10 stycznia Żywot świętego Wilhelma, biskupa

(Żył około roku Pańskiego 1200)

Święty Wilhelm, potomek znakomitej rodziny hrabiów de Nevers, urodził się około roku Pańskiego 1135 w Artel, dziedzicznym zamku jego rodziców, położonym w Belgii. Wuj jego, archidiakon katedry swesoneńskiej, którego pieczy powierzono go od dziecięctwa, wychowując go jak najstaranniej zaszczepił w jego sercu gruntowną pobożność, oraz wykształcił go znakomicie w naukach świeckich. Po ukończeniu nauk wstąpił Wilhelm do stanu duchownego i został kanonikiem swesoneńskim i paryskim, lecz oświecony łaską Ducha świętego przejął się przekonaniem, że jeśli pozostanie w świecie, dusza jego będzie narażona na większe niebezpieczeństwa, aniżeli okręt miotany burzą na morzu. Dlatego mimo słabego zdrowia, pragnąc wieść życie odosobnione, wstąpił do klasztoru grandmonckiego w prowincji Limoż. Szukał ukrycia i chciał, aby świat nic o nim nie wiedział, a oto wkrótce tak odznaczył się cnotami zakonnymi i wielką świątobliwością, że nie tylko w całej okolicy zasłynął, ale opat jego obecny na soborze powszechnym, odbytym w owym czasie pod przewodnictwem Ojca świętego Innocentego III w Lyonie, publicznie wobec wszystkich zgromadzonych biskupów i prałatów wychwalał jego cnoty i świątobliwość.

Wskutek wielkiego zamieszania, jakie wszczęło się było w zarządzie klasztoru w którym zostawał, święty Wilhelm zmuszony był przejść do Cystersów. Przyjęty do tego zakonu w klasztorze koło miasta Pontini, po roku nowicjatu wykonał śluby uroczyste. Od tej chwili żył jakby już nie na tej ziemi. Cały zatopiony w Bogu, obdarzony darem coraz wyższej bogomyślności, pogrążony w ciągłym skupieniu ducha, z największą ścisłością spełniając najmniejsze przepisy reguły zakonnej, pełen miłości dla braci, tak umorzył w sobie wszelkie potrzeby zmysłów, że jedzenie i picie było dla niego prawdziwą męką. Dla czystości serca otrzymał w wysokim stopniu dar modlitwy; zwłaszcza przy Mszy świętej tak był przejęty nabożeństwem, że wylewał rzęsiste łzy. „Gdy sobie rozważę – mawiał – że Jezus Chrystus codziennie oddaje się na ołtarzu swemu Ojcu niebieskiemu jako ofiara pojednania, nie mniejsza przenika mnie boleść, jak gdybym Go na żywe oczy widział umierającego na górze Kalwaryjskiej”. Wkrótce został Wilhelm przeorem klasztoru, a niedługo potem wybrano go na opata fonteniańskiego; taki sam urząd piastował później w klasztorze karoliwieńskim (Chalin), w diecezji sanleńskiej położonym. Godności takie należały wówczas do najświetniejszych, a tym, którzy je piastowali, dawały wielki wpływ na sprawy całego kraju, natomiast dla Wilhelma stały się powodem do tym głębszej pokory. Pragnął, aby go poczytywano za ostatniego i uniżał się przed najmłodszym z braciszków, o ile tylko mógł to uczynić bez naruszenia powagi swojego urzędu. Obok takiej pokory, odznaczał się ciągle życiem nadzwyczaj umartwionym i zachowywał swobodę ducha niczym i nigdy nie zachwianą.

Posunąwszy się już nieco w lata, a zawsze wątłego będąc zdrowia, żywił nadzieję, że już do końca życia będzie mógł pozostać w ulubionym klasztorze karoliwieńskim, lecz najniespodziewaniej mianowany został arcybiskupem bituryceńskim. Zawiadomiony o tym zasmucił się i przeraził, jakby na wiadomość o największym nieszczęściu, jakie go spotkać mogło. Czynił co tylko było możliwe, aby go tą godnością nie obarczano; czynił nawet przygotowania do tajemnej ucieczki w obce kraje, lecz zmuszony wyraźnym rozkazem władzy zakonnej i legata papieskiego, objął pasterski urząd.

Zostawszy arcybiskupem nie rozstał się z ubogim habitem zakonnym i nie przestawał wieść życia umartwionego, jakie wiódł dotąd. Pałac jego stał ciągle otworem dla ubogich, którzy mieli do niego wolny wstęp w każdej godzinie dnia i nocy. W całym domu nie było żadnej niewiasty; co więcej nigdy nie przyjmował niewiast w swoim mieszkaniu, mawiał bowiem, iż dość jest widywać je w kościele i że powaga biskupia i surowość życia, jakie wieść powinien, zawsze cierpi na przestawaniu z białogłowami. Co dzień usuwał się na samotne miejsce i przez kilka godzin zatapiał się w bogomyślności, czerpiąc w niej światło i siłę do sprawowania swojego wysokiego obowiązku. Zwykle rozmyślał wtedy nad śmiercią, utrzymując, iż pamięć o niej jest najskuteczniejszym lekarstwem na wszelkie choroby duszy. Brzydził się nawet cieniem chciwości, tak dalece, iż nigdy nie pozwalał, aby drogą procesu poszukiwano jego dochodów, jeśli ci, których to było obowiązkiem, nie chcieli ich uiszczać. Zniósł w swojej diecezji przywilej, w wielu miejscowościach w owym wieku istniejący, aby winowajcy skazywani na kary pieniężne, składali haracz biskupowi. Będąc tak obojętnym na swoje osobiste korzyści, praw i przywilejów Kościoła przestrzegał i bronił najgorliwiej. Pod tym względem w niczym nie ustępował, choćby to nawet było połączone z narażeniem własnej osoby. Broniąc śmiało praw i niektórych przywilejów swojej diecezji, których nie chciał uszanować król Filip August, ściągnął był na siebie gniew tego monarchy. Król przysłał po niego swoich urzędników, ale arcybiskup oparł się im stanowczo i okazał się w obronie praw Kościoła tak nieugiętym, że mu król zagroził konfiskatą dóbr i wygnaniem. I to nie zachwiało stałości biskupa, a gdy król Filip przekonał się w końcu o niesłuszności swoich żądań, pełen podziwu dla jego odwagi, począł go darzyć wielkimi łaskami.

Święty Wilhelm

Nadszedł był czas, kiedy błędy albigensów, szerząc się wszędzie, coraz bardziej poczęły zalewać i kraje Langwedocji i Aragonii, dotychczas wolne od tej herezji. Święty Wilhelm, lubo już bardzo podeszłego wieku, a trudami arcybiskupstwa i życiem pokutnym znacznie zwątlony na siłach, umyślił jednak udać się tam, aby głosić słowo Boże, powstrzymać szerzące się kacerstwo, już i jego diecezji grożące, lecz właśnie gdy zabierał się dokonać tego zamiaru, Pan Bóg dał mu poznać, że ostatnia jego godzina jest już bliska. Zachorował dość ciężko, jednakże w uroczystość Trzech Króli, lubo silną gorączką trapiony, zapragnął raz jeszcze przemówić do ukochanego ludu swojego, tłumnie zgromadzonego w kościele, a wielce zasmuconego wiadomością o chorobie arcybiskupa. Kazał więc zaprowadzić się do kościoła i tam miał kazanie, biorąc za tekst słowa Pisma świętego: „Czas jest, abyśmy już ze snu powstali” (Rzym. 13,11). Najprzód w słowach pełnych namaszczenia upominał lud swój, aby wiernie trwał w wierze świętej i pełnieniu przykazań Pańskich, a potem pożegnał się z wszystkimi i zszedł z ambony, wśród płaczu, łkania i żałosnych jęków całego zgromadzenia. Wróciwszy do mieszkania uczuł się bardzo osłabionym, zażądał tedy niezwłocznie ostatnich Sakramentów św., które przyjął klęcząc i zalewając się rzewnymi łzami. Poleciwszy następnie, aby go przyodziano w te suknie biskupie, w których przyjmował święcenia i w których chciał być pochowanym, położył się na gołej ziemi popiołem posypanej i rozpocząwszy jutrznię kanoniczną, gdy wymówił pierwsze jej słowa: „Panie, usta moje otwórz”, oddał ducha Bogu i poszedł do Nieba, aby chwałę Pańską na wieki tam opiewać. Błogosławiona śmierć jego nastąpiła dnia 10 stycznia roku Pańskiego 1209. Na wieść o zgonie sługi Bożego, lud tłumnie zbiegł się do katedry, oddając cześć ciału jego jak relikwiom świętym. W tymże dniu nad pałacem arcybiskupim ukazała się gwiazda jasna jak słońce, którą całe miasto podziwiało, upatrując w tym dowód i znak świętości zmarłego pasterza. Istotnie po bardzo krótkim czasie, bo w dziewięć lat później papież Honoriusz III policzył go w poczet Świętych.

Nauka moralna

Ilekroć odprawia się Mszę św., dzieje się w niekrwawy sposób to samo, co niegdyś działo się w krwawy na górze Golgocie. Jezus Chrystus w nieskończonej miłości swojej ofiaruje się przez ręce kapłana Ojcu swemu niebieskiemu na zadosyćuczynienie za grzechy świata. Myśl ta zawsze wyciskała świętemu Wilhelmowi łzy z oczu, to też mawiał, że kiedy wspomni, iż Jezus Chrystus ofiaruje się na ołtarzu Ojcu niebieskiemu za grzechy ludzi, to mu się wydaje, jakoby widział Jezusa rozpiętego na krzyżu. Rozważajmy zatem tę prawdę wiary w całej jej głębokości i wzniosłości, a uczęszczać będziemy wtedy nie tylko z większą gorliwością na Mszę św., chcąc się stać uczestnikami jej owoców, ale też słuchać jej będziemy zawsze z największym nabożeństwem. Przy Mszy świętej winniśmy wzbudzać w sobie te same uczucia, jakie by nas przejmowały, gdybyśmy widzieli Jezusa umierającego na górze Golgocie. Jak w obecności ukrzyżowanego Chrystusa zalewalibyśmy się łzami na wspomnienie grzechów naszych i obiecywali poprawę, chcąc tym sposobem wzajemną miłością odpłacić Jego miłość, tak samo winniśmy też czynić przy Mszy świętej. Wyobraźmy sobie, że stoimy z Maryją i Janem pod krzyżem, a gdy kapłan ukaże nam Ciało i Krew Jezusa Chrystusa, rozważmy, że Zbawiciel za nasze grzechy tak wielkie zniósł męki i umarł na krzyżu, a teraz ponownie Ojcu niebieskiemu Krew i Ciało za nas ofiaruje. Owa niepojęta miłość Syna Bożego ku grzesznemu rodzajowi ludzkiemu powinna w nas wzbudzić żal serdeczny i napełnić gorącą miłością ku Bogu. Żałujmy tedy szczerze za grzechy nasze, uderzmy się pokornie w piersi i zawołajmy pełni skruchy: „Jezu, bądź mi miłościwi Jezu, zmiłuj się nade mną! Jezu, przepuść mi grzechy moje!” „Ilekroć ten chleb jecie i kielich pijecie, śmierć Pańską opowiadacie, aż przyjdzie” (1 Kor. 11,26).

Modlitwa

Boże, racz to za przyczyną sługi Twego św. Wilhelma sprawić, abyśmy Mszy świętej codziennie na zadosyćuczynienie grzechów naszych i na pamiątkę krwawej ofiary krzyżowej odprawianej, zawsze z gorliwością, nabożeństwem i wzruszeniem słuchali. Udziel nam nadal łaski wzgardzenia z całego serca zaszczytami i bogactwami ziemskimi, abyśmy w ten sposób stać się mogli godnymi uczestnikami skarbów wiecznych i korony niebieskiej. Amen.

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.