniu, nie chciałem jednak sam jeść. Powiedziałem to Onufremu, na co rzekł: „Uznaję twoją życzliwość dla mnie” i podzielił się ze mną chlebem, po czym czuwaliśmy całą noc. Nad ranem spostrzegłem, że Onufry zbladł nagle. Pełen przestrachu zapytałem, co mu się stało, a on odrzekł: „Bądź spokojny, bracie. Pan Bóg posłał ciebie do mnie na tę puszczę, abyś mnie pochował. Już przeszło siedemdziesiąt lat tutaj przebyłem, a teraz przyszła ostatnia moja godzina. Gdy powrócisz do Egiptu, pamiętaj o mnie wśród braci zakonnych i módlcie się za mnie, tak jak ja się za was modliłem”.

Gdy skończył, zapytałem, czy mi pozwoli zamieszkać swoją jaskinię, ale on mi odpowiedział: „Synu mój, to być nie może, albowiem Pan Bóg nie na to cię tutaj przysłał, abyś tu pozostał, lecz dlatego, abyś widział co się tu dzieje i ogłosił to światu. Wróć zatem do Egiptu, pozostań tam do końca życia i dopełnij dzieła rozpoczętego, a otrzymasz koronę chwały wiecznej”.

Po tych słowach wzniósł ręce ku niebu i z oczyma pełnymi łez zawołał: „Panie Boże, w ręce Twoje polecam ducha mojego!” Ciało jego otoczyła jasność i wśród niej pożegnał się z tym światem.

Powstałem, rozdarłem szatę i jedną połową obwinąłem ciało Świętego, po czym pochowałem je w grobie wykutym w pobliskiej skale. Dokonawszy tego chrześcijańskiego obowiązku powróciłem do chaty, ale zaledwie postawiłem nogę na progu, cofnąłem się, gdyż chata runęła, zmiażdżona przez palmę daktylową, którą jakaś niewidzialna ręka z korzeniami wyrwała z ziemi. Doznawszy tego wszystkiego – zakończył Pafnucy swoje opowiadanie – powróciłem w strony rodzinne i wypełniłem, co mi święty Onufry polecił”.

W roku 1171 książę bawarski Henryk zwany Lwem, biorąc udział w jednej z wypraw krzyżowych do Ziemi świętej, odwiedził także pustelnie w puszczy egipskiej. Posłyszawszy o życiu świętego Onufrego i o jego łasce jako pośrednika przed tronem Boga, obrał go sobie za patrona i wyprosił u zakonników część jego czaszki. Powróciwszy do ojczyzny, złożył ją uroczyście w Monachium, stolicy Bawarii.

Nauka moralna

Prawie na każdej stronicy Ewangelii świętej doczytać się możemy, że bez troski, walki i usilnych starań nie osiągniemy zbawienia, do którego dąży serce ludzkie. Mamy atoli bardzo wielu chrześcijan, którzy to uznają, a mimo to nic nie czynią, aby ten cel osiągnąć. Sądzą oni, że wystarczy, jeśli pracują, rano i wieczorem się pomodlą, w niedziele i święta bywają w kościele i co jakiś czas przystępują do Stołu Pańskiego. Myślą, że to już wszystko i że na pewno będą zbawieni, ale nie starają się panować nad sobą i ciągle ulegają namiętnościom.

Atoli Jezus Chrystus żąda od nas czego innego. Żąda On ciągłej walki i natężenia wszystkich sił, by poskromić bez ustanku powstające namiętności, pokuty oraz wyrzeczenia się zgubnych rozkoszy świata doczesnego. Takim był św. Onufry, który przeszło siedemdziesiąt lat odmawiał sobie wszystkiego, czym mógłby obrazić Boga. Jego naśladujmy, a Bóg nam także udzieli szczęśliwości wiecznej.

Modlitwa

Boże wszechmogący, udziel nam łaskawie odwagi i gorliwości, abyśmy zdołali zapanować nad ułomnościami ciała naszego. Powoduj sercami naszymi i dopomóż nam, abyśmy szli za przykładem św. Onufrego i stali się godnymi zbawienia wiecznego. Amen.

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


Komentarze są zamknięte.