• 30 sierpnia Żywot świętej Róży Limańskiej, dominikanki

    (Żyła około roku Pańskiego 1617)

    Pomiędzy mieszkańcami Ameryki święta Róża pierwsza wywalczyła sobie zaszczyt ołtarza. Urodzona w Limie, stolicy kraju Peru w Ameryce Południowej, z rodziców niezamożnych, otrzymała na chrzcie św. imię Izabeli, ale gdy matka pewnego razu nad obliczem drzemiącego dziecięcia spostrzegła prześliczną wonną różę, wszyscy odtąd nazywali ją Różą. Piękne, łagodne i milczące dziewczątko było pociechą i rozkoszą całego domu. Od szóstego roku życia przestała jeść owoce, pościła co środę, piątek i sobotę o chlebie i wodzie, sypiała tylko na twardych deskach, kładąc sobie pod głowę kamień zamiast poduszki, i wynajdywała rozmaite inne sposoby umartwienia. W ten sposób wprawiała się do posłuszeństwa i ćwiczyła się w miłości Boga i rodziców, chociaż ci często wypowiadali życzenia wbrew przeciwne jej przekonaniom. Matka, usposobiona po światowemu i dumna z piękności córki, namawiała ją bez ustanku, aby więcej dbała o stroje. Udawało się nieraz Róży łzami i prośbami ubłagać ją, aby jej zostawiła wolną wolę, kiedyindziej musiała ustępować, ale za to potajemnie przywdziewała ostrzejszą włosiennicę, a na głowę kładła srebrną przepaskę, opatrzoną wewnątrz ostrymi gwoździami na wzór ciernistej korony Jezusa Chrystusa. Z pilnością pszczółki spędzała dni całe przy hafcie i szyciu, sadziła i sprzedawała wonne kwiaty z ogródka i wspierała hojnie ubogie a liczne rodzeństwo; chorowitych rodziców opatrywała i pielęgnowała z anielską cierpliwością, spełniała wszystkie ich życzenia i spędzała im z czoła troskę i smutek.

    Gdy doszła wieku dziewiczego, wielu młodzieńców, zwabionych jej wdziękami, poczęło się ubiegać o jej rękę, a matka nalegała na nią, ażeby poszła za syna pewnej bogatej wdowy. Gdy Róża oświadczyła, że chce pozostać w stanie panieńskim, matka prośbą, groźbą, a nawet czynnymi zniewagami chciała przełamać jej mniemany upór. Mimo to Róża pozostała wierną Panu Jezusowi i wymogła na rodzicach pozwolenie wstąpienia do trzeciego zakonu świętego Dominika. Odtąd zwiększyła jeszcze ćwiczenia pokutne. Rodzice i krewni łajali ją o przesadę, raniąc jej czułe serce urąganiem i bolesnymi zarzutami, ale Róża znosiła to spokojnie i przy pomocy brata, podzielającego jej przekonania, zbudowała sobie w kąciku ogródka małą celkę z desek, w której oddawała się modlitwie, pracy i rozpamiętywaniom. W towarzyskich rozmowach, nawet najpobożniejszych, niechętnie brała udział i mawiała: „Nie widzę, na co się to przyda mówić o Bogu. Lepiej przecież i przyjemniej rozmawiać z Nim, aniżeli o Nim”.

    Cierpienia jej były wielkie i pełne goryczy. Z powodu surowych praktyk pokutnych i częstych zachwyceń szydzono z niej, zowiąc ją obłudnicą, opętaną i wariatką. Nawet spowiednik nie szczędził jej łajań i przygany; każdy członek jej ciała miał swój ból osobny, a dusza i jej cierpiała przez lat piętnaście na oziębłość i oschłość; prócz tego co dzień całymi godzinami pozbawiał ją Bóg nadprzyrodzonej radości i zamiłowania dobrego, modlitwy i samotności, tak że serce jej często było podobne do pustyni. Po takich godzinach próby i doświadczeń światło niebieskie rozjaśniało jej duszę, czuła się jakby wzniesioną w Niebo i utwierdzała się w przekonaniu, że wytrwa w miłości ku Bogu.

    Święta Boża Limańska

    Po latach piętnastu przestały ją trapić owe udręczenia; miewała objawienia Dzieciątka Jezus, Maryi i Anioła Stróża, mówiła o miłosierdziu Bożym tak rzewnie i czule, że przytomni nie mogli się oprzeć słodyczy jej słów. Wolno jej było komunikować trzy do cztery razy na tydzień, ale mimo to za każdym razem wśród łez się spowiadała. Jej zjednoczenie ze Zbawicielem było tak doskonałe, że zawsze Go miała przed oczyma, przy każdym zatrudnieniu i w każdej rozmowie.

    W 32 roku życia zachorowała Róża śmiertelnie, a bóle we wszystkich członkach trapiły ją w tak straszny sposób, że lekarze stali nad nią, nie wiedząc co począć. Ona zaś szeptała: „Panie, zwiększ moje cierpienia, ale i miłość moją!” Wymawiając słowa: „Jezu, stój przy mnie”, umarła dnia 24 sierpnia roku 1617. Ciało jej jaśniało niezrównaną pięknością, rumieniec krasił jej lica i miły uśmiech zdobił jej usta, więc przytomni sądzili, że jeszcze nie umarła. Natłok ludu był tak wielki, że zwłoki jej musiano obstawić wojskiem i w końcu przy zamkniętych drzwiach do grobowca spuszczono. Klemens IX zaliczył Różę w roku 1668 do Błogosławionych, a Klemens X w roku 1671 do Świętych Pańskich.

    Nauka moralna

    Autor opisu żywota świętej Róży powiada, że biskup Turybiusz udzielił Róży sakramentu Bierzmowania, gdy Święta była jeszcze małym dzieckiem. Sakrament ten darzy nas bowiem podwójną łaską:

    1) Udziela nam siły do walki z wrogami Kościoła, a siła ta może się spotęgować aż do gotowości męczeństwa. Święta Róża musiała walczyć z dwoma najpotężniejszymi wrogami, tj. własnym ciałem, hojnie uposażonym we wdzięki, i z matką, która powagą rodzicielską usiłowała zmusić ją do posłuszeństwa i zrzeczenia się własnej woli. Duch święty oświecił Różę i natchnął ją tak skutecznie, iż ani nie ubliżyła szacunkowi powinnemu rodzicom, ani nie poszła za błędnymi ich przywidzeniami. Duch święty natchnął ją siłą umorzenia w sobie porywów zmysłowości i cierpliwego znoszenia potwarzy i urągowisk. Czemuż Bóg nie pomaga nam w walce z pokusą i pożądliwościami? Oto dlatego, że zimni i obojętni jesteśmy na głos Ducha świętego i że więcej się obawiamy ludzi i ich zdania, aniżeli Boga.

    2) Bierzmowanie utwierdza w nas zaufanie w ukrzyżowanym Chrystusie. Kapłan kreśli krzyżem świętym na czole naszym krzyż, abyśmy w walce z szatanem i przeszkodami zbawienia pamiętali o Chrystusie, „który – jak mówi święty Piotr (1 Piotr 2, 21) – ucierpiał za nas, zostawiając wam przykład, abyście wstępowali w ślady Jego”, i za którego wstawieniem Duch święty, ten Pocieszyciel Boski, w nas zamieszkał. Dlatego święta Róża sypiała na twardych deskach, dlatego nosiła na głowie koronę ciernistą i prosiła o zwiększenie boleści nie z grzesznego zaufania do siebie, ale w celu zwiększenia w sobie miłości Boga. Krzyż jest sztandarem Króla niebieskiego, zwycięzcy piekieł i śmierci, a krzyż na czole naszym jest oznaką, że należymy do zastępu Chrystusowego i wiernie za Nim pójdziemy. Wstyd przeto i hańba zbiegom spod tego sztandaru, jako też hańba tym, którzy ten sztandar dlatego opuszczają, że półmędrek albo raczej półgłówek jakiś nazwie ich obłudnikami, świętoszkami lub podobnie.

    Modlitwa

    Boże wiekuisty, racz nas miłościwie ustrzec od zbytecznego zamiłowania ciała i przemijającej urody. Wszakże ciało nasze nie jest niczym innym, jak tylko znikomym przybytkiem duszy nieśmiertelnej. Spraw przeto łaską swoją świętą, abyśmy przestrzegali jego nieskalanej czystości życiem świątobliwym i cnotliwym i tym sposobem godnymi się stali zamieszkania z Tobą w Królestwie niebieskim. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i Duchem świętym króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 29 sierpnia Żywot świętej Sabiny i Serafii, Męczenniczek

    (żyły około roku Pańskiego 120)

    Sabina pochodziła ze znakomitej rodziny rzymskiej i otrzymała wychowanie staranne, ale pogańskie. Wyszła za mąż za oficera rzymskiego Walentyna i wiodła żywot, jak wszystkie wielkie damy, tj. lubiła stroje, zbytkowne uczty, trawiła całe godziny przy toalecie, w teatrze, albo dokuczała swym służebnicom.

    Gdy mąż jej poległ w bitwie przeciw Dakom, porzuciła zgiełkliwe miasto i zamieszkała w zaciszu wiejskim w Umbrii. Otrzymawszy od Stwórcy szlachetne serce, a od rodziców staranne wykształcenie, umiała się należycie cenić i strzec od zepsucia, rozpowszechnionego podówczas pomiędzy wyższymi warstwami społeczeństwa rzymskiego.

    Pomiędzy jej niewolnicami była niejaka Serafia, chrześcijanka, pochodząca z Antiochii, miasta syryjskiego. Była ona prawdziwym wzorem przyzwoitości i skromności, mówiła mało ale zawsze odzywała się grzecznie i uprzejmie, nigdy nie schlebiała swej pani, a jeśli Sabina wymagała od niej czegoś, co sprzeciwiało się zasadom chrześcijańskim, tłumaczyła się z nieposłuszeństwa z należnym uszanowaniem. Nie znała obawy przed karami, które były nieraz wielce dotkliwe, a znosiła je tak cierpliwie, że nigdy obłok niechęci i gniewu nie zasępił jej łagodnego oblicza. Wszelkie polecenia wykonywała sumiennie i najniższe nawet posługi pełniła z chęcią i radością.

    Po jakimś czasie Sabina zauważyła, że Serafia rozdaje jałmużnę, że w swojej komórce trawi całe godziny na głośnej lub cichej modlitwie przed krzyżem, lecz ani jej na myśl nie przyszło, że jej niewolnica prosi Boga o nawrócenie swej pani. Nareszcie kazała się stawić przed sobą Serafii i zapytała ją o powody tego postępowania. Zagadnięta znienacka Serafia wyznała, że czyni to z obowiązku i wdzięczności ku świętej religii, mówiła jej o dobroci i majestacie Boga, o przeznaczeniu człowieka do szczęścia wiekuistego, o szpetności grzechu, o miłosierdziu Jezusowym, a wreszcie, nie mogąc pohamować wzruszenia wewnętrznego, padła do nóg Sabiny i rzekła: „Potężna pani, jestem tylko prostą, nieokrzesaną niewolnicą i nie umiem ci opisać wzniosłości i słodyczy naszej świętej wiary, wyręczą mnie jednak w tym względzie nasi kapłani, byle byś ich posłuchać zechciała!”

    Słowa te wprawiły Sabinę w wielkie zdumienie, a choć kazała jej odejść, wyryły się one niezatartymi głoskami w jej pamięci. Niezadługo wezwała Serafię ponownie do siebie i zażądała, aby jej przywiodła nauczyciela. Uradowana Serafia podążyła nocną porą do Rzymu i opowiedziała kapłanowi Aleksandrowi, jakie otrzymała od swej pani polecenie. Aleksander przybył na drugi dzień i zaczął Sabinę zaznajamiać z prawdami chrześcijańskimi. Nauka trwała kilka miesięcy, po czym Sabina przyjęła chrzest i pierwszą Komunię świętą. Przepełniona radością i wdzięcznością ku Bogu, uściskała i ucałowała nowa chrześcijanka swą niewolnicę, mówiąc: „Kochana siostro, odtąd nie będę cię inaczej nazywać, jak tylko siostrą swoją”. Następnie obdarzyła wszystkie sługi wolnością, zaczęła się skromnie ubierać i wraz z Serafią uczęszczała na nabożeństwo do katakumb rzymskich. Pewien filozof, który ubiegał się o rękę pięknej i bogatej Sabiny, niemało się zdziwił, gdy go naraz zaczęto ozięble i obojętnie przyjmować. Bystre jego oko wkrótce dostrzegło, że Serafia namówiła swą panią do przyjęcia wiary Chrystusowej, uważał więc za swoją powinność donieść o tym prefektowi miasta, Beryllusowi. Gdy Beryllus kazał uwięzić Serafię, przybyła z nią również Sabina i oświadczyła, że i ona jest chrześcijanką. Beryllus udał, że nie dosłyszał jej słów i kazał jej odejść, po czym groźnie nakazał Serafii, aby złożyła bogom ofiarę i była posłuszną prawom krajowym.

    Serafia: „Nie uczynię tego, gdyż jestem chrześcijanką”.

    Beryllus: „Czyż wy chrześcijanie nie oddajecie czci Bogu ofiarą?”

    Serafia: „I owszem co dzień oddajemy Bogu ofiary z modłów, czystości i nieskalaności życia, prac i cierpień swoich”.

    Beryllus: „Gdzie macie świątynię?”

    Serafia: „Ciała nasze są przybytkiem Bożym”.

    Beryllus: „Jeśli przeto kazicie ciało, nie jesteście już przybytkiem Boga”.

    Serafia: „Bóg w gniewie potępia tego, co kazi Jego świątynię”.

    Serafię wtrącono do więzienia i oddano na pastwę dwóm rozpustnym młodzikom, ale anioł obronił ją, a rozpustników ukarał odebraniem im wzroku i paraliżem nóg.

    Święta Serafia

    Gdy nazajutrz doniesiono o tym prefektowi, kazał przyprowadzić dziewicę i zapytał, jakimi czarami obezwładniła rozpustników. „Nam chrześcijanom – odparła Serafia – nie wolno trudnić się czarami, ale Pan Jezus pomaga tym, którzy Go wołają”. Na te słowa prefekt kazał przyprowadzić młodzieńców, a Serafia, wzniósłszy dłonie ku niebu, odmówiła krótką modlitwę i rzekła: „W Imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa, wstańcie!” Cudownie uzdrowieni natychmiast powstali, ale Beryllus nie zważał na to, lecz po raz drugi wezwał Serafię, aby uczciła bogów. Rozjątrzony odmowną odpowiedzią, kazał „czarownicę” osmagać, drzeć rozpalonymi obcęgami, a wreszcie zatłuc kijami. Sabina wykupiła zwłoki, zabalsamowała je, pochowała w grobie rodzinnym i gorąco prosiła Boga, aby ją z nią połączył, rozdzielając przy tym hojne jałmużny między ubóstwo.

    Następca Beryllusa, Elpidiusz, natychmiast kazał uwięzić Sabinę i skonfiskować jej dobra, ona jednak nie chciała uczcić bożyszcz krajowych i rzekła: „Jestem chrześcijanką, więc nigdy nie oddam czci szatanom. Czyń ze mną, co ci się podoba; rozporządziłam sprawami doczesnymi, majątek mój jest w ręku ubogich, więc jestem gotowa na śmierć”. Sędzia ogłosił wyrok śmierci, a Sabina uklękła, zmówiła krótką modlitewkę, zdjęła z głowy zasłonę i legła pod mieczem katowskim dnia 29 sierpnia roku Pańskiego 120. Chrześcijanie pochowali ją obok Serafii.

    Nauka moralna

    Na czym polega prawdziwe szczęście? Każdy człowiek na tym świecie pragnie szczęścia, ale serce jego nie zazna spokoju, póki nie dojdzie do szczęścia rzeczywistego, tj. takiego, które jest stałe i którego utracić nie podobna.

    Serafia była niewolnicą niskiego pochodzenia, zależną i biedną, a jednak była szczęśliwa i zadowolona, gdyż całym sercem miłowała Pana Jezusa, który żył tylko z jałmużny. Nic nie pragnęła, jak tylko stać Mu się podobną w tym życiu. Wiele na tym świecie wycierpiała, ale cieszyła się niewymownie, że już tu może spłacić Jezusowi część długu wdzięczności i stać się godną chwały wiecznej. Serafia przeto była, jest i będzie szczęśliwa, gdyż szczęście jej stanowiło zupełne posiadanie miłości Chrystusa.

    Sabina była poganką i szlachcianką, nic więc nie brakło jej do szczęścia według rozumowania tego świata, ale i szlachta nie jest wolna od śmierci, a bałwany nie darzą pociechą nieśmiertelności. Mąż jej był dzielnym i znakomitym wojownikiem, poległ wszakże w bitwie przeciw Dakom, zaczem radość jej zamieniła się na smutek, a wdowieństwo nauczyło ją unikać świata i szukać samotności. Prawdziwe jej szczęście wtedy dopiero się rozpoczęło, gdy poznała Boga, przyjęła chrzest święty i Ciało Pańskie.

    To dowodzi, iż szczęście w tym i przyszłym życiu polega jedynie na miłowaniu Chrystusa.

    Modlitwa

    Panie Jezu Chryste, któryś stał się człowiekiem nie tylko, aby ponieść śmierć za nas, ale aby zostawić nam przykład, jak mamy wstępować w ślady Twoje; błagamy Cię, spraw miłościwie, abyśmy w stanie i położeniu swym żyli według woli Twej świętej i tym sposobem zachęcili swych bliźnich do pójścia za danym przez Ciebie przykładem. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i Duchem świętym żyje i króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 28 sierpnia Żywot świętego Augustyna, biskupa i Doktora Kościoła

    (Żył około roku Pańskiego 430)

    Dnia 13 listopada roku 354 wydała na świat święta Monika syna, który jest po dziś dzień podziwem świata i promiennym światłem Kościoła, „tarczą religii”. Ojciec jego Patrycjusz, poganin, dbał prawie wyłącznie o wykształcenie jego rozumu, a świątobliwa matka, nie mając wpływu na syna, mało tylko przyczynić się mogła do uszlachetnienia serca chłopca. Augustyn, chłopię lekkomyślne, brał się tylko pod naciskiem przymusu do nauki, przekładał nad nią swawolne zabawy i czytanie niemoralnych komedii, każących wyobraźnię i podniecających do rozpusty. Już w szesnastoletnim młodzieniaszku gorzał ogień zmysłowości; ojca wcale to nie obchodziło, a z przestróg i próśb matki Augustyn drwił, nazywając je grymasami kobiecymi, a nawet grzeszył umyślnie, aby swych rówieśników przewyższyć w rozpuście i niemoralności.

    W roku 370 wstąpił do szkoły głównej w Kartaginie, aby uzupełnić swe studia w krasomówstwie i prawie. Czynił tutaj olbrzymie postępy w wszystkich naukach, zarazem jednak odznaczał się wyuzdaną rozpustą. Z całym zapałem młodości rzucił się w wir życia nierządnego z aktorkami i wszetecznicami, i żył w dzikim małżeństwie z niejaką Melanią, niewiastą dużych zdolności, ale zdrożne prowadzącą życie. Ta powiła mu syna, któremu wydrwiwając wiarę, dał imię Adeodata (tj. danego od Boga).

    Będąc przedmiotem dumy ojca, a smutku matki, doznał wkrótce Augustyn strasznych udręczeń powątpiewania i niepokojącej niewiary. Przesycony lekkim życiem, począł szukać prawdy w poważnych studiach, czytać greckich i rzymskich filozofów, ale ci go nie zadowolili, przeszedł zatem do Pisma świętego, ale porzucił je, zrażony jego prostotą. Nareszcie popadł w kacerstwo manichejczyków, w którym sobie jakiś czas podobał, gdyż jego wymowa odniosła kilkakrotnie zwycięstwo nad prawowiernymi. Zbrojny nauką, zabawił trzy lata w Tagaście, pięć w Kartaginie jako nauczyciel krasomówstwa, wszakże sprosność studentów tak mu obmierzła, że potajemnie uszedł do Rzymu, ale i tu lepiej mu nie poszło. Z cierpkim rozczarowaniem poznał bezdenne zepsucie i niemoralność manichejczyków i złudność ich nauki, a uczniowie nie płacili mu za naukę. Zniechęcony odsunął się od wszystkiego, wnet jednak otrzymał powołanie na nauczyciela do Mediolanu. Było to dziełem miłosierdzia Boga, który chciał wynagrodzić strapionej matce łzy i modlitwy, wnoszone za synem.

    Augustyn niewymownie cierpiał; z jednej strony pociągała go prawda chrześcijaństwa i żądza zbawienia wiekuistego, z drugiej krępowała go duma, ambicja i nowe miłostki. Przesiadując w ogrodzie gorzko ubolewał i utyskiwał na swoją chwiejność i brak stanowczości: „Czemuż się ociągam, czemuż mówię zawsze jutro, a nie dzisiaj, czemuż się nie podźwignę z mego pohańbienia?” Wtem usłyszał głos: „Bierz i czytaj!” Augustyn otworzył księgę i oczy jego padły na słowa: „Jako we dnie uczciwie postępujmy, nie w biesiadach i pijaństwach; nie w łożach i niewstydliwościach, nie w zwadzie i zazdrości. Ale obleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, a nie starajcie się o ciało dla pożądliwości” (Rzym. 13,13. 14). Przestał czytać. To mu wystarczyło: łaska Boża przeniknęła serce jego, potargał pęta grzechu, przysposobił się do chrztu i otrzymał go z rąk swego przyjaciela, św. Ambrożego, w czasie wielkanocnym roku 387.

    Pogodzony z sobą i z Panem Bogiem wrócił w strony rodzinne do Afryki, spędził trzy lata samotnie na wsi z przyjaciółmi w ubóstwie klasztornym i oddał się cały pobożnym studiom i modlitwie. Waleriusz, biskup Hippony, wyświęcił go na kapłana i mianował go swym oficjałem. Po krótkich rządach Waleriusza Augustyn został jego następcą.

    Święci Monika i Augustyn

    Odtąd przygarniał do siebie wszystkich przyjaciół i przeciwników, aby ich wyleczyć z błędów i zagrzać do służby Bożej. Najpierw zachęcił kapłanów do wspólnego życia klasztornego i przyjęcia ustanowionej przez siebie reguły, dając przez to początek Kanonikom regularnym. Wielki mówca, często głosił kazania, czasem dwa razy dziennie, tak jasne, przystępne i rzewne, że nie było nikogo, aby się do głębi serca nie wzruszył.

    W krzewieniu wiary i w jej obronie przeciw kłamstwom i błędnym rozumowaniom kacerzy był niestrudzony. Ze wszech stron świata katolickiego szły do niego rozmaite pytania, on zaś na wszystkie dawał odpowiedzi i wyjaśnienia. Pisemne jego prace – obszerne dzieła i mniejsze rozprawy – dochodzą niesłychanej liczby 1030.

    Podobnie jak szczodrobliwy był piórem, hojny był w jałmużnie. Nie szczędził nawet naczyń świętych na wspieranie ubóstwa i często żebrał o jałmużnę dla biednych.

    Kacerze, lękając się jego umysłowej przewagi, nienawidzili go i byliby go pewnego razu zgładzili, gdyby przewodnik jego nie był zmylił drogi Augustyn zemścił się na nich w ten sposób, iż wstawił się za nimi u sędziego Marcelina, który chciał ich srogo ukarać za zdrożności, jakich się dopuścili na kapłanach katolickich.

    Potężny ten szermierz wiary dowiódł także niezwykłej odwagi i bohaterstwa w utrapieniach wojennych, gdy król Genzeryk na czele 50.000 Wandalów obiegł Hipponę. Jako wierny pasterz pozostał przy swej trzodzie, walczącym dodawał otuchy, pielęgnował chorych, póki ogień miłości nie wysączył ostatniej kropli krwi serca jego, a dusza nie uleciała w Niebo dnia 28 sierpnia roku 430. Wandalowie zburzyli Hipponę, jednakowoż nie tknęli grobu Augustyna i jego biblioteki. Ciało jego przenieśli katolicy do Sardynii, a później do Pawii, gdzie jeszcze dzisiaj się znajduje.

    Nauka moralna

    Oto kilka słów z kazania św. Augustyna o zmartwychwstaniu: „Osoba, którą miłujesz, już nie żyje; nie usłyszysz jej głosu, nie może ona brać udziału w radości żyjących, a ty płaczesz. Czy płaczesz nad posiewem powierzonym ziemi? Gdyby ktoś niewiedzący biadał, co się stanie z ziarnem rzuconym w ziemię, i gdyby wzdychał nad tym, iż cały posiew stracony, gdyby patrzył na bruzdy łzawym okiem, czy byś nie litował się nad jego nieświadomością i nierozsądkiem, czy byś mu nie powiedział: „Nie upadaj na duchu. To, coś pokrył ziemią, nie jest w twym gumnie ani w twym ręku, ale bądź cierpliwy; gołe pole pokryje się za kilka miesięcy obfitym plonem, a widok ten rozraduje cię tak, jak nas, którzy wiemy, co tu wyrośnie i tą nadzieją się pocieszamy”. Żniwa zboża oglądamy co rok, ale żniwa rodzaju ludzkiego raz tylko się odbędą i to na krańcu czasów. Nie możemy ci wprawdzie ich pokazać, lecz poprzestaniemy na jednym przykładzie. Zbawiciel bowiem mówi: „Jeśli ziarno pszeniczne wpadłszy w ziemię nie obumrze, samo zostaje” (Jan 12). Jest to przykład, mówiący o jednym ziarenku; ale przykład ten jest tak przekonywujący, że wszyscy muszą mu dać wiarę. Prócz tego głosi nam każde stworzenie naukę zmartwychwstania, jeśli tylko chcemy jej słuchać, a codzienne wydarzenia powiadają nam, co Bóg uczyni z całym rodzajem ludzkim. Zmartwychwstanie raz się tylko odbędzie. Zasypianie i budzenie się żywych istot dzieje się codziennie, a my widzimy we śnie obraz śmierci, w ocknieniu obraz zmartwychwstania. Co więc teraz dzieje się codziennie, to może się stać i stanie się kiedyś jeszcze raz. Wszakże liście opadają z drzew i odradzają się! Dokądże idą opadając, skąd przychodzą odrastając? Zima przychodzi, wszystkie drzewa schną i zdają się martwe. Zawitała wiosna, i wszystko zielenieje w świeżej szacie. Czy to się dzieje po raz pierwszy w tym roku? Nie, tak było i zeszłego roku. Rok mija i znowu powraca, a ludzie, stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, nie mieliby zmartwychwstać po śmierci?”

    Modlitwa

    Wysłuchaj miłościwie błagania nasze, wszechmogący Boże, a gdy nam pozwalasz mieć ufność w Twoim miłosierdziu, za wstawieniem się błogosławionego Augustyna, Wyznawcy Twojego i biskupa, daj nam doznać skutków Twojej zwykłej dobroci. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 27 sierpnia Żywot świętego Józefa Kalasantego, założyciela zakonu

    (żył około roku Pańskiego 1648)

    Święty ten urodził się w roku 1556 w Petralta w Hiszpanii, z rodziców bardzo majętnych i znakomitego rodu. Przyszły założyciel zakonu odznaczał się od młodości wielką pobożnością i miłością ubogich. Udawszy się w latach młodzieńczych na uniwersytet w Lerydzie, czynił świetne postępy w naukach, i mimo surowych obyczajów i żywota – stale bowiem nosił włosiennicę, pościł o chlebie i wodzie i biczował się aż do krwi – umiał sobie pozyskać kolegów do tego stopnia, że mógł zapobiegać wielu zgorszeniom.

    Święty Józef Kalasanty

    Ukończywszy studia z stopniem doktora praw, powrócił Józef pod dach rodzinny, gdzie go czekały ciężkie przejścia. Józef ślubował wieczną czystość i pragnął zostać kapłanem, natomiast ojciec jego żądał, aby pojął żonę i wstąpił w służbę rządową. Stojąc jak gdyby na rozstajnej drodze i mając do wyboru posłuszeństwo rodzicom, albo dotrzymanie ślubu, młody Józef ciężko się martwił. Dzień i noc klęczał przed obrazem Maryi i prosił o ratunek, a ta wewnętrzna walka przyprawiła go w końcu o tak ciężką chorobę, że był już bliski śmierci i lekarze już go opuścili. Zapłakany ojciec stał przy łożu ukochanego syna i patrzył, rychło oczy zamknie, gdy wtem umierający, ocknąwszy się z omdlenia, rzekł: „Ojcze kochany, Maryja uprosi mi życie u Boga, jeśli mi pozwolisz zostać księdzem!” – „Chętnie – odpowiedział ojciec – byle byś odzyskał zdrowie”. Nazajutrz Józef wstał zdrów, a w kilka lat potem odprawił pierwszą Mszę świętą z pokorą i nabożeństwem, które na przytomnych wywarło głębokie wrażenie. Niedługo potem przygotował starego ojca na drogę wieczności. Po śmierci ojca, rozdawszy wszystek majątek na kościoły i ubogich, chciał wstąpić do klasztoru, biskup diecezji uprosił go jednak, aby się oddał duszpasterstwu. Święty Józef położył istotnie na tym polu niezmierne zasługi. Biskup, wdzięczny mu za pracę i błogą działalność, chciał trzydziestoletniemu kapłanowi powierzyć ważny urząd kościelny, ale Pan Bóg inaczej rozporządził. Oto idąc za popędem serca i radą spowiednika, zrzekł się Józef urzędów i godności, które piastował i odbył pielgrzymkę do Rzymu, gdzie najprzód oddał się całkowicie modlitwie, a potem razem ze świętym Kamilem de Lelliis zaczął pełnić służbę przy chorych. Na widok gromady dzieci, których rodzice albo w wojnie życie potracili, albo na zarazę powymierali, albo w inny sposób poginęli, wałęsających się po ulicach i marniejących po jaskiniach zbrodni i występku, powziął Józef myśl poświęcenia się ich wychowaniu; natychmiast więc zarzucił sieć miłosierdzia, zbierał zaniedbane dziatki i posyłał je do Szkół. Mając zasoby nader szczupłe, przedsięwziął pielgrzymkę do Matki Boskiej w Loretto. Gdy powrócił, pewien proboszcz ustąpił mu dwóch izb szkolnych, a święty Kamil dał mu do pomocy dwóch księży, co mu ułatwiło otwarcie w jesieni roku 1597 „pobożnej szkoły” dla 100 chłopców, którzy pobierali w niej najpotrzebniejszą naukę i wychowanie religijne. Obfite owoce jego sposobu nauczania przysporzyły mu licznych hojnych dobroczyńców. Po jakimś czasie połączyło się z nim celem wspólnego pożycia i udzielania bezpłatnej nauki kilku kapłanów i znakomitych świętych, papież Klemens VIII dawał rok rocznie na zakład 200 talarów, a liczba uczniów wzrosła do 700. Rozkwit szkoły obudził zazdrość i nienawiść innych zakładów naukowych. Józefa bezecnie spotwarzano, a szkołę jego nazwano jaskinią zepsucia, jednakże śledztwo wykazało niewinność i wielkoduszność założyciela szkoły tak dobitnie, że papież chciał go wynieść do godności kardynała. Podziękował za nią Józef i pozostał przy zarządzie szkoły, która liczyła już 1.200 uczniów. Aby utrwalić jej istnienie, zamienił stowarzyszenie na zakon, który wnet (w roku 1622) zatwierdził papież Grzegorz XV i nadał mu nazwę „Kongregacji kleryków regularnych szkół pobożnych” (scholarum piarum), z czego powstała nazwa „Pijarów”. I Fundator został pierwszym generałem zakonu; I jako zwierzchnik był wszystkim dla wszystkich, dzień i noc pracował, wybierał dla siebie najprzykrzejsze zatrudnienia, z worem na plecach zbierał jałmużny, a w klasztorze pełnił najniższe posługi.

    Zakon jego szybko się rozkrzewił we Włoszech, Niemczech, Francji i Polsce, wszakże droga krzyżowa Józefa nie skończyła się jeszcze, bo dwóch ambitnych kapłanów, Stefan i Mariusz, tak bezecnie go oczerniło, że Józef, wówczas staruszek osiemdziesięcioletni, musiał stanąć przed kratkami sądowymi. Uwolniono go wprawdzie od winy, ale odebrano mu urząd z powodu rzekomego niedołęstwa umysłowego, a w jego miejsce zamianowano generałem Stefana. Józef nie żalił się na zdradę i niesprawiedliwość, lecz rzekł tylko: „Zdajmy wszystko na Boga, gdyż powołaniem naszym jest cierpieć dla miłości Chrystusa”. Wnet drugi z owych kapłanów, Mariusz, zaczął występować przeciw swemu wspólnikowi Stefanowi, doszło do gorszących niesnasek i intryg, wskutek czego Ojciec święty rozwiązał zakon w roku 1646 i zamienił go na zwyczajną kongregację. Niedługo potem słońce sprawiedliwości rozpędziło mgły oszczerstwa: Stefan, śmiertelnie zachorowawszy, odwołał kłamstwa i przeprosił ze skruchą Świętego, a Mariusz, zapadłszy na tę samą chorobę, umarł bez skruchy.

    Wśród tych utrapień i trosk o sieroty nie zabrakło Józefowi pociechy, ukazała mu się bowiem Maryja Panna z Dzieciątkiem Jezus na ręku wśród orszaku aniołów i napełniła serce jego niebiańską rozkoszą. Kilku kapłanom, którzy wierzyli złym językom, otworzyły oczy cuda, zdziałane przez Józefa na chorych i kalekach, uznali przeto swój błąd i świątobliwość swego zakonnego zwierzchnika.

    Umarł święty Józef w dwa lata po rozwiązaniu zakonu, 27 sierpnia roku 1648, licząc 92 lata. Przed śmiercią przepowiedział, że zakon jego będzie wznowiony, co też spełniło się w 21 lat potem, albowiem papież Klemens IX przywrócił w roku 1669 zgromadzeniu nazwę zakonu. Szkoły pijarskie położyły olbrzymie zasługi dla oświaty i moralności w świecie chrześcijańskim. Niezmiernie wiele zawdzięcza im również Polska. Po stu latach znaleziono serce i język świętego Józefa nienaruszone, a papież Klemens XIII policzył go w poczet Świętych Pańskich.

    Nauka moralna

    Święty założyciel zakonu Pijarów należy do mężów, którzy około dobra ludzkości nieśmiertelne położyli zasługi. Strawił on przeszło pięćdziesiąt lat na nauczaniu i wychowywaniu opuszczonych sierot i moralnie zaniedbanych dzieci, ocalił ich tysiące od doczesnej i wiekuistej zguby i stał się ich prawdziwym dobrodziejem. Dbajmy i my za jego przykładem o dzieci, miłujmy je jak święty Józef. Zasługują one na tę miłość nie tylko z powodu swych dobrych przymiotów, ale i błędów.

    1) Któż by nie miłował dzieci dla ich stron dobrych? Któż nie polubi ich dla ich czystości nieskalanej prostoty, posłuszeństwa i nieudanej szczerości? Przyrodzenie i natura sama pociąga je do prawdy. Mają one wrodzone poczucie bojaźni Bożej, sprawiedliwości, miłosierdzia względem bliźnich, nienawiści grzechu. Pięknie też powiedział Zbawiciel: „Zaniechajcie dziatek, a nie zabraniajcie im przychodzić do Mnie” (Mat. 19,14). Dzieci kochały Pana Jezusa i wszędzie za Nim chodziły, wszystko bowiem ciągnęło je do Niego. Nic zaiste nie ma milszego na świecie, jak dziecię potulne, roztropne, pojętne i posłuszne rodzicom, starszym i nauczycielom.

    2) Miłować należy także dzieci z powodu ich błędów i ułomności moralnych. Wskutek grzechu pierworodnego czują one pociąg do złego, który jednak drzemie jeszcze w głębi ich duszy. Mają one swe błędy, jak np. upór, popędliwość, zazdrość, łakomstwo, niewdzięczność, złośliwość, ale tych błędów nie dopuszczają się rozmyślnie, kłamstwo wywołuje na ich obliczu rumieniec wstydu i przestrach, nie czują wstrętu do bogobojności i do pogardy wiary. Ich brak doświadczenia, słabość, ich złe popędy powinny w nas budzić czujność. Dzieci mają ułomności, a wiek ich jest czasem lekkomyślności i roztargnienia, a jednak jest to jedyny wiek – mówi biskup Fenelon – kiedy człowiek wszystko na sobie wymóc zdoła, aby się poprawić. Dzieci są podobne do miękkich i giętkich szczepów, które ogrodnik może tak sadzić, aby rosły prosto. Trudno dostrzec w mężczyźnie dorosłym albo starcu tak szczerą chęć poprawy. Rozsądne napomnienia i przestrogi wszystko na dziecku wymóc mogą. Czyż może być widok przyjemniejszy i więcej budujący, jak dzieci, stworzone na obraz i podobieństwo Boga, które starają się iść za przykładem starszych i dążą do poprawy?

    Modlitwa

    Panie Jezu Chryste, racz zaszczepić we mnie tę miłość maluczkich, którą zajaśniał sługa Twój święty Józef Kalasanty. Z miłości ku Tobie obiecuję ulitować się nad biedną dziatwą i pozyskać jej serca dla chwały Twojej i zbawienia wiecznego. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • 26 sierpnia Żywot błogosławionego Kryspina, Wyznawcy

    (Żył około roku Pańskiego 1750)

    Miejscem rodzinnym tego pokornego i czcigodnego sługi Chrystusa Pana i Królowej Niebios jest miasto Viterbo we Włoszech. Urodził się w roku 1668 z ubogich rodziców. Pobożna matka starała się przede wszystkim o to, aby syna wdrożyć w bogobojność i prawdziwe cnoty, więc uczyła go troskliwie prawd wiary świętej i ćwiczeń pobożnych. Jeszcze Kryspin nie liczył lat pięciu, gdy go w dzień uroczystości Zwiastowania Najświętszej Panny zabrała do kościoła i uklęknąwszy przed cudownym obrazem, w te słowa odezwała się do niego: „Patrz, miłe dziecię! Matka Jezusowa jest i twoją matką: pod Jej świętą opiekę oddaję cię dzisiaj. Pokochaj Ją całym sercem, ufaj w Jej dobroć, czcij jako swą Królową!” Uroczysta ta przemowa uczyniła na pobożnym chłopcu niezatarte wrażenie. Odtąd nie nazywał Maryi Panny inaczej jak tylko „Matką i Królową”, często odmawiał na Jej cześć „Zdrowaś Maryjo”, nucił pobożne pieśni, a w soboty i wigilie Jej uroczystości pościł o chlebie i wodzie. Prócz tego zalecała mu matka, aby w chwili pokus i niebezpieczeństwa prosił Pannę świętą o pomoc, choćby tylko krótkim westchnieniem: „Ratuj Maryjo!”

    Gdy doszedł lat dziesięciu wziął go do siebie w naukę wuj, z zawodu szewc. Ponieważ Kryspin był skromny i pilny, majster dawał mu w sobotę kilka groszy na piwo. Uszczęśliwiony chłopak biegł z pieniędzmi do ogrodnika i wręczając mu je, mawiał: „Weź te grosze, a daj mi za nie jak najpiękniejszy wieniec dla pewnej dostojnej pani!” Potem szedł do kościoła, składał kwiaty na ołtarzu Matki Boskiej i służył przez, całą porę przedobiednią do Mszy świętej.

    Wyzwolony na czeladnika, oddawał wszystek swój zarobek tygodniowy jak najsumienniej rodzicom, których gorąco kochał. Pewnego razu poszedł przypatrzyć się obrzędowi ślubów zakonnych, które składali w kościele kapucyńskim dwaj nowicjusze. Ich pokora i pobożność tak wielkie na nim sprawiły wrażenie, że oświecony łaską Boską zawołał: „Pod tę chorągiew i jam gotów się zaciągnąć!”, i prosił, by go przyjęto za braciszka. Gwardian przychylił się do jego życzenia. Po złożeniu profesji dostał się do klasztoru w Tolsy jako kucharz. Wszystkich budował posłuszeństwem, gorliwością w służbie, pokorą i nabożeństwem. Przełożeni pozwolili mu w kuchni ustawić ołtarzyk dla „Matki i Królowej Niebios” i stroić go w piękne kwiaty. Gdy ręce miał zajęte pracą, nucił litanię loretańską tak rzewnie i pięknie, że księża często schodzili się w kuchni i wtórowali mu. Wtem wybuchła cholera w Tolsy. Zapadła na nią pewna pani i prosiła gwardiana, aby przysłał jej Kryspina, który miał u niej wielkie zaufanie. Gdy pokorny braciszek stanął u jej łoża, błagała go, aby przeżegnał ją medalikiem różańcowym, na którym wyobrażone było Niepokalane Poczęcie Maryi Panny. Kryspin usłuchał jej wezwania i chora natychmiast wyzdrowiała. Słyszał o tym cudzie jakiś bogaty pan, wiodący życie niechrześcijańskie. Leżąc na łożu śmiertelnym, poprosił Kryspina do siebie. Ten przyszedł, spojrzał na chorego okiem zdziwionym i rzekł do niego ze smutkiem: „Panie, chcesz odzyskać zdrowie za przyczyną Matki Boskiej: ale kto obraża Syna, nie ma łaski u Matki. Jeśli Ją przeto pragniesz przebłagać, proś wpierw Jej Boskiego Syna o przebaczenie i przyrzecz, że Go już nigdy obrażać nie będziesz”. Chory ze łzami w oczach obiecał poprawę, po czym Kryspin pobłogosławił go i natychmiast uzdrowił, a grzesznik odtąd zupełnie się poprawił. Prócz tego przywrócił Kryspin zdrowie wielu innym chorym.

    Później przeniesiono go do klasztoru w Albano w pobliżu Rzymu, gdzie także w kuchni wystawił ołtarzyk na cześć Najświętszej Panny i stroił go kwieciem. Jego pobożność, prostota i szczera wesołość ściągała wielu ciekawych. Kryspin prowadził wszystkich do swego ołtarzyka i wygłaszał piękne wiersze, które sławny poeta Tasso ułożył na cześć Maryi Panny. Jeden z księży zakonnych złajał go za to, że posługuje się świeckimi poetami. „Ojcze” – tłumaczył się Kryspin – „ryba nie czepi się wędki, jeśli na haczyku nie przyczepiono przynęty. Posty i włosiennice nasze nie przypadają do smaku ludziom ze świata, ale te pieśni zwabiają ich, tak że mimo woli muszą wysłuchać tych kilku słów, które do nich dodaję”. Pobożne jego odezwy i namowy pociągnęły wiele dusz do oddawania czci Maryi Pannie.

    Niepoczciwe osoby namówiły pewną niewiastę, by pobożnego Kryspina przywiodła do upadku. Czyhała więc na niego i pod pozorem, że mu chce dać znaczną, ilość wina dla ojców kapucynów, zaprowadziła go do sklepu winnego i wyznała mu swoje zamysły. Kryspin natychmiast padł na kolana i zaczął odmawiać litanię loretańską tak donośnym głosem, że zbiegło się mnóstwo ludzi, a grzesznica spiesznie uciekła. Jeszcze na łożu śmierci kusił go szatan, ale silna ufność w miłosierdziu Bożym i pobożne westchnienie „Ratuj Maryjo!” zachowały mu upragniony pokój duszy. Skonał po godzinie męki dnia 19 maja 1750. Papież Pius VII umieścił go w liczbie Błogosławionych.

    Nauka moralna

    Rozważając życie tego pokornego sługi i czeladnika szewskiego, przyznać musimy, że dobroć i łaskawość Maryi Panny względem dobrych synów i sług Chrystusa jest niezgłębiona i niewyczerpana.

    Miłość Jej do nas nieprzebrana, gdyż jest Matką nas wszystkich i ma serce czulsze i do miłosierdzia skłonniejsze, aniżeli wszystkie razem matki całego świata. Sam Duch święty zowie Ją Matką pięknej miłości (Sir. 24,24).

    Moc Maryi jest niezmierna z dwóch ważnych ; powodów. Nasamprzód jest Matką Jezusa, Boga wszechmocnego. Jezus kocha Ją nade wszystko i gotów dla Niej wszystko uczynić. „Jej potęga najwięcej się zbliża – mówią święci Bonawentura, Bernard i Alfons Liguori – do wszechmocy samego Boga, gdyż miłość ojca do córki, syna do matki, Ducha świętego do oblubienicy nie ma granic”. Po wtóre, moc Maryi jest nieograniczona, gdyż Maryja jest Najświętszą z matek. Święci mają wielki wpływ u Boga, tj. Bóg udziela im swej mocy w miarę i czystości ich duszy i świątobliwości żywota. I Skoro więc Maryja jest Najświętszą między aniołami i Świętymi, to też moc Jej musi być tak wielka, że Ją tylko wszechmoc Boga przewyższa. Cieszmy się: Najdroższa Matka nasza Maryja Panna może nam dopomóc, gdyż i Jej miłosierdzie nie ma granic, a chce nam pomóc, gdyż Jej miłosierdzie i dobroć są niewyczerpane.

    Modlitwa

    Błogosławiony Kryspinie, pokorny sługo Boży! Zechciej się za nami wstawić do Najświętszej Panny, do której miałeś tak szczere zaufanie i tak wielkie nabożeństwo, aby raczyła nam wyjednać u swego najdroższego Syna wybaczenie grzechów i ułomności naszych, żeby nas wzięła pod skrzydła swej świętej opieki i strzegła nas od wszelkich nagabywań żądzy i pokus, wiodących do grzechu. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • Przed wojną, zwycięża nienawiść, wojnę zwycięża Pokój

    Wojny wywołuje duch beztroski, głupota, ucisk, strach i wyzysk bliźniego.
    Gale, bale, party i uroczystości trwają bez końca.
    Gdy Pokój jest zagrożony, beztroska jest pozorna, wojska stoją u granic, kłamstwo dezinformuje.
    Każda śmierć gdzieś za granicami kraju, wydaje się być odległa.
    Sojusze się mnożą i odnawiają, za wszelką cenę, różnych moralnie duchowości.
    Śmierć wstrząsająca opinią publiczną jest kłamliwie kształtowana dla interesów zła.
    Osaczony i narażony na atak władca, sam zaatakuje, gdy inny wybraniec ludzi umrze.
    W rodzinie ludzkiej panuje zgoda, w wojnie nienawiści brat uderza brata.
    Szerzy się poniżanie, ośmieszanie i wytykanie słabości bliźniego.
    Siły nacjonalistyczne dbają egoistycznie tylko o swój dach i brzuch.
    Jedni krzyczą ze strachu przed wojną, inni o ochronie pokoju.
    Pobożni i prości ludzie zamiast odważnie stanąć po stronie Miłości do Boga i bliźniego, wciągają się w morderczy uchwyt grupy nienawiści.
    Ubiegający się o Pokój Boży, są oskarżani o zdradę, uciszani, giną. Z nimi zostaje pochowana Nadzieja i Miłość.
    Dzisiaj dzwony kościelne biją z cichutką prośbą do dusz o nawrócenie do Boga. Bez skutku? Jutro wszystkie zabiją najgłośniej oznajmiając wojnę.
    Smutek oraz płacz zostanie wyobcowany, a masy ludzi zatańczy, będzie się weselić i krzyczeć w ślepej euforii, nieświadomi skutków nienawiści, tj. rzezi i zagłady. Zapanuje radosna ciekawość.
    Cóż my wiemy o wojnie, o ofiarach wojny po latach pokoju?


  • 25 sierpnia Żywot świętego Ludwika IX, króla francuskiego

    (żył około roku Pańskiego 1270)

    Ludwika VIII, króla francuskiego i jego żonę, hiszpańską królewnę Blankę, pobłogosławił Pan Bóg dziewięciu synami i trojgiem córek. Następca tronu Ludwik IX ochrzczony został w kaplicy pałacowej w Poissy i dlatego podpisywał się później „Ludwik z Poisz”. Na pytanie, dlaczego więcej ceni tę kapliczkę od katedry w mieście Reims, gdzie się odbyła jego koronacja na króla, odpowiedział: „Czemuż bym nie miał przekładać Poissy, gdzie mi udzielono wiecznotrwałej godności chrześcijanina, nad Reims, gdzie na mnie zlano przemijający i znikomy urząd królewski?”

    Sama królowa czuwała nad religijnym i naukowym wykształceniem swych dzieci, a między nimi i Ludwika. Gdy pewnego razu zaczęto szeptać na dworze, że młody Ludwik okazuje szczególną przychylność pewnej pannie dworskiej, dała mu następujące napomnienie: „Kochany synu, miłuję cię szczerze i gorąco, ale wolałabym cię widzieć na marach, aniżeli obciążonego grzechem śmiertelnym”. Słowa te wyryły się w sercu jego niezatartymi głoskami. W chwili śmierci ojca w roku 1226 liczył Ludwik dopiero dwanaście lat, więc w jego imieniu rządziła matka, ale kazała go natychmiast namaścić na króla i ukoronować, aby zapobiec rokoszom dumnych i potężnych lenników. Ludwik prowadził życie bogobojne i surowe, a mianowicie pościł dwa dni w tygodniu, w pewnych godzinach nosił włosiennicę, przed brzaskiem dziennym odmawiał brewiarz, słuchał dwóch albo trzech Mszy świętych, zatapiał się w Piśmie świętym, czytywał Ojców Kościoła, spowiadał się co piątek, a gdy miał przyjmować Komunię, szedł na kolanach do ołtarza. Szczodrobliwość jego nie miała granic; w samym pałacu karmił codziennie przeszło stu ubogich i sam im usługiwał, zwiedzał często szpitale, opatrywał chorych własną ręką, szczególnie zaś opiekował się dotkniętymi zarazą lub jaką inną niebezpieczną czy wstrętną chorobą. Gdy założył i wykończył obszerny gmach szpitalny w Compiegne, sam z zięciem swoim Teobaldem, królem Nawarry, pierwszego chorego zaniósł do tego zakładu. Baldwin II, cesarz carogrodzki, zastawił był w Wenecji za wielką kwotę pieniędzy koronę cierniową Chrystusa Pana. Ludwik wykupił ją i wraz ze swym bratem Robertem zaniósł ją boso, w skromnej odzieży, z miasta Sens do Paryża, odległego o 23 mile. Towarzyszyło mu w tym uroczystym pochodzie wielu prałatów, księży i rycerzy. Pewnego dnia zwrócili mu doradcy uwagę, iż przy chorych i po kościołach traci dużo czasu i zbytnią pokorą ubliża powadze królewskiej. Na to odpowiedział: „Czyż bym jej mniej ubliżył, gdybym całe dni i noce przesiadywał przy grze i hulance?”

    Święty Ludwik

    W roku 1234 objął sam rządy królestwa i pojął za żonę hrabinę Małgorzatę z Prowansji, niewiastę pełną zalet i wdzięków. Dostojna ta pani i godna takiego męża małżonka powiła mu pięciu synów i tyleż córek. Dzieci te sam król uczył katechizmu, chodził z nimi na nabożeństwo i kazania i ćwiczył je w praktykach chrześcijańskich. Rodzina jego była wzorem dla wszystkich poddanych. Król sam był jednakowo uprzejmy dla nisko i wysoko urodzonych, spokojny i stateczny, a klątwa czy złorzeczenie lub kłamstwo nigdy nie skalało ust jego. Z energią zabrał się do usunięcia zastarzałych nadużyć, naprawił sądy, jako też sam niekiedy rozstrzygał sprawy i spory pod wielkim dębem w mieście Vincennes. Sława jego sprawiedliwości była tak powszechna, że monarchowie europejscy nieraz zdawali na niego rozstrzygnięcie zachodzących między nimi nieporozumień i sporów. Surowy i nieubłagany był Ludwik tylko dla bezbożników i bluźnierców. Celem złagodzenia nędzy, poprawy obyczajów i krzewienia oświaty założył około 40 klasztorów żeńskich i męskich, dużo zakładów wychowawczych i słynną akademię (Sorbonę) w Paryżu.

    Gdy go doszła smutna wieść, że Saraceni ponownie zdobyli Jerozolimę, jakkolwiek był wtedy obłożnie chory na ciężką febrę, ślubował wyprawę krzyżową. Wyzdrowiawszy cudem, przystąpił do przygotowań dla spełnienia ślubu, wyprawa jednak, jaką podjął, wzięła nieszczęśliwy obrót, bo po kilku zwycięstwach poniósł klęskę i dostał się w niewolę sułtana, z której powrócił dopiero po sześciu latach.

    Prawdziwy ojciec poddanych, zaprowadził w całym państwie wzorowy ład i porządek i zwiedzał wszystkie prowincje, aby osobiście słuchać skarg i poznać potrzeby narodu. Pewna wdowa żaliła się przed nim, że jakiś szlachcic zabrał jej niesłusznie kawał roli. Ludwik pozwał przed siebie winowajcę, który stanął przed nim z dwoma przekupionymi świadkami. Król rozdzielił ich i kazał pierwszemu głośno zmówić Skład Apostolski, po czym rzekł do drugiego: „Na honor królewski zaręczam ci, że to, co powiedział twój towarzysz, jest szczerą prawdą”. Tamten sądził, że go zdradzono i ze skruchą opowiedział, jak się rzeczy mają. Szlachcic poniósł zasłużoną karę, a wdowa odebrała grunt. Jakaś inna biedna kobiecina przegrała proces; w rozjątrzeniu zaczęła lżyć króla, mówiąc mu w oczy, że nie godzien korony i winien być wygnanym z kraju. Monarcha odpowiedział łagodnie: „Słusznie mówisz, niewiasto; nie godzien jestem korony i trzeba mnie wygnać nie tylko z Francji ale i z całego świata”, po czym wręczył jej królewską jałmużnę. Tym czasem cały wschód sposobił się do nowej wojny krzyżowej, wskutek czego i Ludwik od nowa zajął się tą sprawą. W porze wiosennej roku 1270 wyruszył z flotą przeciw tunetańskim rozbójnikom morskim, którzy niepokoili krzyżowców i dowozili broń sułtanowi egipskiemu, zdobył miasto Kartaginę, ale potem opuściło go szczęście. Aby zdobyć Tunis, musiał czekać na posiłki z Sycylii. Nim te przybyły wybuchła w obozie zaraza, wskutek której w kilku dniach wymarła połowa wojska. Król jak matka pielęgnował chorych i pocieszał umierających, póki zaraza i jego nie powaliła na łoże boleści. Trudno opisać troskę i obawę wszystkich o drogie życie monarchy. Z nabożeństwem i skruchą przyjął Sakramenta święte i skonał w chwili, gdy nadeszła wiadomość o posiłkach sycylijskich. W trzech bitwach zniweczyli krzyżowcy siły tunetańskie i zawarłszy zaszczytny pokój popłynęli z zwłokami świętego króla do Francji. W drodze i przy uroczystym pochodzie zwłok działy się liczne cuda, a po 27 latach mógł papież Bonifacy VIII ogłosić Świętym męża, który jednoczył w sobie zalety chrześcijanina, króla i bohaterskiego wojownika.

    Nauka moralna

    Do swego syna i następcy Filipa III pisał I św. Ludwik w następujący sposób:

    1) Najpierwszą rzeczą, jaką ci polecam, miły synu, jest serdeczna miłość Boga, bo bez niej nie ma zbawienia. Zanim byś miał popełnić grzech śmiertelny, bądź raczej gotów dać sobie poobcinać wszystkie członki i postradać życie wśród najokropniejszych męczarni. Jeśli Bóg na ciebie ześle zmartwienie i choroby, dziękuj Mu za to i pomyśl, że to się dzieje dla twego dobra i że zasłużyłeś na gorsze kary, służąc Mu źle i działając częstokroć przeciw Jego woli; jeśli Bóg ześle na ciebie coś dobrego, bądź Mu wdzięczny i strzeż się popaść w pychę lub inną jaką zdrożność, gdyż wielki to grzech odwdzięczać się złym za dobre. Przywykaj do częstej spowiedzi, wybieraj na spowiedników kapłanów uczonych i świątobliwych; uczęszczaj ochotnie na nabożeństwa i módl się sercem i ustami podczas Mszy świętej. Bądź miłosiernym dla ubogich i służ im wedle sil radą i uczynkiem. Unikaj towarzystwa bezbożnych, nie cierp wobec siebie mów gorszących i potwarzy miotanych na bliźniego. Wstąpiwszy na tron, bądź przede wszystkim sprawiedliwy. Jeśli bogacz ma spór z ubogim, broń raczej ubogiego, ale jeśli sprawa jest jasna, przyznaj słuszność temu, komu się należy. Gdy spostrzeżesz, że ty, albo przodkowie twoi niesłusznie coś dzierżą, oddaj natychmiast, czy to drobnostka, czy coś większego. Zasłaniaj wszystkich swych poddanych, a zwłaszcza duchownych przed krzywdą i uciskiem, nie bądź łatwowierny, jeśli ci się ktoś żalić będzie na kapłanów, lecz szanuj i broń ich i przestrzegaj tego, aby mogli bez przeszkody pełnić obowiązki swego świętego powołania. Kochaj i czcij matkę swoją i słuchaj jej mądrych rad, miłuj, swych braci i bądź im przychylny, ale strzeż się być z miłości ku nim niesprawiedliwym względem innych. Staraj się o dobrych urzędników i sędziów i często zasięgaj wiadomości o ich życiu i postępkach. Wykorzeniaj w kraju wszelkie jawne zgorszenie, a zwłaszcza bluźnierstwa, grę w kostki, wszetecznictwo i opilstwo, a popieraj cnotę. Bądź pokornym synem Kościoła świętego i oddawaj należną cześć papieżowi i biskupom”.

    2) Do swej córki Izabeli, królowej Nawarry, pisał jak następuje:

    „Miła córko, kochaj Boga, który oddał Syna swego na śmierć, aby nas ocalić od wiecznej zaguby. Niesłychanie błądzi, kto miłość swą przywiązuje do czegoś innego, nie do Niego. Droga córko, pragnij gorąco coraz więcej Mu się podobać, a lękaj się nade wszystko utracić łaskę Jego. Słuchaj ochoczo rozmów i kazań traktujących o Bogu, a unikaj innych pogawędek, chyba z ludźmi wypróbowanej cnoty. Słuchaj pokornie męża a nade wszystko rodziców; napominam cię, abyś nie łożyła za wiele na suknie, stroje i klejnoty, a co oszczędzisz ponad potrzeby i nieodłączne od stanu i godności wydatki, to obracaj na wspomaganie biednych. Jeszcze raz powtarzam ci, kochana córko, myśl o tym, jak byś się najwięcej przypodobać mogła Panu Jezusowi. Postępuj zawsze tak, abyś zawsze czyniła dobrze, a strzegła się złego z czystej miłości ku Chrystusowi, choćbyś nawet na pewno wiedziała, że za dobre nie odbierzesz nagrody, a za złe kary”.

    Modlitwa

    Panie i Boże mój, racz nam miłościwie dopomóc, abyśmy podobnie jak Twój sługa święty Ludwik, poznali marność i znikomość rzeczy ziemskich, a dążyli tylko do dóbr wiecznotrwałych, któreś obiecał tym, którzy Cię miłują i wiernie Ci służą. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • Kapłan

    Lb 21.7 Przybyli więc ludzie do Mojżesza mówiąc: «Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże». I wstawił się Mojżesz za ludem.


  • 24 sierpnia Żywot świętego Bartłomieja, apostoła

    (Żył około roku Pańskiego 71)

    W Kanie Galilejskiej spoczywał w ogrodzie pod drzewem figowym szlachetny izraelita Natanael, rybak strudzony pracą, i gorąco błagał Boga, aby się zjawił obiecany Zbawiciel. Wtem zbliża się do niego przyjaciel Filip z Betsaidy i donosi mu z radością: „Nareszcie znalazł się Ten, o którym mówi Mojżesz i pisali prorocy, tj. Jezus, syn Józefa Nazareńskiego!” Natanael spojrzał z powątpiewaniem na rozradowanego zwiastuna i odezwał się doń żartobliwie: „Czyż by z Nazaretu mogło przyjść co dobrego?”, Filip wszakże nie silił się przekonać powątpiewającego o radosnym wypadku, lecz pochwycił go za rękę i rzekł: „Pójdź i przekonaj się!” Gdy Pan Jezus ujrzał Natanaela, powitał go tymi słowy: „Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma zdrady!” Zdziwiło Natanaela to powitanie, zapytał przeto pokornie: „Panie, skąd mnie znasz?” Na to rzekł mu Jezus: „Zanim Filip cię zawołał, gdy byłeś pod drzewem figowym, widziałem cię”. Tym dowodem wszechwiedzy Jezusa zdziwiony, wypowiedział Natanael szczerze swą wiarę słowy: „Rabbi, Tyś jest Syn Boży, Tyś jest król izraelski”, poznał zaś tak szybko i tak radośnie uznał Mesjasza, gdyż serce jego było wolne od fałszu i obłudy, a przez to przystępne dla prawdy i łaski. Pan Jezus nagrodził mu to obietnicą: „I żem ci powiedział: Widziałem cię pod figą, wierzysz: większe nad to ujrzysz. Zaprawdę, zaprawdę mówię wam, ujrzycie Niebo otworzone i anioły Boże, wstępujące i zstępujące nad Synem człowieczym” (Jan 1,50. 51).

    Ten Natanael Bar Thoiomai, czyli syn Tholomai jest Bartłomiejem apostołem. Bartłomiej był wiernym towarzyszem Jezusa przez całe życie i naocznym świadkiem ran, śmierci i zmartwychwstania Jego, w uroczystość Zielonych Świątek przyjął wraz z innymi apostołami Ducha św. i gorliwie głosił Ewangelię św. Jako widownię jego prac apostolskich oznacza podanie trzy wielkie krainy: Indie, Prygię i Armenię, gdzie w mieście Albanopolu poniósł za swego Mistrza, Jezusa Chrystusa, śmierć męczeńską w roku 71. Powodem jego męczeństwa była następująca okoliczność:

    Bartłomiej zdziałał w tym kraju wiele cudów przy chorych i opętanych. Gdy się o tym dowiedział król Polimiusz, zaprosił apostoła, aby mu wyleczył córkę, którą dla wybuchów szaleństwa trzeba było krępować. Przybył Bartłomiej i krótką modlitwą uwolnił opętaną od złego ducha. Wkrótce rozeszła się radosna wieść o tym cudzie po całym świecie. Nieposiadający się z szczęścia monarcha chciał wynagrodzić apostoła złotem i klejnotami, ale Bartłomiej nie przyjął nagrody i rzekł: „Nie żądza złota przywiodła mnie tutaj, lecz pragnienie ocalenia dusz; nie chcę skarbów twego państwa, lecz wzywam cię, abyś ode mnie przyjął skarby Królestwa niebieskiego, wyrzekł się bałwochwalstwa i wielbił jedynego Boga Nieba i ziemi”. Potem obwieścił zebranym dworzanom, że Jezus ukrzyżowany jest prawdziwym Bogiem i dodał: „Na dowód, że wasze bożyszcza są szatanami i martwymi posągami, pójdziemy do świątyni, a ja przymuszę szatana, aby sam jawnie stwierdził, że mówię prawdę”. Król zgodził się na to i otoczony tłumem ludu towarzyszył Bartłomiejowi do świątyni bogini Astarty. W imię Jezusa rozkazał Bartłomiej powiedzieć jej, kim jest, i oto bogini wśród straszliwego wycia zeznała, że jest szatanem i dotychczas łudziła króla i naród cały, gdyż jeden tylko jest Bóg, którego wyznaje Bartłomiej. Apostoł rozkazał szatanowi podruzgotać bałwany w całym mieście, a życzenie jego spełniło się w jednej chwili.

    Święty Bartłomiej

    Zdarzenie to spowodowało króla, jego rodzinę i wielu poddanych do przyjęcia chrztu świętego. Kapłani bałwochwalczy, widząc przez kogo upadło ich znaczenie, zapałali nienawiścią przeciw apostołowi i zwrócili się z myślą zemsty do Astiagesa, brata królewskiego i zarządcy części Armenii. Ten, udając, że pragnie poznać wiarę chrześcijańską, zaprosił Bartłomieja do swego pałacu. Gdy apostoł przybył na wezwanie, Astiages zelżył go i zażądał, aby natychmiast złożył bożkom ofiarę, albo przysposobił się na śmierć. Ponieważ Bartłomiej stanowczo oświadczył, że rozkazu nie usłucha, kazał go Astiages żywcem obedrzeć ze skóry, a potem ściąć.

    Po ścięciu świętego męczennika straszna kara nawiedziła Astiagesa i bałwochwalczych kapłanów, wszystkich bowiem opętał szatan i dręczył ich przez dni trzydzieści, po czym nędznie pomarli.

    Zwłoki św. Bartłomieja przeniesione zostały do Dory w Mezopotamii, gdzie cesarz Justyn wystawił mu wspaniały kościół. Za czasów Saracenów dostały się do Benewentu, skąd cesarz Otton II przewiózł część ich do Rzymu.

    Nauka moralna

    Święty Bartłomiej uznał w „synu cieśli nazareńskiego” Syna Bożego, Zbawiciela i prawdziwego przewodnika na drodze do doskonałości. Wszyscy pragnący prawdy, a nie mający fałszu i obłudy w sercu, poznali z Ewangelii Jezusa, starali się pójść w ślady Jego i osiągnęli szczęście wiekuiste.

    1) Pokora i zaparcie się samego siebie, jakie Pan Jezus okazywał od przyjścia na świat aż do śmierci (czym się żydzi tak mocno gorszyli), jest tłem, na którym maluje się osobistość, czyny i słowa Jego. Tą pokorą wabi On do siebie dusze szlachetniejszej natury. Pan Jezus jako Dziecię leży w skromnym żłóbku z rączkami stężałymi od zimna, w ubożuchne otulony powijaczki, ale aniołowie śpiewają Mu: „Chwała Bogu na wysokości”, pasterze klęczą u stóp Jego, mędrcy z daleka przynoszą Mu wonne kadzidła, a Herod drży na swym tronie. W późniejszym wieku słucha rodziców, pracuje w pocie czoła, dźwiga brzemię ubóstwa, ale zarazem zadziwia mędrców i doktorów jerozolimskich odpowiedziami na ich pytania. Pokutuje nad Jordanem, pości na pustyni, opiera się pokusom szatana, ale słyszy zarazem głos z Nieba: „Oto Syn Mój najmilszy”, a święty Jan wita Go tymi słowy: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata!” Prawi ludowi nauki, pieści maluczkie dziatki, przestaje z grzesznikami, ujmuje się za cudzołożnicą, płacze nad grobem Łazarza, myje uczniom nogi, ale równocześnie niewidomi, chromi, chorzy sławią Jego miłosierdzie, szatani drżą przed Jego potęgą, arcykapłani zgrzytają zębami ze złości, widząc Jego powagę i znaczenie. Pozwala się związać, znieważać, wyszydzać, biczować i wtłoczyć sobie na głowę cierniową koronę, kłaść krzyż na barki, ale rozpaczający Judasz, płaczący Piotr, zawstydzony Kajfasz, zdumiony Herod poświadczają Jego niepokalaną świętość. Takim nam się okazuje Pan Jezus w swej pokorze jako człowiek, będący zarazem Synem Bożym.

    2) Uważmy teraz Jezusa w Jego szczytnej wzniosłości. Na wszystkich Jego czynach, słowach i postępkach wyryte jest znamię Boskiej wiedzy, potęgi i samodzielności. „Któż Mnie – mówi – obwinie może o grzech? Ja jestem prawdą, drogą i życiem. Ja światłem tego świata, Ja dobrym pasterzem, który oddaje życie za owieczki swoje, Ja chlebem żywym, pochodzącym z Nieba. Kto we Mnie wierzy, wiecznie żyć będzie. Przyjdźcie do Mnie, którzy jesteście strudzeni i obciążeni, pokrzepię was. Beze Mnie nic nie zdziałacie. Proście, a dane wam będzie, aby radość wasza zupełna była. Mnie dana wszelka moc na ziemi i Niebie. Nikt nie przyjdzie do Ojca Mego, chyba przeze Mnie”. On zapowiada Sąd Ostateczny tymi słowy: „Pojawi się na niebie znak Syna Boskiego, i ujrzą Go zstępującego w obłokach niebieskich w całej potędze i majestacie. Ześle On swych aniołów z trąbą i wielkim rozgłosem, a ci zbiorą Jego wybrańców z czterech wiatrów, od jednego krańca Niebios do drugiego”. Tak widzimy przed sobą Jezusa w niezrównanym majestacie, jak nikogo innego w dziejach świata, gdyż był nie tylko człowiekiem, jak inni ludzie, ale zarazem Synem Bożym.

    Modlitwa

    Wszechmogący i wieczny Boże, który nam dzień dzisiejszy święcie rozweselasz doroczną uroczystością błogosławionego apostoła Twojego Bartłomieja, prosimy, daj nam dzieciom Kościoła Twojego również miłować wszystko w co on wierzył, i ogłaszać co on nauczał. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1910r.


  • Egoista szemra, gdy doświadcza cierpień.

    Lb 11.1 Lecz lud zaczął szemrać przeciw Panu narzekając, że jest mu źle. Gdy to usłyszał Pan, zapłonął gniewem. Zapalił się przeciw nim ogień Pana i zniszczył ostatnią część obozu.

    Łk 9.23 7 (Jezus) mówił do wszystkich: «Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!

    Wj 17.2 I czemu wystawiacie Pana na próbę?